Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moroccan Dream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moroccan Dream. Pokaż wszystkie posty
NEW IN | Czerwiec 2016
Witajcie!
Nie wierzę jak szybko skończył się ten miesiąc. To, że był bardzo intensywny - sesja to dla studenta ciężki okres - nie usprawiedliwia tego miesiąca by zlecieć tak szybko! Czas minął mi tak niepostrzeżenie, że nawet nie zdążyłam zrobić zbyt wielkich zakupów. Chociaż może się do małych zakupów przyczynić też fakt, że miałam w tym miesiącu spory wydatek! Zapewne te z Was, które obserwują mnie na snapchacie (serdecznie zapraszam: arnell_nailart) oraz na instagramie (arnell_nail_art) zauważyły, że ostatnio częściej się tam udzielam! Wszystko za sprawą nowego nabytku, czyli telefonu, który zastąpił mojego staruszka, a mi dał nowe możliwości i nową jakość! Ale nie o telefonie tu dzisiaj - chociaż jakby ktoś był ciekawy to model HTC Desire 825 jest na rynku od niedawna i zapewne mało jest o nim opinii więc mogę coś tam o nim powiedzieć, gdyż kupiłam go kilka dni po Polskiej premierze. No ale miało być o zakupach więc przejdźmy już do nowości!
Pierwszy poczyniony przeze mnie zakup jest tak prozaiczny, że nie pokazywałabym go Wam, gdyby nie fakt, że niesamowicie mi się spodobał. Jest to antyperspirant Garnier Neo, który zakupiłam na promocji w Drogerii Natura za niemal symboliczne 9 złotych. Fantastycznie mi się go używa i jeśli tak jak ja nie rozumiałyście dlaczego blogerki tak chętnie go opisują to sprawdźcie na sobie! Ja już się nie dziwię.
O kolejnym zakupie także mogliście już poczytać i to całkiem niedawno. Są to dwie matowe pomadki marki Bell dostępnej w Biedronce. Nowe seria kosmetyków Moroccan Dream zachwyca nie tylko opakowaniami, ale też kusi sześcioma odcieniami matowych pomadek w niesamowicie niskich cenach. Kusiły mnie wszystkie kolory, ale na próbę kupiłam dwa, które już pokazywałam TUTAJ. Nie są rewelacyjnej jakości, ale w cenie 8.99 nie ma co spodziewać się cudu. Noszę, używam, ale więcej kolorów nie kupię.
I znów rzecz, o której już pisałam na blogu czyli JoyBox. Jak już wspominałam, nigdy nie miałam styczności z pudełkami kosmetycznymi, chociaż niejednokrotnie podobała mi się zawartość niektórych boxów. Na JoyBoxa skusiłam się nie tylko dlatego, że od początku znamy zawartość boxa, a nawet część kosmetyków możemy wybrać sami z dostępnej gamy! Postanowiłam się skusić także dlatego, że było to pudełko zawierające wyłącznie naturalne kosmetyki! W dodatku znalazły się tu marki, które już od jakiegoś czasu miałam ochotę wypróbować więc nie zastanawiając się długo kliknęłam swoje pudełeczko i nawet jestem zadowolona z jego zawartości! Wpis, w którym pokazywałam Wam zawartość mojego Boxa i napisałam kilka słów pierwszego wrażenia o niekórych kosmetykach znajdziecie TUTAJ.
Znacie to uczucie, kiedy dzwoni do Was kurier poinformować, że zaraz do Was wpadnie z paczką i to kilkanaście minut ekscytacji i podniecającego oczekiwania na dzwonek do drzwi? To wyobraźcie sobie moje podekscytowanie, kiedy oczekiwałam na kuriera mimo, że nie spodziewałam się w najbliższym czasie żadnych przesyłek! Niespodziewaną przesyłką okazała się paczuszka od Marki Lirene, w której znalazłam kremy z najnowszej serii Pro Vita D, które bardzo chciałam przetestować oraz cudownie pachnący peeling! O kremach jeszcze się nie wypowiem bo za krótko ich używam by mieć jakąś konkretną opinię, ale ten peeling jak tylko gdzieś zobaczycie musicie brać! Koniecznie!
Jednym z chętniej odwiedzanych wpisów na moim blogu jest post o 10 najpiękniejszych paletkach nude, który możecie znaleźć TUTAJ. Pokazałam w nim - wtedy jeszcze niedostępną w Polsce paletkę Maybelline The Nudes, która zachwyciła mnie na zdjęciach na Instagramie, więc gdy tylko zauważyłam tę paletkę w Rossmannie i to jeszcze na promocji musiałam ją złapać! Niedługo napiszę o niej więcej, na razie powiem tylko, że trochę się zawiodłam kolorami, na zdjęciach wyglądały na cieplejsze.
Ostatnie zakupy to kompletne pierdoły ze sklepu w stylu "wszystko po 5 zł". Udałam się do tego przybytku ponieważ złamał mi się kij od szczotki (nie żebym próbowała nim komuś przyłożyć) toteż konieczny był zakup kolejnego, a w sklepie z pierdołami jest najtaniej. Przy kasie jednak okazało się, że kartą można płacić powyżej 10 zł, więc musiałam coś jeszcze dobrać do zakupów - gotówki nie noszę, a do bankomatu daleko. Tak się jakoś złożyło, że wylądowałam przy pojemniku z lakierami i ozdobami do paznokci i tam wygrzebałam dwa jogurtowe lakiery Delia, które kiedyś bardzo mi się podobały, ale nie mogłam ich nigdzie dorwać! Oprócz tego sam wpadł mi w ręce szary marmurek i to neonowe cudo! Syrenka w kolorze neonowej zieleni! Jak to będzie działać, to wracam do tego sklepu i wykupię wszystkie kolory, które tam były!
No i to by było na tyle! Nic w tym miesiącu nie planowałam kupować, bo wydałam całkiem sporo na telefon i nowe buty, ale już jakoś tak jest, że różne rzeczy same wpadają mi w ręce!
Dajcie koniecznie znać co fajnego kupiłyście w minionym miesiącu!
Dzięki i do następnego :*
I znów rzecz, o której już pisałam na blogu czyli JoyBox. Jak już wspominałam, nigdy nie miałam styczności z pudełkami kosmetycznymi, chociaż niejednokrotnie podobała mi się zawartość niektórych boxów. Na JoyBoxa skusiłam się nie tylko dlatego, że od początku znamy zawartość boxa, a nawet część kosmetyków możemy wybrać sami z dostępnej gamy! Postanowiłam się skusić także dlatego, że było to pudełko zawierające wyłącznie naturalne kosmetyki! W dodatku znalazły się tu marki, które już od jakiegoś czasu miałam ochotę wypróbować więc nie zastanawiając się długo kliknęłam swoje pudełeczko i nawet jestem zadowolona z jego zawartości! Wpis, w którym pokazywałam Wam zawartość mojego Boxa i napisałam kilka słów pierwszego wrażenia o niekórych kosmetykach znajdziecie TUTAJ.
Znacie to uczucie, kiedy dzwoni do Was kurier poinformować, że zaraz do Was wpadnie z paczką i to kilkanaście minut ekscytacji i podniecającego oczekiwania na dzwonek do drzwi? To wyobraźcie sobie moje podekscytowanie, kiedy oczekiwałam na kuriera mimo, że nie spodziewałam się w najbliższym czasie żadnych przesyłek! Niespodziewaną przesyłką okazała się paczuszka od Marki Lirene, w której znalazłam kremy z najnowszej serii Pro Vita D, które bardzo chciałam przetestować oraz cudownie pachnący peeling! O kremach jeszcze się nie wypowiem bo za krótko ich używam by mieć jakąś konkretną opinię, ale ten peeling jak tylko gdzieś zobaczycie musicie brać! Koniecznie!
Jednym z chętniej odwiedzanych wpisów na moim blogu jest post o 10 najpiękniejszych paletkach nude, który możecie znaleźć TUTAJ. Pokazałam w nim - wtedy jeszcze niedostępną w Polsce paletkę Maybelline The Nudes, która zachwyciła mnie na zdjęciach na Instagramie, więc gdy tylko zauważyłam tę paletkę w Rossmannie i to jeszcze na promocji musiałam ją złapać! Niedługo napiszę o niej więcej, na razie powiem tylko, że trochę się zawiodłam kolorami, na zdjęciach wyglądały na cieplejsze.
Ostatnie zakupy to kompletne pierdoły ze sklepu w stylu "wszystko po 5 zł". Udałam się do tego przybytku ponieważ złamał mi się kij od szczotki (nie żebym próbowała nim komuś przyłożyć) toteż konieczny był zakup kolejnego, a w sklepie z pierdołami jest najtaniej. Przy kasie jednak okazało się, że kartą można płacić powyżej 10 zł, więc musiałam coś jeszcze dobrać do zakupów - gotówki nie noszę, a do bankomatu daleko. Tak się jakoś złożyło, że wylądowałam przy pojemniku z lakierami i ozdobami do paznokci i tam wygrzebałam dwa jogurtowe lakiery Delia, które kiedyś bardzo mi się podobały, ale nie mogłam ich nigdzie dorwać! Oprócz tego sam wpadł mi w ręce szary marmurek i to neonowe cudo! Syrenka w kolorze neonowej zieleni! Jak to będzie działać, to wracam do tego sklepu i wykupię wszystkie kolory, które tam były!
No i to by było na tyle! Nic w tym miesiącu nie planowałam kupować, bo wydałam całkiem sporo na telefon i nowe buty, ale już jakoś tak jest, że różne rzeczy same wpadają mi w ręce!
Dajcie koniecznie znać co fajnego kupiłyście w minionym miesiącu!
Dzięki i do następnego :*
Bell Moroccan Dream Matowe Pomadki w Płynie
Witajcie!
Matowe pomadki są od jakiegoś czasu hitem, szturmem zdobywają blogosferę i serca klientek! Marki prześcigają się w wypuszczaniu nowych serii, co raz lepszych formuł i co raz piękniejszych kolorów. Ostatnio nowości w tej kategorii jest co raz więcej i produkty tego typu są co raz lepiej dostępne. Ostatnio linię sześciu matowych pomadek w płynie znajdziemy także w Biedronce, a to za sprawą nowej linii kosmetyków wypuszczonej przez Bell czyli Moroccan Dream.
Całej linii Moroccan Dream nie można odmówić uroku. Opakowania są niby proste i klasyczne. Żadnych udziwnień, proste opakowanie- w tym przypadku jest to podłużna buteleczka z grubego plastiku wyglądająca jak standardowe opakowanie błyszczyków. Wszystko to ozdobione złotymi napisami, które na razie - mimo noszenia w torebce - się nie wytarły. Ze złotymi akcentami w kosmetykach trzeba uważać, bo często wyglądają tandetnie, ale tu wszystko jest wyważone i nie wygląda źle. Dodatkowego uroku dodaje im biała nakrętka przepięknie ozdobiona precyzyjnym złotym wzorem. Przypomina mi on wzory malowane henną. Jest przepięknie nadrukowany, precyzyjny i drobiazgowy, patrzenie na niego to sama przyjemność.
Konsystencja tego produktu jest dość rzadka. Nie tak piankowa i gęsta jak w większości zastygających pomadek, jest naprawdę niemal całkowicie płynna. Moim zdaniem mogłaby być bardziej piankowa, gdyż gąbeczkowy aplikator charakterystyczny dla błyszczyków nabiera produktu niewiele i bardzo cieniutką warstwą rozprowadza na ustach. Ilość, którą wydobywamy z opakowania raczej nie wystarcza na pokrycie całych ust i wymaga ponownego nabrania produktu z opakowania.
Płynna konsystencja pomadki Bell Moroccan Dream sprawia też, że nie jest ona jakoś zabójczo napigmentowana. Do pełnego krycia na moich ustach wymaga nałożenia dwóch warstw. Na szczęście nie wpływa to na komfort noszenia ani na trwałość ponieważ nakładamy tak cieniutkie warstwy, że przy nałożeniu dwóch nie można tu mówić o nadmiarze produktu na ustach. Druga warstwa jest też konieczna ponieważ pierwsza robi nieestetyczne smugi. By ich uniknąć aplikacja musi być bardzo równomierna i dokładna. Trzeba tę pomadkę nakładać bardzo ostrożnie i z dużą uwagą. Zdecydowanie nie jest to opcja do nakładania gdy się spieszymy.
Początkowo pomadka daje mokre, lśniące wykończenie, dopiero po jakimś czasie zastyga na całkowity mat. Czas zasychania może być dla niektórych męcząco długi, bo pomadka naprawdę wymaga długich paru minut by zastygnąć całkowicie. Jednak biorąc pod uwagę skupienie i dokładność z jaką należy nakładać tę pomadkę na usta długi czas zastygania jest plusem ponieważ daje nam czas na poprawki i dokładne rozprowadzenie produktu na wargach.
Gdy pomadka w końcu zastygnie daje naprawdę matowe wykończenie i to z kategorii tych, które lubię - nie jest to aksamitne, welwetowe wykończenie tylko mocny, suchy mat, który uwielbiam. Nałożona na dłoń jest nie do zdarcia, trzyma się uparcie skóry i nawet mocne pocieranie nie jest w stanie ruszyć jej z miejsca. Niestety na ustach już nie jest tak kolorowo. Pomadka w kontakcie z nawet minimalną ilością wilgoci od razu zaczyna się nieestetycznie wycierać. Podczas mówienia widoczna jest wyraźna granica odcinania się pomadki. Można temu zaradzić nakładając jej odrobinę mniej bliżej wewnętrznej krawędzi ust - niemniej wspominam żebyście mieli świadomość, że taka sytuacja może mieć miejsce. W innych sytuacjach także nie grzeszy ona trwałością - wystarczy napić sie wody by pomadka zaczęła się wycierać i znikać z ust. W dodatku zjada się bardzo nierównomiernie. Robią się nieestetyczne smugi i "zacieki", w jednych miejscach pomadka trzyma się dalej, w innym schodzi całkowicie przez co na ustach mamy plamy z pomadki. Nie wygląda to ładnie. Oczywiście dla wielu osób może to być po prostu naturalne, że pomadkę trzeba poprawiać kilkukrotnie w ciągu dnia i ja sama sięgam po nią własnie wtedy, gdy wiem, że będę miała czas i możliwość dokonać poprawki. Mimo wszystko jeśli ktoś wybiera mat nie ze względów estetycznych, a ze względu na trwałość to z tej pomadki nie będzie zadowolony.
Jak już wspomniałam gama kolorystyczna zawiera w sobie sześć odcieni. Numer jeden to jasny odcień brązu, bardzo modny w tym sezonie ale nie każdemu będzie dobrze w takim kolorze. W rzeczywistości jest ciemniejszy niż na zdjęciu. Numer dwa to przepiękny przygaszony róż, jasny i pudrowy, ale nie "lalkowy". Z pewnością będzie pasował blondynkom. Zdjęcie na skórze nie oddaje go zbyt dobrze, kolor lepiej jest oddany na zdjęciu aplikatora. 03 to ideał, przygaszony, ciemny. Taki brudny róż z nutami fioletu, strasznie mi się podoba, niestety nigdzie nie mogę go dorwać co chyba świadczy o tym, jak udany jest to kolor. Zdjęcie na skórze ładnie oddaje jego urok. 04 to odcień malinowej czerwieni. Zdecydowanie nie jest to róż. Jest to czerwień pomieszana z różem, w chłodnej tonacji, która będzie cudownie wybielać zęby. Na zdjęciu wyszła nieco ciemniej. Na żywo jest jaśniejsza i może minimalnie bardziej czerwona, ale wydaje mi się, że zdjęcie powinno dobrze oddawać kolor. 05 Mnie kusił, ale zrezygnowałam bo mam już takie odcienie w swojej kolekcji. Mocny fuksjowy róż, chłodny i intensywny. Zdecydowanie kolor dla odważnych, nie da się obok niego przejść obojętnie! On też wyszedł odrobinę ciemniej na skórze. Ostatni to numer 06 i jest on pięknym odcieniem, który kojarzy mi się z wiosną. Nie wiem jak go nazwać- jasny koral czy ciemniejsza brzoskwinia? Jest to taki róż z pomarańczowymi tonami, bardzo łady i bardzo świeży. Zdjęcie na skórze bardzo go przekłamuje, ale zdjęcie aplikatora chyba idealnie odwzorowuje kolor.
Na opakowaniu nie dopatrzyłam się ile produktu otrzymujemy w jednym opakowaniu, ale na moje oko może to być około 6 ml. Pomadka kosztuje 8.99 i jest dostępna w szafach Bell w sieci sklepów Biedronka. Pachnie owocowo, ale trochę sztucznie i jeśli dostanie nam się do ust jest obrzydliwa w smaku.
Ogółem miałam nadzieję, że seria Bell Moroccan Dream będzie to łatwo dostępny i tańszy zamiennik innych pomadek matowych niestety nie jest to najtrwalsza pomadka na rynku. Nie jest zła i nosi się nie najgorzej, ale wymaga licznych poprawek w ciągu dnia i jest ciężka w aplikacji. Nie polecam jej też poprawiać poprzez dokładanie bo zbyt gruba warstwa wygląda bardzo nieciekawie, więc do poprawek potrzebujemy czegoś, czym można pomadkę zmyć.
Dajcie znać czy macie pomadki z serii Moroccan Dream i jak się spisują na waszych ustach. Jeśli macie swoje ulubione pomadki matowe to chętnie się dowiem jakie to i być może przetestuję na sobie.
Dzięki i do następnego :*


