MUR 24k Gold | Recenzja

sobota, 22 września 2018
Witajcie!
Poprzedni post z recenzją paletki bardzo się Wam spodobał, dlatego dzisiaj przychodzę pokazać Wam kolejną czekoladową paletkę od Makeup Revolution. Pokażę Wam jedną z nowszych czekoladek, czyli 24k Gold. Trafiła ona do mojej kosmetyczki niedawno, ale sporo już się nią bawiłam, poza tym wybrałam ją jako drugą do wyzwania 7 dni z jedną paletą, więc mogę Wam już sporo o niej opowiedzieć


Opakowanie jak zawsze mnie zachwyca. Niektórzy narzekają na design czekoladek MUR, ja jednak bardzo go lubię. Tym bardziej w tej wersji, bo połączenie ciemnego plastiku z błyszczącym, metalicznym złotem wygląda moim zdaniem bardzo elegancko i wręcz sprawia wrażenie kosmetyku droższego niż jest w rzeczywistości. Może nie jest to najważniejsze przy wyborze kosmetyków, ale ja jednak lubię, gdy produkt wygląda po prostu ładnie.

Ponieważ jest to jedna z nowszych paletek ma ona też nową formułę. Starsze czekoladki były bardzo dobrej jakości, ale te wręcz zachwycają. Cienie są miękkie w dotyku, przyjemne w pracy i ładnie napigmentowane. Nie są zbyt suche przez co fajnie chwytają się powieki i dobrze oddają pigment, ale nie są też przesadnie napigmentowane więc nie tworzą w plam i nie osypują się. Łatwo się z nimi pracuje ponieważ dobrze się łączą, ładnie blendują i można je budować by uzyskać naprawdę mocny efekt. 



Jeśli chodzi o kolorystykę paletki to jest jak dla mnie dość nietypowa. Z jednej strony ciepła, z drugiej ma też w sobie sporo chłodniejszych odcieni.  Paletka ma w sobie siedem matowych cieni, wśród których - oprócz takiej klasyki jak matowy beż i czerń - znajdziemy trzy chłodniejsze, złamane szarością brązy o różnym stopniu jasności, jeden piękny, ciepły, czekoladowy brąz, oraz śliczny brzoskwiniowy cień, który jednak bardziej wpada w pomarańcz niż róż. Jeśli chodzi o maty to kompozycja jest naprawdę udana i uniwersalna. Sprawdzi się do zbudowania bazy wielu makijaży i nie wymaga wspomagania się cieniami z innych palet, co dla mnie jest dużym plusem. Lubię mieć wszystko w jednej palecie.

W przypadku cieni błyszczących jest dużo większy wybór. Cieni o tym wykończeniu jest tu aż dziewięć, a ich przekrój kolorystyczny jest naprawdę zaskakujący. Oprócz czterech odcieni złota - od jasnego, szampańskiego, przez klasyczne aż po złoto wpadające w odcienie oliwki - znajdziemy tu też fajne, czerwonawe brązy, subtelną morelę oraz chłodne, miętowe złoto i metaliczną czerwień. Ta kompozycja z jednej strony pozwala na stworzenie wielu różnorodnych makijaży, ale też wymaga nieco skupienia w trakcie malowania, bo kolory nie zawsze do siebie pasują. 

Pokażę, Wam teraz swatche na ręce, cienie z palety nabierałam od góry, od lewej do prawej. Na ręce jest to od lewej strony w dół, następnie prawa strona w dół. Czyli swatche po lewej stronie do cały pierwszy rządek i trzy pierwsze cienie z drugiego rzędu, a swatche po prawej to trzy ostatnie cienie z drugiego rządka i cały dolny rząd.


Bling - Jeden z dwóch cieni, które mają zwiększoną pojemność. To klasyczny odcień złota, nie przesadnie żółty ale też nie chłodny. Można by powiedzieć, że jest tak klasyczny, że aż nudny, ale myślę, że nie tylko ja lubię takie odcienie.

Lustre - zaskoczeniem w tej palecie jest to, że matowy beż jest w małej pojemności, a nie tak jak we wcześniejszych paletkach w większej. Ma ładny, jasny, neutralny kolor bez wyraźnych żółtych czy różowych tonów. Niestety jako jedyny jest dość suchy i nie powala pigmentacją

Spirit - Przyznam, że nie za bardzo mi się podoba. W palecie jest to jasny, szaro-brązowo-różowy cień, który na skórze wygląda bardziej różowo i pastelowo. Jak na tak jasny kolor ma dobrą pigmentację, ale zdecydowanie nie jest to odcień, po który będę sięgać.

Spice - Kolejny klasyk. Średni brąz o chłodnych tonach. Wyraźnie przełamany szarością i może minimalną ilością fioletu. Mimo chłodnego odcienia uważam, że jest ładny i będzie dobry do konturowania powieki, zwłaszcza, że ma świetną pigmentację.

Glided - Świetny odcień, którego wręcz nadużywam gdy sięgam po tę paletę. Jasny odcień kojarzący mi się z karmelowym cappucino. Trochę przybielony, trochę przyszarzały, a jednak ma w sobie wyraźne, ciepłe tony. Świetny do rozcierania bo nie jest za mocny, świetnie łączy się z innymi kolorami i pozwala uzyskać bardzo naturalnie wyglądające roztarcie granic makijażu.

Flare - Mam kłopot z określeniem tego koloru. W palecie wygląda na dość ciemny ciepły brąz. Na skórze wychodzi jednak jaśniej i bardziej jak ciemna miedź, ale w odpowiednim świetle widać w nim dość mocne czerwone pobłyski. 

Stun - kolejny odcień złota, tym razem ciemniejszy i cieplejszy. Jest miękki jak masełko i na powiece wygląda przecudnie. 

Real - ostatni w lewym rządku swatchy. Kolejny błyszczący brąz, który na skórze ujawnia sporo czerwonawych tonów. Tym razem jest to jednak chłodniejsza czerwień z jaśniejszym, srebrnawym blaskiem.


Moonlit - pierwszy u góry z prawej strony. Ten odcień ma cieplejszą, brzoskwiniową bazę, ale na skórze wychodzi dość chłodno przez swój srebrzysty blask. Fajny do dziennych, rozświetlonych makijaży.

Glacier - W palecie dość intensywna zieleń, na skórze jednak nieco przygaszona i chłodniejsza. Ciekawy kolor, który sprawdzi się w jesiennych makijażach

Solitaire - Lśniące, oliwkowe złoto. Na skórze wypada cieplej niż w palecie, ale i tak nie da się w nim przeoczyć brązowo-zielonkawych tonów

Rock - To miał być mój hit tej palety. Głęboka, ciemna, winna wręcz czerwień o matalicznym wykończeniu, na skórze nie wypada już aż tak głęboko i więcej w niej pomidorowych, niż winnych tonów.

Stone - Dość jasny, matowy kolor w odcieniach brzoskwini. Mieszanka różu z pomarańczem, jednak więcej w nim ciepłych niż chłodnych tonów.

Satellite - Matowa czerń. Dość dobrej jakości czarny cień, raczej z tych czerni na bazie granatu czy grafitu niż brązu. Wygląda przez to na intensywną, ale niezbyt ładnie się rozciera. Zdecydowanie warto rozcierać ją odrobiną brązu niż po prostu czystym pędzlem bo może wyglądać brudno

Gem - Ostatni cień błyszczący. Ten również ma większą pojemność, więc w palecie mamy aż dwa duże, błyszczące cienie. Myślę, że będzie miał wiele fanek, bo jest to odcień dość jasny, szampański, o neutralnych tonach. Sprawdzi się nie tylko na powiekach, ale też jako rozświetlacz.

Podsumowując - to fajna paletka, która zawiera w sobie uniwersalny, samowystarczalny zestaw matów i sporo błysków pozwalających zaszaleć z makijażem. Moim zdaniem super się sprawdzi do jesiennych makijaży przez swoją nietypową kolorystykę. Trochę mnie zawiodła tym, że wiele cieni wypada na skórze inaczej niż w palecie, ale nie mogę napisać, że jest złą paletką. Dobrze się z nią pracuje i pozwala na sporo szaleństwa, dlatego jeśli lubicie takie jesienne kolory i szukacie palety, która zaoferuje wam nieco różnorodności to warto się nią zainteresować.



Dajcie znać, co sądzicie o tej palecie. Jeśli ją macie to koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią na jej temat!

Dzięki i do następnego :*



Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

7 dni z jedną paletą | MUR Chocolate Elixir

czwartek, 30 sierpnia 2018
Witajcie! Dzisiaj przychodzę do Was z pierwszym podsumowaniem wyzwania 7 dni z jedną paletą. Jeśli jeszcze nie wiecie jakie jest założenie tego wyzwania to polega ono na tym, że przez tydzień wykonuję makijaże tylko jedną paletką z mojej kolekcji. To wyzwanie pozwoli nie tylko odkopać na nowo zapomniane już, starsze paletki, ale też zmusi do kombinowania. Wiele z nas ma wyuczone dwa lub trzy makijaże, które daną paletą wykonuje przez co niektóre cienie są zupełnie nieużywane. Wyzwanie by zrobić aż siedem różnych makijaży zmusiło mnie do kreatywniejszego spojrzenia na posiadane w palecie cienie.



Jak już wspomniałam jako pierwszą do wyzwania wybrałam paletkę Makeup Revolution Chocolate Elixir. Jej recenzję możecie zobaczyć TUTAJ. Zobaczcie jakie makijaże wykonałam przy jej użyciu!


Burgund i złoto - w pierwszym makijażu postawiłam na klasyczne cieniowanie górnej powieki w ciepłym brązie, które rozświetliłam dużą ilością złota. Cieniowanie wyciągnęłam w kształt kociego oka. Na dolnej powiece postawiłam na mocny akcent w postaci intensywnego borda. 


Hot Chocolate Smoky - Po raz kolejny klasyczne cieniowanie w kształcie kociego oka. Tym razem mocniej wykonturowałam oko używając Najciemniejszych cieni z palety. Błyszczący brąz na środku powieki pozwolił mi zachować wieczorowy charakter makijażu jednocześnie ładnie rozświetlając powiekę. Sekretem tego makijażu jest blendowanie - stopniowe dokładanie kolorów i uważna praca z nimi pozwoliła uzyskać miękki efekt bez wyraźnych granic.


Golden Sunset - to chyba pierwszy i jedyny w tym zestawieniu tak delikatny makijaż. Konturując powiekę podążałam za jej naturalnym kształtem jednocześnie starając się mocno zaznaczyć załamanie. Wybierałam najcieplejsze kolory z palety by uzyskać efekt zachodzącego słońca. Środek powieki rozświetliłam złotym cieniem, który idealnie wpasował się w ten makijaż


Burning Smoky - ten makijaż mimo mocnych kolorów wyszedł dość  delikatny. Ponownie w cieniowaniu podążałam za naturalnym kształtem powieki. Pierwsze skrzypce grają w tym makijażu dwa burgundowe cienie nałożone na całą powiekę. Do ich rozblendowania użyłam cieni w ciepłych odcieniach przez co uzyskałam mocny, ognisty efekt. Makijaż ten wymagał jednak kreski, która nadała mu bardziej kobiecego charakteru.


Pumpkin Spice - Po raz kolejny postawiłam na koci kształt i pracochłonne cieniowanie, które pozwoliło uzyskać miękki, rozdymiony efekt. Wybór ciepłych, pomarańczowych odcieni sprawił, że makijaż wyszedł bardzo jesienny i moim zdaniem - świetnie skomponował się z kolorem moich oczu. 


Cut Crease - Taki makijaż długo chodził mi po głowie, a ta paletka ma w sobie dokładnie to, czego potrzebowałam. Makijaż trudny w wykonaniu i pracochłonny. Wymaga ogromnego skupienia i precyzji, ale dla tego efektu było warto!


Pastel Glitter - z tym makijażem walczyłam najdłużej. Miałam ogromną ochotę wykorzystać przepiękny, pastelowy cień z paletki, ale niestety tego typu kolory bardzo źle wychodzą na zdjęciach i jak dla mnie - wymagają trochę dodatkowych ozdobników żeby nie wyglądało to blado i nijako. Bordo w załamaniu i zewnętrznym kąciku ożywiło nieco kolorystykę. Kreska nadała wyrazistości oku, a błyskotki zrobiły resztę. Praca cieniami w tym makijażu jest szalenie prosta i jeśli pominiecie brokat czy kreskę to uzyskacie fajny, pastelowy makijaż dzienny.



Ogólnie wyzwanie wydawało mi się na początku łatwe. Większość palet ma sporo cieni, jakim problemem może być zrobienie siedmiu różnych makijaży? W trakcie okazało się jednak, że żeby makijaże nie były zbyt podobne do siebie trzeba jednak pomyśleć i pokombinować. I bardzo dobrze, w tym wyzwaniu chodzi także o pobudzenie kreatywności!

Drugi wniosek jest taki, że to rewelacyjny test dla palety. W trakcie wyzwania starałam się nie używać cieni z innych palet. Dobrze skomponowana paletka powinna pozwolić mi zrealizować wizję makijażu bez sięgania po dodatkowe cienie. Okazuje się, że paletka Chocolate Elixir jest bardzo dobrze skomponowanym zestawem cieni. Nie miałam problemu z wymyśleniem tych siedmiu makijaży. Większość cieni do siebie nawzajem pasuje więc łatwo było zaplanować fajny, spójny makijaż. Nie miałam też potrzeby sięgać po cienie z innych palet - Chocolate Elixir jest tak skomponowana, że niemal wszystko czego potrzebowałam miałam pod ręką. Znalazłam tu jasny beż, sporo przejściowych matów, kilka błyszczących  - i to w różnych odcieniach i tonacjach pozwalających dopasować lśniący akcent do dominującej kolorystyki makijażu. Są też mocniejsze kolory pozwalające budować głębię czy dodać makijażowi koloru. Zabrakło mi jednak czarnego cienia. Niby wiem, że każdy ma taki cień w domu i bez sensu pchać go do kolejnej palety... ale ja jednak lubię mieć wszystko pod ręką. Także podsumowując jednym zdaniem: Paletka Chocolate Elixir jest świetnie skomponowanym, samowystarczalnym zestawem cieni, który pozwala stworzyć wiele makijaży, ale do miana palety idealnie skomponowanej brakuje mu czerni. 

Dajcie znać co sądzicie o tej serii!
Dzięki i do następnego :*

Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

MUR Chocolate Elixir | Recenzja

wtorek, 14 sierpnia 2018
Witajcie!
Nie będę mówić, że przepraszam za długą przerwę ani że wracam już na dobre, bo za każdym razem, gdy napiszę coś takiego, to wypada mi pilne/ważne/upierdliwe COŚ i powstrzymuje mnie na dłuższy czas. Dlatego po prostu jestem z nowym wpisem, a gdyby ktoś denerwował się na małą liczbę postów i długie przerwy na blogu to zapraszam na Instagram, tam jestem o wiele częściej!

Dziś pokażę Wam jedną z nowych paletek w mojej kolekcji. Pokazałam Wam ją już w zakupach, ale teraz przyszedł czas na opowiedzenie o niej czegoś więcej!


Paletka od Makeup Revolution - a teraz właściwie Revolution Makeup o nazwie Chocolate Elixir jest moim zdaniem jedną z ładniejszych, zarówno pod względem opakowania, jak i zawartości.
Opakowanie standardowo - piękne tłoczenie roztapiającej się czekolady tym razem w kolorze różowego złota w wersji matowej. Moim zdaniem jest przepiękna i gdybym tylko miała miejsce to trzymałabym ją na wierzchu by móc ciągle na nią patrzeć!

Środek wygląda równie ciekawie! W paletce znajdziemy standardowo szesnaście cieni w tym dwa o powiększonej gramaturze. Widziałam, że w najnowszych czekoladkach zostało to zmienione i mamy więcej cieni, ale wszystkie są tego samego rozmiaru. Szczerze mówiąc szkoda, że to zostało zmienione, bo jednak o wiele bardziej praktycznym rozwiązaniem było powiększenie dwóch najczęściej używanych cieni. 

W palecie znajdziemy cienie o trzech wykończeniach - cztery odcienie perłowe/metaliczne, osiem matów i cztery cienie, które teoretycznie na pierwszy rzut oka są matami, ale po bliższym przyjrzeniu się cieniom oraz nałożeniu na skórę okazują się jednak lekko satynowe. 


W palecie przeraża ciepła kolorystyka więc zdecydowanie nie jest to wybór dla osób, które dość już mają tego typu odcieni. Mnie jednak przyciągnęła do siebie właśnie ze względu na te najcieplejsze kolory. Odcienie ceglane, dwa nietypowe odcienie o zgaszonych żółtych tonach no i dwie gwiazdy tej palety - cudowne burgundy występują tu w towarzystwie bardziej neutralnych brązów, złota i beży przez co paletka wydaje mi się idealna zarówno do makijaży dziennych, jak i tych mocniejszych, bardziej odważnych.

Wiele słyszałam o tym, że jakość czekoladowych paletek ostatnio bardzo się poprawiła. Do tej pory miałam kilka czekoladek, ale wszystkie w tej starszej formule. Mimo to, byłam z nich całkiem zadowolona i lubię z nich korzystać. Tym bardziej ciekawa byłam tych nowszych palet, skoro poprzednie dobrze mi się sprawdzały to nowa formuła powinna przypaść mi do gustu jeszcze bardziej!


Nie zawiodłam się! Nowa formuła cieni jest fantastyczna! Cienie perłowe i metaliczne są cudownie masełkowe w dotyku. Przenoszą się taflą na powiekę nie robiąc dziur czy grudek z brokatu. Matowe cienie także poprawiły swoją jakość. Są o wiele mocniej napigmentowane niż te z wcześniejszych paletek i łatwiej się z nimi pracuje. Jak będziecie mogły zobaczyć niżej na swatchach nawet te jasne, pastelowe wręcz odcienie pozostawiły na skórze mocny kolor! 

Muszę jednak powiedzieć, że niektóre cienie różnią się między sobą jakością. Bardzo możliwe, że zależy to od kolorów - niektóre odcienie o wiele trudniej jest wyprodukować i być może dlatego obok świetnych, mięciutkich cieni znalazło się kilka o gorszej, ale nadal nadającej się do pracy jakości. 

Przejdźmy do swatchy, przy któych opowiem Wam więcej o poszczególnych cieniach!
Cienie nakładałam na rękę tak, jak po sobie następują w rządku. Pierwszy cień z lewej w palecie został nałożony jako swatch na samej górze!


Pierwszy rządek cieni. Od góry: Coconut, Icing, Creme Brulee, Candy, Bubble-gum
 Coconut -  jest to jeden z dwóch cieni o powiększonej gramaturze. Teoretycznie matowy, ale po nałożeniu na skórę pokazuje się w nim delikatna satynowa poświata. Jest to bardzo naturalnie wyglądające wykończenie, nie całkiem kredowe, ale też bez przesadnego błysku. Jasny i raczej neutralny więc powinien spodobać się większości osób.

Icing - Jeden z ciekawszych odcieni w palecie. Jasny, zgaszony żółty. Pastelowo-musztardowy - tak bym go określiła. On również ma w sobie delikatnie widoczny satynowy poblask. Nie jest zbyt mocno napigmentowany, ale na bazie da się go ładnie budować. 

Breme Brulee - Śliczny! Perłowy cień w jasnym, różowobeżowym kolorze. Chłodny w tonacji,a le pięknie wygląda na powiece. Jest miękki i masełkowy, ale nie daje mocnego krycia chyba, że nałożymy go dużo. Oprócz spektakularnego błysku pozostawia na skórze delikatną brudnoróżową poświatę więc nadaje się jako toper na inne cienie.

Candy - bardzo nietypowy odcień! Pastelowo-różowo-szary. Trochę brudny i niepozorny, ale ma w sobie coś takiego, że chce się go użyć. Jak widać ma zaskakująco dobrą pigmentację i pozwala się budować. Jeden z niewielu chłodnych cieni w palecie. Z pewnością znajdzie wiele zastosowań w makiażu np jako cień transferowy, do rozcierania mocniejszych odcieni, ale może też wyglądać super jako głowny element makijażu.

Bubble-gum -  Gwiazda paletki. Chłodny, matowy odcień buraka. Nałożony w niewielkiej ilości i roztarty wygląda na lekko zgaszoną fuksję. Mimo, że nie jest najbardziej napigmentowanym cieniem w palecie to daje się nieźle zbudować.

Drugi rządek cieni. Od góry: Sweet, Latte, Chestnut, Carrot Cake, Hot Tea, Sugar

Sweet - pod względem jakości ten cień jest gwiazdą palety. Niesamowicie mięciutki, mocno napigmentowany, jedno dotknięcie wystarczy by kolor na skórze był taki jak w palecie. Perłowy brąz z różowo-miedzianymi refleksami. Wygląda pięknie na skórze i daje dużo satysfakcji w trakcie pracy.

Latte - Matowa formuła i musztardowy kolor. Niestety jest dość suchy i wymaga nieco uwagi by zbudować go do takiej pigmentacji jak widzicie na swatchu. Na dobrej bazie pracuje się z nim całkiem nieźle

Chestnut - Najciemniejszy odcień z palety. Matowy, chłodny brąz w kolorze gorzkiej czekolady. Mimo matowej formuły jest mocno napigmentowany i ładnie przenosi się z pędzla na powiekę. Świetny do przyciemnienia kącika albo do narysowania kreski. 

Carrot Cake - Strasznie podoba mi się ten odcień. Brąz z mocnymi pomarańczowymi tonami. Wygląda świetnie w makijażu, jest bardzo dobrze napigmentowany i ma miłą w pracy, miękką konsystencję.

Hot Tea - Pod względem koloru jest podobny do Latte, ale ma mniej żółtych, a więcej brązowych i pomarańczowych tonów. Jest też lepiej napigmentowany, konsystencją przypomina Carrot Cake. 

Sugar - Fajne jasne złotko w o perłowym wykończeniu. Ładny i dobrze napigmentowany, fajnie się z nim pracuje, daje ładny błysk na oku i ma uniwersalny odcień, nie za żółtego ani nie za bladego złota. Podoba mi się, ale mam już takich cieni mnóstwo więc nie robi na mnie jakiegoś spektakularnego wrażenia.

Trzeci rządek. Od góry: Red Velvet, Pumpkin, Roasted, Pink Icing, Vanilla
Red Velvet - to kolejny hit jeśli chodzi o formułę. Jest niesamowicie miękki i fantastycznie napigmentowany. Nawet bez bazy daje bardzo mocny kolor. Ma bardzo ładny odcień, Jest dość ciemnym brązem z wyraźnym czerwonym tonem. Jeśli ktoś lubi bardzo ciepłe odcienie to ten kolor, będzie jednym z najczęściej używanych

Pumpkin - Faktycznie taka trochę przybrudzona dynia. Fajny kolor przejściowy do ciepłych makijaży ale sprawdzi się też do delikatnego ocieplenia chłodnych zestawień kolorystycznych bo nie jest mocno pomarańczowy. Matowy w wykończeniu ale nie jest zbyt suchy dzięki czemu ma niezłą pigmentację.

Roasted - jeden z chłodnych odcieni w palecie. Mocno przyszarzony brąz. Mimo jasnego koloru i matowego wykończenia ma niezłą pigmentację i pozwala się ładnie zbudować. Moim zdaniem bardzo uniwersalny kolor, który znajdzie zastosowanie w wielu makijażach

Pink Icing - Piękny burgund o lekko satynowym wykończeniu. Jest cieplejszy od Bubble-gum, nieco ciemniejszy i ma mocniejszą pigmentację. Podczas rozcierania nie robi się różowy dzięki czemu łatwiej wkomponować go w makijaż.

Vanilla - jeden z cieni o powiększonej gramaturze. Bardzo jasny perłowy cień o przyjemniej konsystecnji. Nałożony w większej ilości ma blady, zmrożony kolor, ale po roztarciu zgrywa się ze skórą i daje efekt jasnego rozświetlenia bez widocznego koloru, dzięki czemu może się sprawdzić jako rozświetlacz.


Podsumowując - jestem zachwycona tą paletką. Cienie podobają mi się zarówno kolorystycznie, jak i ze względu na dobrą jakość. Na bazie pozwalają się zbudować i stworzyć naprawdę intensywny makijaż. Z resztą zamierzam was o tym przekonać w kolejnym wpisie ponieważ wybrałam tą paletkę jako pierwszą do wyzwania o którym przeczytałam na blogu Pauliny. Siedem makijaży jedną paletką - nie będzie łatwo ale jeśli macie ochotę zobaczyć kilka mocnych, szalonych i mniej szalonych makijaży z użyciem tej palety to czekajcie na kolejny wpis!

Dzięki i do następnego :*

Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

Nowości ostatnich miesięcy!

poniedziałek, 2 lipca 2018
Witajcie!
Dawno nie było posta pokazującego moje kosmetyczne zakupy. Przez dłuższy czas nie robiłam większych zakupów, ale ostatnio nieco zaszalałam. Kupiłam kilka cudownych produktów i chciałabym się z Wami podzielić swoją radością. Niektóre z tych produktów już testowałam, inne wciąż czekają na swoją kolej więc jeśli macie je w swoich kosmetyczkach, śmiało dzielcie się opiniami w komentarzach!


Nie, że się tłumaczę, ale ostatnio mam szał na palety cieni. W jednym zamówieniu zgarnęłam aż cztery sztuki. Naprawdę nie wiem jak to się dzieje, ale nie potrafię sobie odmówić. No ale trzeba się czasem rozpieścić, prawda? Zwłaszcza po ciężkiej sesji, zasłużyłam na nagrodę i to jest oficjalna wersja wydarzeń. A prawda... no cóż, to było silniejsze ode mnie!


Pierwszy zakup ostatniego czasu wpadł mi w ręce zupełnie nieplanowanie. Wracając do domu wpadłam po zel pod prysznic i przysmaki dla kota, a w koszyku wylądowała pomadka, której byłam ciekawa już od długiego czasu. Holo Lips od Lovely co prawda nie jest prawdziwym Holo i na ustach mam do niego dziwne odczucia. Konturówka mi się nie podoba, ale ten błyszczący toper czasem mnie zachwyca, innym razem kompletnie do mnie nie przemawia. Ma jednak jedno rewelacyjne zastosowanie - obłędnie wygląda na powiekach i świetnie się na nich trzyma przez to, że zastyga.



To, że uwielbiam czekoladowe paletki od Revolution Makeup nie jest żadną tajemnicą. Mam w swojej kolekcji już kilka, a słyszałam, że w najnowszych jakość jest jeszcze lepsza! Robiąc zamówienie musiałam wrzucić do koszyka chociaż jedną! Na jednej się nie skończyło i wybrałam dwie, które akurat wtedy najbardziej przemawiały do mnie kolorystycznie. 24K Gold i Chocolate Elixir mają nie tylko cudowne kolory, ale też po prostu przepięknie prezentują się na toaletce!


Czekoladki czekoladkami, ale prawdziwy powód mojego zamówienia wygląda o tak! Zakochałam się w tej palecie od pierwszego wejrzenia, ale nie dość, że miałam inne wydatki, to jeszcze była ciągle niedostępna. W końcu jednak udało mi się ją upolować i chociaż wiem, że wiele osób już nie może na nią patrzeć to muszę to powiedzieć: KOCHAM TĄ PALETĘ!!!. Jest nie tylko świetnej jakości, ale też po prostu przepięknie wygląda. Nie dziwię się, że stała się takim hitem!


Przy okazji zamówienia skorzystałam też z promocji i do mojego koszyka wpadła śliczna paletka Revolution Makeup One Million Palette. Przeżyłam małą obsesję na jej punkcie, ale więcej o niej możecie przeczytać we wpisie, w którym nie tylko mówię o jakości, ale także pokazuję aż pięć makijaży z jej użyciem! 



Na koniec drobiazgi. O pierwszym z nich wspomnę krótko bo jest to gratis do zamówienia. Niepozorny drobiazg. Maseczka na usta marki Pilaten. Nie spodziewałam się, że tak fajnie nawilży usta. Przyjemnie się jej używało i chyba zrobię zapas, zwłaszcza, że jest to produkt w cenie około 2 zł! 


Na sam koniec wspomnę jeszcze o moim zamówieniu z donegal. Całe zakupy pokazywałam Wam na instastory, gdzie dzieliłam się z Wami też kodem na -40% na produkty tej marki. Tu wspomnę tylko o tych pędzelkach - są śliczne, niedrogie i dobrej jakości więc zachęcam by się nimi zainteresować!

To już wszystkie nowości! Niby teraz nie wydaje się tego bardzo dużo, ale jednak uznałam, że warto podzielić się z Wami i wspomnieć o fajnych produktach! Dajcie znać co ostatnio kupiłyście nowego, co z pokazanych rzeczy macie i jak Wam się sprawdzają?
No i napiszcie koniecznie jak Wam się podobają nowe zdjęcia, ostatnio bardzo się do nich przykładam i sporo się uczę więc mam nadzieję, że widać poprawę w jakości i estetyce!



Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

Makeup Revolutiuon - One Million Palette

czwartek, 21 czerwca 2018
Witaj!
Po dłuższej przerwie powracam na bloga z nową energią. Wiosna to zawsze trudny czas, zakańczanie projektów i zbliżająca się sesja zjada mnóstwo czasu i energii, ale zawsze zapowiada nadejście chwili wytchnienia i większej ilości czasu dla Was!
Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam paletkę, która totalnie mnie pochłonęła. Mam naprawdę mnóstwo palet z cieniami, a jednak odkąd dorwałam w swoje łapki to maleństwo używam tylko jej. Jest mała, poręczna i mieści się w niedużej kosmetyczce przez co zawsze mam ją pod ręką. Inne palety poszły w odstawkę, bo po co szukać w torbie innej paletki skoro ten maluch jest zawsze obok? 


Czemu Paletka One Million jest taka wyjątkowa?

Chciałabym opowiedzieć o niej kilka słów ponieważ wiem, ze wciąż można ją zdobyć. Paletka ta powstała by podziękować fanom Marki Makeup Revolution za milion obserwujących na instagramie. Piękna liczba prawda? No i piękny ukłon ze strony marki w stronę jej fanów, bo jednak rzadko się spotyka by marka kosmetyczna sprawiła taki prezent swoim klientkom. Pełnowymiarowa paletka z cieniami fajnej jakości za 1 gr? I można narzekać, że trzeba zrobić zakupy żeby ją dostać więc wcale nie jest taka tania. No ale 75 zł to jednak nie jest wielka kwota - zwykle gdy jakaś marka oferuje fajny prezent do zakupów to kwota oscyluje wokół 250 zł -  Weźmy też pod uwagę ceny produktów Makeup Revolution - za te 75 zł można już się nieźle obkupić i wyposażyć swoją kosmetyczkę w kilka ciekawych produktów.

Paletkę tę można dostać za 1 grosz do zakupów produktów Makeup Revolution za kwotę min. 75 zł na stronach: ekobieca.pl, kosmetykizameryki.pl, ladymakeup.pl oraz cocolita.pl. Wiem, że te paletki szybko się rozchodzą, ale warto polować bo widziałam, że co jakiś czas wracają ponownie.


Nie da się ukryć, że ta paletka jest po prostu śliczna. Mi przypomina sztabkę różowego złota. Cudowny kolor i złote, metaliczne napisy - no bądźmy szczere, na instagramie prezentuje się cudownie! Ale to nie opakowanie jest najważniejsze.

W środku mamy osiem cieni z czego tylko trzy matowe. Nie jest to więc idealna, samowystarczalna paletka ponieważ brakuje w niej na przykład jasnego beżu czy bardzo ciemnego cienia, który pomoże zbudować głębię makijażu. Znajdziemy tu jednak kilka fajnych kolorów w odcieniach różowego złota i modnego jakiś czas temu odcienia mauve.

Cienie są dobrze napigmentowane i jeśli tylko potrzebujemy można nimi zbudować naprawdę nasycony odcień. Łatwo się z nimi pracuje bo zwłaszcza matowe cienie lekko się blendują nie tworząc plam, a do tego dobrze chwytają się pędzla i powieki. Błyszczące cienie nie tracą swojego blasku przy nakładaniu, ale żeby uzyskać najfajniejszy efekt warto aplikować je na lepką bazę albo przy użyciu palca lub zbitego pędzelka. 


Jakie cienie znajdziemy w tej paletce?

Cienie te nie mają nazw więc opisywać je będę w kolejności od lewej do prawej, tak jak znajdują się w palecie lub od góry na swatchach.


Pierwszym cieniem jestem zachwycona. Jeśli czytacie moje wpisy o cieniach do powiek to wiecie, że takie jasne, żółte złotko jest dla mnie obowiązkowym cieniem w palecie.  Uwielbiam takie odcienie w kąciku oka, ale także na kościach policzkowych jako rozświetlacz. Ten cień sprawdzi się w obu tych rolach, gdyż nałożony w większej ilości daje cudowny kolor i błysk, a roztarty do miękkiej chmurki daje niemal transparentną taflę ładnego rozświetlenia. 

Drugi cień w opakowaniu niezbyt mi się podoba bo wygląda na przybrudzone, stare złoto. Na skórze wychodzi o wiele ładniej. Daje efekt ciepłego złota z nutką miedzianych tonów co przepięknie wygląda na środku powieki. Przy rozcieraniu nie gubi blasku i wyobrażam sobie, że byłby przepięknym rozświetlaczem dla ciemnych karnacji.

Trzeciego koloru nawet nie umiem nazwać. Jest boski! W paletce wygląda na miedziany ale na skórze wychodzą z niego tony trochę miedzi, brazu i nieco bordowych nut. Błyszczące wykończenie i ten cudowny kolor sprawiają, że jest jednym z najbardziej wyjątkowych cieni w mojej kolekcji.

Przyszedł czas na pierwszy odcień matowy. Typowy mauve- jasny, pastelowy ale przybrudzony róż z wyraźnym chłodnym tonem. Nie jest takim kredowym matem, mam wrażenie, że widać w min minimalny błękitny poblask przez co wygląda bardzo naturalnie ale też bardziej wielowymiarowo. 



Pomiędzy różem, a kolejnym matowym cieniem znajduje się mój ulubiony błyszczący cień z tej paletki czyli ciemne bordo z minimalnym różowym pyłkiem nadającym cieniowi chłodny połysk. Przy rozcieraniu wychodzą z tego cienia różowo-pomarańczowe tony co w połączeniu z różowymi drobinkami wygląda po prostu ślicznie.

Dochodzimy wreszcie do mojego ulubionego cienia czyli chłodnego bordo złamanego śliwką. Lekko przybrudzony odcień daje na skórze ciekawy efekt. Brakowało mi takiego cienia w zbiorach i bardzo się cieszę, że w tej paletce się taki znalazł bo używam go z prawdziwą przyjemnością. Niestety do jego jedynego mam małe zastrzeżenia jeśli chodzi o pigmentację, ponieważ na skórze wychodzi jaśniej i nie daje się zbudować do aż takiej intensywności jak w paletce.

Przedostatni cień to kolor chłodnej, gorzkiej czekolady. Taki zimny, szarawy brąz, ale z ciekawym efektem w postaci różowych, fioletowych i złotych drobinek. Wygląda cudownie i już wyobrażam go sobie na środku powieki przy ciemnym, chłodnym smoky eye. Powiem jednak szczerze, że nie do końca pasuje mi do tej palety.

No i czas na ostatni cień i jednocześnie ostatni mat w paletce. Ciepły czekoladowy brąz z widocznym czerwoną czerwoną bazą. 



Makijaże z użyciem One Million Palette

Mimo, że paletka nie jest super uniwersalna i nie zawiera w sobie wszystkiego co niezbędne do stworzenia większości makijaży, da się nią stworzyć naprawdę fajne oczko. Pokażę Wam dzisiaj pięć makijaży - do czterech z nich posłużyły mi tylko i wyłącznie cienie z tej paletki. Zaledwie jeden wzbogaciłam o czerń i coś extra!


Pierwszy makijaż to zwykły dzienniaczek w różowych odcieniach. Do jego stworzenia użyłam tylko trzech cieni i naprawdę najprostszej techniki. Cień numer sześć, czyli matowe bordo nałożyłam na zewnętrzny kącik i nieco roztarłam w załamaniu oraz zerwnętrznym kąciku dolnej powieki. Na resztę powieki górnej i dolnej nałożyłam jasny matowy róż. Tym samym cieniem roztarłam górną granicę ciemniejszego cienia w załamaniu. Na koniec dodałam błyszczący akcent w wewnętrznym kąciku - nałożyłam tu cień numer 1.


Kolejny makijaż jest już nieco mocniejszy. Miałam ochotę pobawić się bordowym smoky więc nałożyłam matowy brodowy cień w wewnętrzny kącik i na załamanie powieki oraz na połowę dolnej powieki. Wzmocniłam efekt odrobiną matowego brązu. Na środek powieki i resztę powieki dolnej, płaskim pędzlem wklepałam błyszczący bordowy cień, a wszelkie granice roztarłam jasnym, matowym różem. Wewnętrzny kącik ponownie rozświetliłam jasnym złotem.


Do trzeciego makijażu wybrałam bardziej stonowane kolory. Zewnętrzne kąciki i załamanie powieki zaznaczyłam matowym brązem. Następnie na resztę powieki oraz na powiekę dolną nałożyłam miedziany cień i rozblendowałam go z brązem. Na sam środek nałożyłam sporą ilość złotego cienia. Górną granicę cieniowania złagodziłam matowym różem, oraz rozświetliłam wewnętrzny kącik przy pomocy jasnego złota.


Ten makijaż był już nieco bardziej skomplikowany. Ciemnym bordowym cieniem oraz brązem wykonturowałam oko - cienie nałożyłam w wewnętrzne kąciki oraz sporą ilość na załamanie. Górną granicę złagodziłam różem. Następnie przy pomocy korektora delikatnie odcięłam powiekę. Na ruchomą powiekę najbliżej zewnętrznego kącika nałożyłam błyszczące bordo, następnie wykonałam gładkie przejście miedzią i złotem. Na cały wewnętrzny kącik oraz blisko odcięcia nałożyłam najjaśniejszy cień. Wzmocniłam odcięcie ponownie nakładając mieszankę borda i brązu precyzyjnym pędzelkiem. Na dolnej powiece stworzyłam gładkie przejście przy użyciu brązu i tych samych błyszczących odcieni co na górnej powiece.


W ostatnim makijażu dodałam od siebie coś extra. Cieniowanie niewiele różni się od poprzedniego makijażu, jednak postawiłam na większą intensywność ciemnych kolorów, najjaśniejszego używając zdecydowanie mniej. Dodatkowo wzmocniłam wewnętrzne kąciki przy pomocy czarnego cienia, a na wewnętrzny kącik (słabo to widać na zdjęciu) oraz w załamanie nałożyłam... pomadkę Holo Lips z Lovely w odcieniu Horn Dust. Żałuję, że ten efekt tak słabo wychodzi na zdjęciach - ujawnia się dopiero gdy złapie odpowiednią ilość światła, ale nakładajac większą ilość pomadki można uzyskać cudowny metaliczny efekt, a ponieważ zastyga sprawdza się idealnie!



Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco tą paletkę i jeśli miałyście wątpliwości czy się na nią skosić to pomogłam Wam w podjęci decyzji. Nie jest to paletka, którą obowiązkowo trzeba mieć w swojej kosmetyczce, ale jeśli lubicie się bawić kolorami i macie w planach większe zakupy z Makeup Revolution to zachęcam by przygarnąć tę paletkę. Kolory są ciekawe, dobrze napigmentowane, łatwo się blendują i przenikają w siebie. Ta mała paletka oferuje nam naprawdę niezłą jakość i wbrew pozorom, mimo, że nie jest najbardziej uniwersalna i samowystarczalna, da się nią zrobić kilka fajnych makijaży!


Mam nadzieję, że wpis Wam się spodobał i spotkamy się w kolejnym!
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

# Chcę To Przeżyć!

środa, 20 czerwca 2018
Witajcie!
Kto chociaż raz nie miał tak, że o czymś marzył, ale zawsze "COŚ" przeszkadzało w realizacji tego marzenia? "Szkoda pieniędzy", "mam inne wydatki", "nie mam czasu" a może po prostu lenistwo czy brak odwagi by ruszyć się z fotela i spróbować czegoś nowego? Kto znalazł tu swoją wymówkę?
Osobiście jestem trochę leniem. Wróć! Typowym kanapowcem. Lubię się rozłożyć z książką, herbatą i kotem lub rozsiąść z dobrą grą przed komputerem, więc rzadko interesują mnie atrakcje wymagające wyjścia z domu. I chociaż w rozmowach ze znajomymi zdarzało mi się wspominać, że uwielbiam strzelać, chętnie przeszłabym się na strzelnicę, a tak najbardziej to miałabym ochotę iść kiedyś na paintball, ale to na pewno jest droga zabawa, brudząca, męcząca, podobno po kulkach zostają czasami siniaki... poszłabym, ale posiedzę w domu.



Pewnie nie tylko sami nie raz tak mieliście, ale też wielu z Waszych znajomych chciałoby czegoś spróbować, ale brakuje im motywacji. A zastanawiacie się nieraz co kupić swoim znajomym na urodziny czy święta? Polecam zakup motywacji do realizacji marzeń!

Do niedawna sama z przymrużeniem oka patrzyłam na oferty tego typu "prezentów". Do niedawna, bo jakiś czas temu dowiedziałam się o akcji prowadzonej przez katalogmarzen.pl czyli #ChcęToPrzeżyć. Zanim zgłosiłam się do akcji przejrzałam ofertę w mojej okolicy z przeświadczeniem, że nie znajdę nic dla siebie i będę mogła siedzieć na kanapie w pełni usprawiedliwiona. Przecież skoro nie ma w okolicy ciekawych atrakcji to po co miałabym ruszać tyłek z domu.


O dziwo znalazłam! Paintball laserowy! Możliwość bezpiecznego postrzelania do "żywego celu" i zostania ustrzelonym. Gra komputerowa na żywo! I to bez brudzenia i bezboleśnie*

*trochę nieprawda. Zabawa była tak udana, że kąpiel po powrocie do domu była absolutnie nieunikniona. Zakwasy w udach też były konkretne, ale nadal uważam, że było to najlepsze kardio w moim życiu



Oczywiście wrodzone lenistwo się odezwało twierdząc, że przecież nie umiem strzelać, zrobię z siebie pośmiewisko, będzie słabo. Było rewelacyjnie! W ciemnym labiryncie tylko my dwoje przeciwko sobie - ja i Marcin. W kamizelkach i z karabinem w dłoni próbowaliśmy dopaść siebie nawzajem. Szczerze mówiąc myślałam, że nie mam z nim szans, w końcu w tym związku to on jest ambasadorem CSa, a ja tylko dorywczo dla odstresowania po ciężkim dniu wpakuję kulkę w wirtualnego przeciwnika. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi z przyjemnością wpakowałam w niego kilkadziesiąt laserowych kulek. On we mnie o całe trzy mniej!


Po tym czego sama miałam okazję doświadczyć chciałabym zachęcić Was do próbowania! Jeśli macie jakieś marzenie, które niby jest, ale jakoś nie możecie się zmobilizować to naprawdę próbujcie, doświadczajcie, przeżywajcie. Bo żyć wiecznie nikt nie będzie. Może Wam się spodoba, spełnicie swoje marzenie, przełamiecie rutynę, odkryjecie w sobie nową pasję. A nawet jeśli nie - lepiej żałować, że wydaliśmy kasę na coś, co jednak nam się nie spodobało niż kiedyś żałować, że nawet nie spróbowaliśmy.

I słuchajcie ukrytych marzeń znajomych. Nawet jeśli w pierwszej chwili nie docenią prezentu w formie przeżycia, to po spróbowaniu na pewno Wam podziękują!


PS. Wybaczcie, że zdjęcia nie są najlepszej jakości, ale w ciemnym labiryncie naprawdę trudno o dobrą jakość fotek! Nagrałam też małą zajawkę na której skradam się żeby dopaść Marcina. Możecie zobaczyć ją w wyróżnionych relacjach na instagramie.

Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

Meet Beauty 2018 | Nowości i #darylosu

niedziela, 29 kwietnia 2018
Witajcie
Nie mogę uwierzyć, że to już tydzień minął od tego fantastycznego Weekendu. Jeśli nie wiecie, poprzedni weekend spędziłam w Warszawie na czwartej edycji konferencji Meet Beauty. Jestem z nimi od samego początku i bardzo się cieszę, za każdym razem gdy mam możliwość uczestniczyć w tym wydarzeniu. Niedługo z pewnością napiszę Wam moją relację i opinię o tegorocznej edycji, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu. Nie chciałabym pominąć niczego istotnego, w niektórych sprawach też chcę przemyśleć swoje stanowisko by nie wydać opinii pod wpływem emocji. 


W końcu jednak udało mi się dobrać na spokojnie do cudownych toreb z prezentami, które przywiozłam z konferencji. Znalazło się w nich mnóstwo fantastycznych produktów, które w najbliższym czasie będę testować. Pozwolę sobie pochwalić się Wam tym, co znalazło się w mojej torbie żebyście mogli dawać mi znać, co Was zainteresowało, co przetestować najpierw i o czym opowiedzieć na blogu lub instagramie (tam jestem o wiele częściej więc wpadajcie!) 


Stoisko Marki Pollena Eva było pierwszym, które odwiedziłam. Tam po zbadaniu stanu mojej skóry przemiłe Panie wybrały dla mnie Termopeeling do mycia ciała, serum tonizujące, którego jestem bardzo ciekawa oraz krem na noc, który natychmiast po powrocie do domu poszedł w ruch! Super, że każda z nas mogła otrzymać produkty przeznaczone do swojego typu cery.  No i nie ukrywajmy, te produkty są po prostu piękne!


W sobotę rano zajrzałam też na stoisko marki Efektima. Do tej pory kojarzyłam tę markę głównie ze słyszenia i z jednorazowej przygody z płatkami pod oczy. Teraz miałam okazję dotknąć cudownie pachnących peelingów do ciała i zdecydowanie jeśli gdzieś zobaczycie ten kokosowy, bierzcie bez zastanowienia!


Na stoisku Mustela i Roge Cavailles otrzymałam próbki łagodnie działających produktów do pielęgnacji skóry oraz wybrałam sobie cudownie pachnący olejek do kąpieli! Już nie mogę się doczekać, kiedy go użyję.


W sobotę brałam też udział w warsztatach organizowanych przez markę Neess. Podczas tych zajęć odbył się mały konkurs, w którym wzięłam udział i przywiozłam do domu dodatkową torbę akcesoriów, wśród których znalazły się szczotko - pędzelki - czy jestem ostatnią osobą na świecie, która ich jeszcze nie próbowała? W torbie znalazła się też gąbka do czyszczenia pędzli na sucho - fajny gadżet, z którego na pewno będę korzystać, ale nie wiem czy kupiłabym to sobie sama. Szczoteczka do mycia i masażu twarzy, naklejki na paznokcie oraz pilniczki także znalazły się w torbie i są miłymi drobiazgami, które na pewno mi się przydadzą.


Niedzielę w większości spędziłam na warsztatach. Pierwszymi tego dnia były warsztaty makijażowe z marką Pierre Rene podczas których obdarowano uczestników kilkoma produktami. Osobiście bardzo cieszę się z pomadek Miyo Lip Me. Uwielbiam takie ciemne, szalone kolory! W mojej paczce znalazł się odcień metalicznego fioletu o nazwie Ursula, a cudny jagodowy odcień  Cruella de Vill dostałam od mojej przyjaciółki Indii, której ten kolor się nie spodobał. Oprócz tego płynny rozświetlacz w ciekawym różowym odcieniu oraz coś, co może stać się hitem czyli płyn Liquid Primer, który według tego, co przeczytałam w internecie ma być czymś w stylu Duraline i po pierwszych testach zapowiada się super ciekawie. No i puder matujący, o którym tylko wspominam, że jest, ale przemilczmy jego odcień...


W niedzielę byłam też na warsztatach paznokciowych z Pierre Rene. Tym razem w paczce znalazł się lakier hybrydowy w nowej, ulepszonej formule w uroczym odcieniu pudrowej lawendy, oliwka do skórek w kropelkach oraz takie drobiazgi jak pilniczki i polerka.

Po konferencji wszyscy uczestnicy otrzymali przepiękne torby z upominkami, do których dopiero teraz miałam czas się dobrać. 


W pierwszej kolejności dobrałam się do cudownie zapakowanej paczki od o2skin. W ślicznej tubie znalazły się kremy na dzień i na noc z 30% zawartością tlenu. Mocno zainteresowały mnie te kosmetyki dlatego nie mogę się doczekać aż rozpocznę testy, a piękna tuba, w którą kremiki były zapakowane na pewno znajdzie zastosowanie w moim domu. Duży plus dla marki za ten pomysł na pakowanie upominków!


Marka O2Skin ma też pod swoimi skrzydłami także markę makijażową So Chic. Nigdy nie miałam styczności produktami tej firmy więc tym bardziej cieszę się, że będę mogła przetestować cztery fajne produkty - tusz do rzęs, lakiery do paznokci oraz fajnie zapowiadającą się matową pomadkę.


Wiecie, że nigdy nie próbowałam żadnych maseczek w płachcie? Pewnie zastanawiacie się w jakiej jaskini się chowałam przez ostatnie kilka lat? Otóż w żadnej, po prostu jakoś nigdy nie miałam okazji i nigdy nie było mi po drodze z takimi produktami dlatego też cieszę się, że marka Mediheal obdarowała mnie aż trzema maseczkami. Zobaczymy, może i ja dołączę do fanów azjatyckich maseczek.


Annabelle Minerals już po raz kolejny pojawiła się na Meet Beauty. Oczarowali mnie ślicznym stanowiskiem i pięknie zapakowanymi kosmetykami - tuby z papieru z recyklingu z uroczymi naklejkami przyciągały wzrok. Fajnie, gdyby więcej marek tak ślicznie opakowywało swoje produkty. Na stoisku otrzymałam olejek do twarzy przeznaczony do mojej suchej skóry. Ten produkt z pewnością będę testować. W torbie z upominkami znalazłam też drugą uroczą tubę. Tym razem w środku znalazły się dwa cienie glinkowe. Jeszcze nie wiem, czy będę ich używać czy znajdę dla nich nowy dom, szczerze mówiąc nie umiem pracować z sypkimi produktami, ale wciąż mam nadzieję, że kiedyś się nauczę.


W paczce od Neess znalazł się lakier hybrydowy -  bardzo się cieszę, że trafiłam na cudowny odcień granatu, bo widząc na instastory Meet Beauty kolor czerwony obawiałam się, ze tylko takie będą znajdowały się w paczkach. Nienawidzę czerwieni na paznokciach, ale uwielbiam kolor niebieski dlatego ogromnie się cieszę, że to właśnie taki lakier do mnie trafił. Oprócz tego otrzymałyśmy też rewolucyjną bazę peel off, o której na pewno Wam więcej opowiem jak już ją dokładnie przetestuję. W paczce znalazło się też kilka drobiazgów takich jak pyłki do zdobień ( które nie załapały się na zdjęcia bo już poszły w ruch), naklejki oraz pilniczki.


Ostatnia paczka to prezent od marki Tołpa. Fajnie, że marka postanowiła obdarować nas swoimi kultowymi kosmetykami i ciekawymi produktami, zamiast wrzucić do paczki cokolwiek. Peeling enzymatyczny muszę przetestować bo jest hitem internetu. Czarna maska z pewnością się przyda do oczyszczenia skóry po zimie, a żel do mycia twarzy to uniwersalny kosmetyk, który każdemu się przyda. W paczce była jeszcze maseczka, ale oczyszczająca w saszetce, ale już została zużyta więc nie załapała się na zdjęcia. 


Bardzo cieszę się z wszystkich produktów i dziękuję markom, które były z nami tego dnia.
Wy dajcie mi znać, który produkt macie i znacie, co Was zainteresowało, o czym powinnam napisać, a jeśli byłaś na Meet Beauty koniecznie napisz, z którego prezentu ucieszyłaś się najbardziej!

Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »



SZABLON BY: PANNA VEJJS.