Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cienie do powiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cienie do powiek. Pokaż wszystkie posty

MUR Cotton Candy Chocolate Palette

niedziela, 3 lutego 2019
Witajcie! Przychodzę dzisiaj do Was z kolejną recenzją pastelowych czekoladek od Makeup Revolution. To już ostatnia z tej trójki, wielu osobom podoba się najbardziej, a ja zostawiłam ją sobie na koniec. Dlaczego? Zapewne sporo z Was już się domyśla, ale jeśli jesteście ciekawi co o niej myślę i dlaczego jest tą ostatnią to zapraszam do lektury! 


Cotton Candy to pastelowa, różowa czekoladka. Opakowanie jak w jej pastelowych siostrach jest beżowe, tym razem jednak rozpływające się kostki czekolady mają pastelowy, różowy kolor. Nie da się nie przyznać, że wygląda słodko! Chyba najsłodziej z całej trójki.

Wnętrze zdecydowanie utwierdza nas w pierwszym, słodkim odczuciu. Wnętrze paletki jest równie urocze i słodkie jak jej opakowanie. Według producenta w palecie znajdziemy 3 cienie matowe i aż 15 określonych jako shimmer, ale jak zapewne wiecie z poprzednich recenzji - cienie błyszczące znacznie różnią się między sobą wykończeniem. Paleta zwiera głównie jasne i średnie kolory idealne do stworzenia delikatnego makijażu dziennego. Głównie jasne brązy, błyszczące beże oraz sporo róży i fioletów, ale nie takich rzucających się w oczy, są to raczej odcienie delikatniejsze i bardziej codzienne.


Jeśli chodzi o jakość to paletka nie odbiega od swoich sióstr. Niektóre cienie są przeciętnej jakości, sporo jest po prostu dobrych, a kilka dosłownie zachwycających. Czy ta różnica świadczy źle o palecie? Osobiście uważam, że nie. W codziennym makijażu, do którego dedykowana jest ta paleta, zdecydowanie lepiej sprawdzą się cienie o dobrej, ale nie powalającej pigmentacji. Takie, które można dołożyć i zbudować bez obaw, że nakładając w pośpiechu makijaż zrobimy sobie plamę, albo przesadzimy z intensywnością makijażu. W pracy na suchej powiece cienie niemal same się blendują, nieźle przyczepiają do skóry i raczej nie znikają w ciągu dnia. Nakładane tak jak lubię - na mokrą, lepką bazę - dają się naprawdę ładnie zbudować!

Warto zaznaczyć, że w palecie nazwy cieni nadrukowane są bezpośrednio na palecie co zdecydowanie ułatwia życie. Przejdźmy zatem do poszczególnych cieni, żebym mogła opowiedzieć Wam o nich więcej!



Topped - Mogłabym mieć taki cień w każdej palecie! Jasne, mocno żółte złotko o błyszczącym wykończeniu. Roztarty daje efekt lśniącej na złoto tafli bez widocznego koloru, dlatego uwielbiam go nakładać na kości policzkowe jako rozświetlacz.

Carnival - Mam problem z kolorem tego cienia. W paletce wygląda na ciepły brąz, na skórze na miedziany, a jak złapie więcej światła jest wręcz pomarańczowy. Ładny, błyszczący i dość nietypowy w odcieniu.

Enjoy - Pierwszy mat w palecie. Jasny, chłodny, taki pastelowy. Jak kawa z dużą ilością mleka. Jest dość suchy i trochę się pyli. Świetny w załamanie powieki bo dosłownie sam się blenduje.

Fancy - Naprawdę nie lubię takich cieni w paletach bo nigdy nie wiem jak okreslić ten kolor. To taki beżo- brąz z dodatkiem różu. Dość ciemny ale niesamowicie sie błyszczy na ciepły srebrzysty kolor więc wypada na skórze jaśniej niż w opakowaniu.

Fairground - Nie jest to typowy cień błyszczący. Jest to raczej jasny, ciepły brąz z mnóstwem złotych drobinek, które o dziwo bardzo dobrze łapią się skóry. Jest trochę suchszy niż bym chciała, żeby był i niestety trochę drobinek osypuje się w trakcie aplikacji, ale jeśli ktoś lubi taki iskrzący efekt to ten cień robi fajne wrażenie.

Sweetheart - Winno-wiśniowy błyszczący cień. Bardzo mi się podoba ten odcień nieco przygaszonego winnego borda. Na zdjęciu niestety nie wyszedł tak ładnie.


Made to Share - Drugi mat w palecie. Ciepły, ceglany średni brąz. Chyba najciemniejszy z matów w tym zestawieniu. Ma najlepszą pigmentację ze wszystkich matów w paletce.

Fairy Floss - To się tak błyszczy, że nie mogę oderwać oczu! Żadno zdjęcie nie oddaje tego, jaki jest cudowny. To kolor przygaszonego, chłodnego różu, które lśni wręcz oślepiająco. Jest trochę trudny w pracy bo jest dość suchy i sypiący ale dla tego efektu zdecydowanie warto się z nim chwilę pomęczyć! Jeden z najbardziej błyszczących cieni w palecie!

Strawberry - No jak sama nazwa mówi - słodki różowy odcień. Dość intensywny, ale nie neonowy. Połyskuje na złoto przez co bardzo przypomina mi kultowy róż z Nars - Orgasm. 

Clouds - Szczerze mówiąc nie lubię tego cienia. Ładnie błyszczy, ma fajną, łatwą w pracy konsystencję ale kolor... kojarzycie na pewno jaki kolor ma niebo w pochmurny, mokry listopadowy dzień? No to jest dokładnie ten kolor. Chłodny, szary, jakiś taki brudno-błękitny. 

Spun Sugar - Zgaszony, lekko fioletowy. Określiłabym go jako kolor marsala. I to bardzo błyszcząca marsala. Wygląda pięknie na powiece.

Sweet Tooth - Beżowy blask bez wyraźnego koloru. Trochę chłodniejszy od większości rozświetlaczy dostępnych na rynku ale daje dokładnie taki efekt. Nadaje się zarówno na powieki jak i na policzki.


Pretty in Pastel - Następny wręcz metaliczny cień. Tym razem pastelowy fiolet w odcieniu lawendy lub kwiatów bzu. Ten też jest lekko suchy i trochę może się sypać, ale nakładany zbitym pędzlem lub palcem na lepką bazę daje oszałamiającą taflę.

Convection - Oficjalnie najbardziej błyszczący cień jaki ostatnio miałam w rękach! Jaką cudnie metaliczną taflę daje to nie da się ani opisać ani sfotografować żeby nikogo nie oślepić. Miękki i kremowy ładnie się nakłada na powiekę i daje się wypracować z niego metaliczną taflę. Do tego ma bardzo uniwersalny kolor- neutrany beż - będzie na pewno pasował każdemu.

So Sweet - Nie wiem czemu został zakwalifikowany jako shimmer, skoro o ile na palcu jeszcze coś tam połyskuje to na powiece już ledwo ledwo. To raczej bardzo delikatna satyna w odcieniu tak rozbielonego różu, że może wręcz momentami wydawać się zaróżowioną bielą. 

Treat for You - Ostatni z matów. Podobny do poprzedniego - średni ciepły brąz - ale w tym przypadku więcej w nim tonów żółtawo -musztardowych niż ceglanych. Sam się blenduje, ale żeby uzyskać taką intensywność koloru jak na zdjęciu trzeba go nabudować nakładając kilka warstw.

Puff - Ciemny śliwkowy fiolet o błyszczącym wykończeniu. Połyskuje lekko na cieplejszy bardziej rożowy odcień. Jak wiadomo fiolety zawsze są trudne, ten jest ładny, w konsystencji i pracy poprawny, da się z niego sporo wykrzesać, ale trzeba uważać żeby nie zrobić sobie dziur i efektu podbitego oka.

Dreams - Ciepły miedziany kolor o mocno błyszczącym wykończeniu. W zależności od światła wydaje się być miedzią bardziej pomarańczową, innym razem ma lekkie nuty różowe.


Moim zdaniem jest to najbardziej uniwersalna i dzienna z pastelowych czekoladek. Wszystkie kolory do siebie pasują, w zasadzie nie ma tu koloru, który by się nie nadawał do użycia na co dzień, albo bardzo odstawał kolorystycznie od reszty. Brakuje mi tu jednak matów. Przydałoby się palecie coś ciemniejszego i może jakiś beż. Poza tym nie mam jej nic do zarzucenia. Dlaczego więc zostawiłam ją na sam koniec? No cóż, nie przepadam za różem w makijażu. Strasznie podobają mi się różowe makijaże i na pewno kilka takich słodkich makijaży stworzę tą paletą, ale raczej poza zdjęciami w takim makijażu mnie nie zobaczycie bo nie pasuje do mnie. Jeśli jednak czujecie się dobrze w różowych makijażach, pasują do Was i Wasze urody to ta paletka będzie świetnym wyborem do dziennych makijaży! 


Jeśli macie tą paletkę to koniecznie dajcie znać, jak Wam się sprawdza. Która z pastelowych czekoladek najbardziej Wam się spodobała? Lubicie róż w makijażu?

Dzięki i do następnego :*


Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

MUR Macaroons Chocolate Palette

niedziela, 13 stycznia 2019
Witajcie!
Powoli dochodzę do siebie po długiej i nieprzyjemnej chorobie, ale czuję się już na tyle dobrze by przyjść do Was z kolejnym wpisem! W planach był post z makijażami przy użyciu paletki, o której mogliście poczytać w ostatnim poście KLIK, jednak po zastanowieniu stwierdziłam, że ciekawiej będzie pokazać Wam najpierw wszystkie trzy pastelowe czekoladki, a dopiero później zaprezentować makijaże nimi wykonane. Wszystkie trzy paletki wydają mi się być ciekawe zarówno pojedynczo, ale osobiście traktuję je bardziej jak zestaw niż jako pojedyncze palety.
Dlatego dzisiaj będziecie mogli poczytać o kolejnej paletce Makeup Revolution czyli błękitnej Macaroons.


Opakowanie jak zawsze słodkie. Tym razem beżowe opakowanie ozdobiono błękitną roztapiającą się czekoladką. Moim zdaniem wyszło naprawdę uroczo, wygląd paletki przywodzi na myśl coś jednocześnie słodkiego, ale i orzeźwiającego. I moim zdaniem takie właśnie jest też wnętrze paletki. Zwykle czekoladki tej marki bazują na zwykłych, codziennych kolorach, tu jednak znajdziemy powiew świeżości w postaci intensywnych turkusów i lśniących niczym lukier cieni rozświetlających. 

Tak jak w poprzedniej palecie mamy tu osiemnaście cieni, wszystkie równej wielkości. Wypowiadałam się już jakie jest moje zdanie na temat tej zmiany więc chyba nie ma sensu się powtarzać. Jednak zmiana, dzięki której zamiast kolejnej bezużytecznej pacynki mamy w palecie nadrukowane nazwy bezpośrednio pod cieniami jest bezsprzecznie zmianą bardzo pozytywną. 

Tym razem w paletce znajdziemy cztery cienie matowe i czternaście nazwanych przez producenta shimmer. Gdy się im bliżej przyjrzymy widać, że nie są jednak dokładnie takie same w wykończeniu. Niektóre z błyszczących cieni mają wyraźne drobinki, inne dają efekt folii, a jeden jest niemal całkowicie matowy z ledwie widocznym satynowym połyskiem. 


Jeśli chodzi o jakość to z pewnością większość z Was wie, czego spodziewać się po tej palecie. Cienie różnią się między sobą jakością. Niektóre wypadają tak dobrze, że mogłyby konkurować z cieniami z wysokich półek, inne są trochę rozczarowujące. W ogólnym podsumowaniu paleta wypada dobrze, a momentami bardzo dobrze. Przy odrobinie cierpliwości i odpowiedniej technice da się z niej sporo wyciągnąć. Wiele razy o tym wspominałam, ale chyba muszę o tym mówić przy każdym wpisie - jakość cieni oceniam wyłącznie na podstawie moich własnych doświadczeń z paletą. Zwykle pracuję na mokrej, lepkiej bazie, używam zbitych pędzli i mam zwyczajnie "ciężką rękę" do cieni. Tak używane cienie sprawdzają mi się dobrze, mają pigmentację pozwalającą zbudować dość intensywny makijaż, nie sypią się przesadnie i blendują bez utraty pigmentu.

Przejdźmy jednak do zawartości paletki!


Coconut - we wstępie wspominałam o błyszczących cieniach przypominających mi lukier i to przede wszystkim o ten cień mi chodziło. W palecie wygląda na niepozorny, blady odcień, na skórze kiedy jest mało światła wydaje się niemal przezroczysty, ale gdy złapie światło... dzieją się cuda. To jeden z moich ulubionych cieni w tej palecie. Przepiękna, zielonkawo-złocisto-błękitna tafla blasku. Cudnie rozświetla makijaż, nadaje mu lekki kolorystyczny akcent jednocześnie nie będąc nachalnym.

Almonds - trochę skuchy i mało napigmentowany odcień beżu. W dodatku dość ciemny więc nie każdemu się sprawdzi. Szkoda, bo przez to, że jest idealnie wyważonym, neutralnym odcieniem bez wyraźnych żółtych czy różowych tonów, zapowiadał się naprawdę obiecująco. 

Craze - perłowy średni brąz w ciepłym odcieniu z lekką nutą miedzi. Miękki i ładnie napigmentowany.

Divine -  to ten cień o wykończeniu shimmer, który jest jak dla mnie niemal całkowicie matowy. Ciemny, brudny odcień zieleni przywodzi mi na myśl jakiś pojazd wojskowy. Ponieważ w palecie brakuje ciemnego matu ten cień w wielu przypadkach przydaje się do nadania głębi. Niestety trochę traci przy rozcieraniu ale nie na tyle by nie dało się tego uratować po prostu dokładając cień tam, gdzie tego potrzebuję.

Nom Nom - Prawdziwa gwiazda tej palety. Mocny, żywy turkus o niemal foliowym wykończeniu. Zaskakująco dobrze się rozciera nie tracąc przy tym intensywnego odcienia.

Baked with love - Jeden z czterech cieni matowych w tej palecie. Niestety bardzo podobny do dwóch innych i akurat moim zdaniem ten najmniej pasuje do palety. Jest nieźle napigmentowany. Średni brąz o tak ciepłych tonach, że pokusiłabym się o nazwanie go ciemnym ceglastym.


Dessert - Kolejny, który absolutnie kocham w tej palecie. W opakowaniu wygląda niepozornie, ot taki brzydki, brudny złoty, ale na skórze pokazuje swoje prawdziwe oblicze. W zależności od światła połyskuje na złoto lub nieco bardziej na zielono, w efekcie daje na powiece cudowny limonkowy blask. Jeszcze w żadnej palecie nie widziałam tak nietypowego cienia!

Petite - Kolejny cień błyszczący w odcieniu miedzianego brązu. Tym razem jaśniejszy i nieco bardziej miedziany niż brązowy. Ma też mocniejszy blask niż cień Craze dzięki czemu daje na skórze bardziej foliowy niż perłowy blask.

Sweet Treat - Jeśli komuś mało koloru w palecie to właśnie dotarliśmy do drugiego prawdziwie przyciągającego uwagę cienia. W palecie różni się minimalnie, jednak na skórze różnica jest mocno widoczna. Jest on nieco suchszy od Nom Nom przez co na skórze daje mniej foliowy, a bardziej lśniący drobinkami efekt. Różni się też kolorem, Sweet Treat jest bardziej morski, ma więcej zielonkawych tonów i jest mniej intensywny; kolor stanowi tu bazę dla mnóstwa srebrnego pyłku dającego efekt migotania na skórze.

Sugarcoated - po raz kolejny wspomnę o lurze, bo ten cień zdecydowanie najbardziej go przypomina. Na skórze bez światła wydaje się niemal niewidoczną srebrzysto-białą poświatą. Gdy złapie trochę światła widać, że oprócz połyskującej bieli ma w sobie sporo błękitu i odrobinę fioletu przez co daje na oku świeży, zmrożony efekt.

Blueberry - Wspominałam, ze cienie shimmer różnią się między sobą i na tym cieniu bardzo to widać. Baza w kolorze zgaszonego, przydymionego fioletu jest tylko tłem dla mnóstwa srebrnych iskierek. Żałuję, że jest tak suchy i trudny w pracy, bo można nim uzyskać fantastyczny efekt, jednak wiele osób z pewnością go nie polubi właśnie przez trudność w pracy

Whisk - Ten cień kojarzy mi się z whisky i nie wiem, czy to zasługa koloru czy też nazwa podpowiada mi to skojarzenie. To chyba najbardziej miękki i błyszczący cień w tej palecie. Daje oszałamiający foliowy blask. A kolor? Jak wspomniałam mi przypomina whisky - trochę złocisto-bursztynowy, momentami przywodzi na myśl stare złoto. 


Icing - Lekko połyskujący w wykończeniu. Dość ciekawy odcień zieleni, jednocześnie żywej i przygaszonej. Na skórze wychodzi nieco cieplejszy i mniej żywy niż w palecie.

Chocolate - Chyba najładniejszy matowy cień w palecie. Idealnie wyważony średni brąz o ciepłych, ale nie ceglanych tonach. Świetnie się rozciera, ale nie da się nim zbudować dużej intensywności.

Heavenly Bite - Bardzo podobny do poprzedniego. Średni matowy brąz tym razem ma w sobie więcej czerwonych tonów. Jest najsuchszy ze wszystkich matów i dość słabo się rozciera.

Finishing Touch - Cudny perłowy granat na ciemnej szarawej bazie. Trzeba się z nim przez to trochę pobawić żeby go ładnie rozetrzeć, ale kolor ma przepiękny i myślę, że byłby cudownym cieniem do urozmaicenia czarnego smoky eye.

Meringue -  miedziano -złoty odcień o perłowym wykończeniu. Ładnie połyskuje, jest miękki i pięknie odświeża makijaż przez swoje żywe, pomarańczowawe tony.

Dazzling - Ten cień lubię najmniej. Nie ze względu na pracę, bo zarówno pigmentacja jak i wykończenie z mnóstwem maleńkich iskierek pozwala uzyskać tym cieniem piękne efekty, ja jednak nie polubiłam się z kolorem. Szarawo-grafitowy odcień w połączeniu ze srebrnymi drobinami daje ładny efekt na swatchu, ale na oku mało komu pasuje, zwłaszcza, że rozciera się do szarego, który bardzo źle komponuje się z moim ciepłym typem urody.


W mojej ocenie paletka wypadła dobrze. Tylko niektóre cienie mogą wymagać więcej pracy i są to głownie cienie matowe. Zdecydowana większość wypada dobrze pod względem pigmentacji, sporo cieni błyszczących jest wprost zachwycających. Nie miałam z nią problemów przy pracy, cienie blendują się dobrze, można je budować i nie robią plam. Kompozycja cieni bardzo mi się podoba, nie można jednak powiedzieć, że jest idealna. Mała ilość matowych cieni nie byłaby może dużą wadą, gdyby nie to, że trzy z czterech matów w palecie jest do siebie bardzo podobnych. Wśród błyszczących cieni także znajdziemy kilka bardzo do siebie podobnych. Zdecydowanie na plus wyszłoby palecie gdyby zamiast tak zbliżonych odcieni w palecie znalazła się czerń czy ciemny brąz. Osobiście brakuje mi też matowego turkusu, który świetnie uzupełniłby te piękne błyszczące turkusy i morskości. Mimo to uważam, że paletę warto mieć chociażby ze względu na te cudowne limonkowe cienie, które mogłyby konkurować z dużo droższymi cieniami czy pigmentami. 


Koniecznie dajcie znać, czy paletka Wam się podoba, a może macie już ją i chcecie podzielić się swoją opinią? 
Dzięki i do następnego :*

Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

Moje Palety Cieni | Kolekcja

sobota, 1 grudnia 2018
Witajcie! Niedawno na moim blogu zaczęła się seria "7 dni z jedną paletą". W tym cyklu opublikowałam już dwa posty, w których pokazuję aż siedem makijaży wykonanych przy pomocy jednej z palet z mojej kolekcji. Przyznam Wam się, że jestem bardzo podekscytowana tą serią, tworzenie jej jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, ale też sprawia mi mnóstwo przyjemności! Dlatego też chciałabym przybliżyć Wam moją kolekcję cieni, abyście mogły mieć wpływ na to, co pojawi się w kolejnych postach z siedmiodniowej serii!

Jeśli nie wiecie, to od razu powiem-  kocham kosmetyki, a do palet cieni oczy świecą mi się chyba najbardziej. Gdybym tylko mogła, kupiłabym niemal każdą paletę, jaka pojawia się na rynku! Niestety (a może i stety, bo gdzie ja bym to pomieściła?) Życie studenta nie pozwala na aż takie szaleństwa, dlatego w mojej kolekcji znajdziecie jednak zdecydowaną przewagę tańszych palet, chociaż znalazło się tu kilka droższych. 


Większość z tych paletek miała już swoje pięć minut na blogu, ale w skrócie powiem kilka słów o każdej z nich. Pamiętajcie, że kobieta zmienną jest, a wraz z doświadczeniem zmieniają się preferencje. Pisząc tego posta zaglądałam do swoich starszych recenzji. Niektóre z nich są nadal absolutnie aktualne. Jadnak w przypadku niektórych paletek moja opinia w tym poście może nieco różnić się od tej, którą wyraziłam w recenzji. Nie znaczy to jednak, że pisząc recenzję byłam nieszczera. Dwa lata temu mogłam pomarzyć o paletach za 150-200 zł i moje opinie opierałam na tym, co znałam. Paletka mi się sprawdzała, uważałam ją za dobrą bo tylko taką jakość wtedy znałam. Teraz posiadam kilka droższych paletek, z wieloma miałam okazję popracować na różnych warsztatach czy u kogoś znajomego. Doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na niektóre kosmetyki więc tym bardziej chcę się tutaj podzielić swoją aktualną opinią.

Pozwolę sobie zacząć od tych tańszych paletek, które znajdziecie w drogeriach i zapewne większość z Was je ma, lub przynajmniej miała z nimi styczność.



Maybelline The Nudes - post z recenzją tej palety pojawił się już na blogu KLIK. Jest to główny powód dla którego poczułam potrzebę napisania wyżej całego akapitu wytłumaczenia. W tamtej recenzji uważałam, że paletka ma potencjał i jest dobrej jakości. Teraz uważam, że jest mocno przeciętna. Ma fajne, dzienne, neutralne kolory, dla mnie jednak nieco zbyt chłodne i szare. Cienie matowe nie są zbyt mocno napigmentowane, a trwałość też nie powala. Największym jej atutem są cienie błyszczące, które faktycznie są miękkie, dobrze napigmentowane i ładnie błyszczą. Czasem jej używam, ale raczej nie kupiłabym ponownie.



Wibo Neutral - Pewnie Was zaskoczę, ale naprawdę lubię tą paletkę! Kiedy muszę zrobić makijaż szybko, bez martwienia się o rozcieranie, plamy, czy to, że mam "ciężką rękę" to sięgam właśnie po nią. Cienie matowe może nie powalają pigmentacją, ale niemalże same się blendują. Cienie błyszczące mają o wiele lepszą jakość, ładnie błyszczą i się nie osypują. Poza tym paletka ma naprawdę fajne kolory, trochę ciepłych, trochę chłodnych, maty i błyszczące, a nawet cień, który wprost uwielbiam do brwi. Po prostu wszystko, czego potrzebuję rano do szybkiego stworzenia makijażu. Wieczorowy makijaż na upartego też się da nią zrobić. Nie żałuję, że ją kupiłam i myślę, że kupiłabym ponownie. KLIK


Lovely Peach Desire - rozpływałam się nad nią w recenzji KLIK i podtrzymuję swoje zdanie. Fajna mała paletka, którą da się zrobić kilka pełnych makijaży oka. Cudowne, ciepłe, brzoskwiniowe maty w jasnych i ciemnych odcieniach oraz dwa śliczne cienie perłowe. Zaskoczyła mnie swoją pigmentacją i szybko skradła moje serce. Uważam, że jest naprawdę dobrej jakości i z pewnością kupiłabym ją ponownie.


Kobo My Favourite Colors by Daniel Sobieśniewski - najlepsza paletka, jaką można dostać w drogerii. Mnie skusiła swoimi ognistymi odcieniami, w których jestem po prostu zakochana. Maty mają fantastyczną pigmentację, a cienie błyszczące są w dotyku jak masełko. Praca z tymi cieniami to czysta przyjemność dlatego nie wyobrażam sobie bez niej swojej kosmetyczki. KLIK



Że lubię czekoladki z Makeup Revolution to chyba wiedzą wszyscy. Trudno tego nie zauważyć odwiedzając mojego bloga czy instagrama. Lubię je odkąd się pojawiły na rynku i nadal uważam, że są to dobrej jakości paletki, z których da się naprawdę sporo wyciągnąć. A te nowsze, z ulepszoną formułą wprost uwielbiam! Nie mam wszystkich dostępnych na rynku czekoladek, ale mam ich naprawdę sporo!


I heart Chocolate - była drugą czekoladową paletką, na którą się skusiłam. (Pierwsza była Death by Chcolate, ale niestety potłukła mi się i już jej nie mam) Jest w niej kilka bezsensownych kolorów, których nigdy nie użyłam, ale jest też kilka cieni, które sprawiają, że lubię jej używać. Ciepłe brązy, świetny odcień matowego beżu oraz nietypowo prezentujące się maty z brokatem, których kiedyś nie lubiłam, ale teraz, gdy nauczyłam się z nimi pracować, uważam, że można uzyskać nimi ciekawy efekt. KLIK


Naked Chocolate -kupiłam ją jak tylko pojawiła się na rynku i byłam niesamowicie dumna, że mam wszystkie czekoladki dostępne w tamtym momencie. Był moment, że katowałam ją codziennie! Teraz nie jest moją ulubioną ponieważ posiada w sobie sporo różowawych, chłodnych odcieni, ale ma też w sobie sporo fajnych kolorów takich jak ciemne, zgaszone bordo, błyszczące, czyste złoto, karmeowy brąz no i mój ukochany -  duży błyszczący cień w kolorze jasnego żółtego złota. To chyba jeden z najpiękniejszych cieni w mojej kolekcji i chyba najczęściej używany - zarówno na powiekach, jak i jako rozświetlacz.  KLIK


Salted Caramel - kolejne dwie paletki, które pojawiły się na rynku dostałam od mamy na święta. Nazwa bardzo pasuje do tej paletki, jest bardzo podstawowa, sporo w niej brązów ale tez róży i pomarańczy, wszystkie w pięknych, karmelowych odcieniach. Większość kolorów mi się w niej podoba, poza tym ma wszystko, czego można potrzebować zarówno w szybkim makijażu dziennym, jak i mocniejszym wieczorowym, dlatego jest jedną z częściej używanych paletek w mojej kolekcji. KLIK


Pink Fizz - Razem z paletką karmelową trafiła do mnie i ta różowa. Nie do końca wiem, co mną kierowało, że chciałam ją mieć. Na pierwszy rzut oka wygląda ślicznie, cienie są ładnie skomponowane, wygląda to spójnie i zachęcająco. Ma tylko trzy cienie matowe, reszta to cienie błyszczące, sporo jest tu poszarzałych, zimnych kolorów, których nie lubię. Nie jest to zła paleta, maty mają przepiękne kolory, kilka błyszczących cieni naprawdę mi się podoba, ale jednak dość rzadko jej używam. KLIK


Chocolate Vice - miałam na nią ochotę jak tylko ją zobaczyłam na zapowiedziach. Jest przepiękna! Ma w sobie ten sam przepiękny rozświetlający cień co paletka Naked Chocolate, mnóstwo cudownych matów w ciepłych odcieniach, przepiękne lśniące złota w różnych odcieniach. Nawet różowe cienie z niej mi się podobają. Kompozycja pozwala na stworzenie dziennych i wieczorowych makijaży bez wspomagania się innymi paletami. Jeśli chodzi o paletki typowo naturalne, bez szaleństw, to ta jest moim zdaniem napiękniejsza! 
PS. Właśnie sobie uświadomiłam, że nie było o niej wpisu! Chyba trzeba to nadrobić, bo ona zdecydowanie zasługuje na to, by ją Wam pokazać.


Chocolate Elixir - paletka, którą wybrałam jako pierwszą do wyzwania. Można z nią nieźle poszaleć. Ma sporo matowych cieni w ciepłych odcieniach żółci i pomarańczu, dwa śliczne borda i kilka cieni błyszczących pozwalających uzupełnić makijaż. Można nią stworzyć delikatny, dzienny makijaż, ale można też zaszaleć, co bardzo mi się w tej palecie podoba. Kompozycja nie każdemu może się spodobać, ale mi bardzo przypadła do gustu i zdecydowanie jest jedną z moich ulubionych paletek. KLIK


24k Gold - wyzwanie z tą paletką też już się pojawiło (albo pojawi jako następny, nie jestem pewna w jakiej kolejności wypuszczę te posty) Paletka wygląda zachęcająco, ma sporo matów w ciepłych i jasnych kolorach, ciekawą kompozycję cieni błyszczących - sporo złotych odcieni, ale też lśniące bordo czy zieleń. Teoretycznie kompozycja powinna zachęcać do szaleństw, a mi jakoś ciężko się z nią pracuje. Czegoś mi w niej zabrakło i nie jestem pewna czego. Wkurzam się na nią i to brakujące COŚ, marudzę, że niepotrzebnie ją kupiłam, a jednak do niej wracam. Nie próbujcie zrozumieć...


Cotton Candy - Tu sprawa jest dość podobna jak w przypadku palety Pink Fizz. Ma tylko trzy maty, w dodatku podobne do siebie, kolorystyka opiera się głównie na różu i chłodnych szarych odcieniach. Nie da się tą paletą zrobić mocnego wyjściowego makijażu, a nawet przy dziennych może okazać się, że wymaga "wsparcia" innej paletki chociażby dlatego, że nie ma w niej ani matowego beżu, ani żadnego ciemnego matu. Mimo to nie pozbędę się jej ze swojej kosmetyczki, gdyż ma w sobie kilka naprawdę ciekawych odcieni, po które na pewno będę sięgać.


Marshmallow -  ta paletka również składa się w większości z cieni błyszczących i niestety brakuje jej niektórych podstawowych cieni.  Ma jednak w sobie kilka niezwykłych, zaskakujących wręcz kolorów, co czyni ją jedną z ciekawszych palet w mojej kolekcji. Nie jest może samowystarczalna, ale jako paleta uzupełniająca dla kogoś, kto lubi odcienie turkusu i zieleni będzie naprawdę świetna.


Lemon Drizzle - Chyba najlepiej skomponowana z całej pastelowej trójki. Ma sporo matów nie tylko tych podstawowych jak beż czy brązy ale też ciekawsze odcienie takie jak czerwień, a do tego sporo cieni błyszczących głownie w złotych i rdzawych odcieniach. Uwielbiam ciepłe kolory więc ta paleta jest jedną z częściej używanych w ostatnim czasie, zwłaszcza, ze zawiera cienie pozwalające zrobić zarówno makijaż dzienny jak i nieco bardziej odważny.


One Million - o tej paletce był wpis i nawet było nią sporo makijaży, poza tym nie jest już dostępna, więc nie wiem czy będą ją brać pod uwagę tworząc wpisy z serii "7 dni" Muszę jednak powiedzieć, że mimo, iż paletka jest mała i brakuje mi w niej takich cieni jak czerń czy matowy beż to bardzo ją lubię, szczególnie upodobałam tu sobie jasne złotko, błyszczące bordo i ten piękny śliwkowy fiole. Mam wrażenie, że nie sprawiłoby mi kłopotu stworzenie z nią siedmiu makijaży bo kompozycja cieni bardzo mi się podoba nie tylko ze względu na ładne kolory, ale też ze względu na spójność palety - tu każdy cień pasuje do każdego i można ich używać niemal "bezmyślnie" - nie ma potrzeby zastanawiać się nad tym, czy cienie będą razem dobrze wyglądać. Dajcie mi znać co mam z nią zrobić - zrobiłam nią już pięć makijaży - czy powinnam stworzyć jeszcze dwa i ponownie pokazać ją na blogu, czy jednak ominąć bo już była, poza tym jest niedostępna? KLIK


Focaillure Twilight - spora paleta, którą dostałam od marki. Świetna kompozycja zarówno do makijaży dziennych jak i wieczorowych, a nawet mocno wyjściowych. Zawiera sporo jasnych i ciemnych matów w uniwersalnych kolorach. Nie miałam okazji się w nie zagłębić na tyle, żeby wydać pewną opinię, ale pierwsze wrażenie robią całkiem pozytywne. Miałam za to okazję bliżej zapoznać się z cieniami foliowymi z tej palety i robią spore wrażenie nie tylko wykończeniem, ale też ciekawą kolorystyką pozwalającą nieco zaszaleć na powiece.


Sephora Brilliant Makeup Palette - to była pierwsza droga paleta w mojej kosmetyczce i strasznie się z niej cieszyłam, gdy dostałam ją na święta. Jest ogromna i zawiera w sobie nie tylko cienie do powiek, aczkolwiek na cieniach się dzisiaj skupimy. Ma w sobie pełen przekrój kolorów - od całej palety beży i brązów, aż po intensywne fiolety, niebieskości czy jaskrawą zieleń. Cienie z Sephory bardzo lubię, ale ta paletka mnie nie zachwyca. Cienie mają kiepską pigmentację i trzeba się namęczyć jeśli chcemy wyciągnąć coś więcej zwłaszcza z cieni kolorowych. Cienie błyszczące są niezłe, no i te beże w nudziakowych makijażach nawet się sprawdzają, ale mimo wszystko uważam, że te wielkie palety "prezentowe" z Sephory są kiepskiej jakości i zdecydowanie polecam w tej cenie skusić się na coś innego. KLIK KLIK


Glam Shop Blask i Cienie - No tą się jaram, tak po prostu. Dostałam ją od mojego M. na święta i cieszę się jak dziecko zawsze gdy na nią patrzę. Pierwsze dwa rządki to moim zdaniem idealna kompozycja dziennych, naturalnych cieni zarówno matowych jak i błyszczących w raczej ciepłych lub neutralnych niż zimnych i szarych odcieniach. Kolejne dwa rządki to piękna kompozycja obłędnie błyszczących cieni i najlepsza matowa czerń jaką w życiu miałam okazję używać. A o ostatnim rządku chyba nic nie muszę mówić... Tylko spójrzcie na te holograficzne brokaty! Kocham!
Nie było o niej wpisu i tutaj też się zastanawiam, czy brać ją pod uwagę w serii, bo z jednej strony jest już niedostępna, z drugiej jest piękna, zasługuje na swoje pięć minut, a wiem, że część z Was ją ma i mogłyby skorzystać z takiego wpisu.


Nabla Dreamy - marzyłam o niej odkąd się pokazały pierwsze zapowiedzi. Akurat w tamtym momencie nie mogłam sobie na nią pozwolić, a gdy udało mi się odłożyć pieniążki to była wyprzedana, a ja cierpiałam z każdą recenzją widzianą na blogach, YouTubie czy Instagramie. Śniła mi się po nocach ale zawsze było mi z nią nie po drodze. Do niedawna. Dorwałam i ma teraz honorowe miejsce w mojej szufladzie. Cienie zachwycają mnie swoją jakością, łatwością pracy i przede wszystkim obłędnymi kolorami. Mimo, że nie jest to moja idealna kompozycja na szybki poranny makijaż, to cienie bardzo mi się podobają i sięgam po nie jak tylko mam ochotę na coś bardziej efektownego. Kocham!

To już wszystkie palety z mojej kolekcji! Oczywiście na pewno nie jest to koniec i z pewnością w przyszłości pojawi się tu więcej paletek, gdyż ja wprost nie mogę się oprzeć nowym cieniom.  Koniecznie napiszcie mi, które palety spodobały Wam się najbardziej i którą powinnam wybrać jako kolejną do wyzwania! Dajcie też znać co z paletami, które nie są już dostępne, czy wciąż powinnam je pokazać?

Dzięki i do następnego :*

Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

Makeup Revolutiuon - One Million Palette

czwartek, 21 czerwca 2018
Witaj!
Po dłuższej przerwie powracam na bloga z nową energią. Wiosna to zawsze trudny czas, zakańczanie projektów i zbliżająca się sesja zjada mnóstwo czasu i energii, ale zawsze zapowiada nadejście chwili wytchnienia i większej ilości czasu dla Was!
Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam paletkę, która totalnie mnie pochłonęła. Mam naprawdę mnóstwo palet z cieniami, a jednak odkąd dorwałam w swoje łapki to maleństwo używam tylko jej. Jest mała, poręczna i mieści się w niedużej kosmetyczce przez co zawsze mam ją pod ręką. Inne palety poszły w odstawkę, bo po co szukać w torbie innej paletki skoro ten maluch jest zawsze obok? 


Czemu Paletka One Million jest taka wyjątkowa?

Chciałabym opowiedzieć o niej kilka słów ponieważ wiem, ze wciąż można ją zdobyć. Paletka ta powstała by podziękować fanom Marki Makeup Revolution za milion obserwujących na instagramie. Piękna liczba prawda? No i piękny ukłon ze strony marki w stronę jej fanów, bo jednak rzadko się spotyka by marka kosmetyczna sprawiła taki prezent swoim klientkom. Pełnowymiarowa paletka z cieniami fajnej jakości za 1 gr? I można narzekać, że trzeba zrobić zakupy żeby ją dostać więc wcale nie jest taka tania. No ale 75 zł to jednak nie jest wielka kwota - zwykle gdy jakaś marka oferuje fajny prezent do zakupów to kwota oscyluje wokół 250 zł -  Weźmy też pod uwagę ceny produktów Makeup Revolution - za te 75 zł można już się nieźle obkupić i wyposażyć swoją kosmetyczkę w kilka ciekawych produktów.

Paletkę tę można dostać za 1 grosz do zakupów produktów Makeup Revolution za kwotę min. 75 zł na stronach: ekobieca.pl, kosmetykizameryki.pl, ladymakeup.pl oraz cocolita.pl. Wiem, że te paletki szybko się rozchodzą, ale warto polować bo widziałam, że co jakiś czas wracają ponownie.


Nie da się ukryć, że ta paletka jest po prostu śliczna. Mi przypomina sztabkę różowego złota. Cudowny kolor i złote, metaliczne napisy - no bądźmy szczere, na instagramie prezentuje się cudownie! Ale to nie opakowanie jest najważniejsze.

W środku mamy osiem cieni z czego tylko trzy matowe. Nie jest to więc idealna, samowystarczalna paletka ponieważ brakuje w niej na przykład jasnego beżu czy bardzo ciemnego cienia, który pomoże zbudować głębię makijażu. Znajdziemy tu jednak kilka fajnych kolorów w odcieniach różowego złota i modnego jakiś czas temu odcienia mauve.

Cienie są dobrze napigmentowane i jeśli tylko potrzebujemy można nimi zbudować naprawdę nasycony odcień. Łatwo się z nimi pracuje bo zwłaszcza matowe cienie lekko się blendują nie tworząc plam, a do tego dobrze chwytają się pędzla i powieki. Błyszczące cienie nie tracą swojego blasku przy nakładaniu, ale żeby uzyskać najfajniejszy efekt warto aplikować je na lepką bazę albo przy użyciu palca lub zbitego pędzelka. 


Jakie cienie znajdziemy w tej paletce?

Cienie te nie mają nazw więc opisywać je będę w kolejności od lewej do prawej, tak jak znajdują się w palecie lub od góry na swatchach.


Pierwszym cieniem jestem zachwycona. Jeśli czytacie moje wpisy o cieniach do powiek to wiecie, że takie jasne, żółte złotko jest dla mnie obowiązkowym cieniem w palecie.  Uwielbiam takie odcienie w kąciku oka, ale także na kościach policzkowych jako rozświetlacz. Ten cień sprawdzi się w obu tych rolach, gdyż nałożony w większej ilości daje cudowny kolor i błysk, a roztarty do miękkiej chmurki daje niemal transparentną taflę ładnego rozświetlenia. 

Drugi cień w opakowaniu niezbyt mi się podoba bo wygląda na przybrudzone, stare złoto. Na skórze wychodzi o wiele ładniej. Daje efekt ciepłego złota z nutką miedzianych tonów co przepięknie wygląda na środku powieki. Przy rozcieraniu nie gubi blasku i wyobrażam sobie, że byłby przepięknym rozświetlaczem dla ciemnych karnacji.

Trzeciego koloru nawet nie umiem nazwać. Jest boski! W paletce wygląda na miedziany ale na skórze wychodzą z niego tony trochę miedzi, brazu i nieco bordowych nut. Błyszczące wykończenie i ten cudowny kolor sprawiają, że jest jednym z najbardziej wyjątkowych cieni w mojej kolekcji.

Przyszedł czas na pierwszy odcień matowy. Typowy mauve- jasny, pastelowy ale przybrudzony róż z wyraźnym chłodnym tonem. Nie jest takim kredowym matem, mam wrażenie, że widać w min minimalny błękitny poblask przez co wygląda bardzo naturalnie ale też bardziej wielowymiarowo. 



Pomiędzy różem, a kolejnym matowym cieniem znajduje się mój ulubiony błyszczący cień z tej paletki czyli ciemne bordo z minimalnym różowym pyłkiem nadającym cieniowi chłodny połysk. Przy rozcieraniu wychodzą z tego cienia różowo-pomarańczowe tony co w połączeniu z różowymi drobinkami wygląda po prostu ślicznie.

Dochodzimy wreszcie do mojego ulubionego cienia czyli chłodnego bordo złamanego śliwką. Lekko przybrudzony odcień daje na skórze ciekawy efekt. Brakowało mi takiego cienia w zbiorach i bardzo się cieszę, że w tej paletce się taki znalazł bo używam go z prawdziwą przyjemnością. Niestety do jego jedynego mam małe zastrzeżenia jeśli chodzi o pigmentację, ponieważ na skórze wychodzi jaśniej i nie daje się zbudować do aż takiej intensywności jak w paletce.

Przedostatni cień to kolor chłodnej, gorzkiej czekolady. Taki zimny, szarawy brąz, ale z ciekawym efektem w postaci różowych, fioletowych i złotych drobinek. Wygląda cudownie i już wyobrażam go sobie na środku powieki przy ciemnym, chłodnym smoky eye. Powiem jednak szczerze, że nie do końca pasuje mi do tej palety.

No i czas na ostatni cień i jednocześnie ostatni mat w paletce. Ciepły czekoladowy brąz z widocznym czerwoną czerwoną bazą. 



Makijaże z użyciem One Million Palette

Mimo, że paletka nie jest super uniwersalna i nie zawiera w sobie wszystkiego co niezbędne do stworzenia większości makijaży, da się nią stworzyć naprawdę fajne oczko. Pokażę Wam dzisiaj pięć makijaży - do czterech z nich posłużyły mi tylko i wyłącznie cienie z tej paletki. Zaledwie jeden wzbogaciłam o czerń i coś extra!


Pierwszy makijaż to zwykły dzienniaczek w różowych odcieniach. Do jego stworzenia użyłam tylko trzech cieni i naprawdę najprostszej techniki. Cień numer sześć, czyli matowe bordo nałożyłam na zewnętrzny kącik i nieco roztarłam w załamaniu oraz zerwnętrznym kąciku dolnej powieki. Na resztę powieki górnej i dolnej nałożyłam jasny matowy róż. Tym samym cieniem roztarłam górną granicę ciemniejszego cienia w załamaniu. Na koniec dodałam błyszczący akcent w wewnętrznym kąciku - nałożyłam tu cień numer 1.


Kolejny makijaż jest już nieco mocniejszy. Miałam ochotę pobawić się bordowym smoky więc nałożyłam matowy brodowy cień w wewnętrzny kącik i na załamanie powieki oraz na połowę dolnej powieki. Wzmocniłam efekt odrobiną matowego brązu. Na środek powieki i resztę powieki dolnej, płaskim pędzlem wklepałam błyszczący bordowy cień, a wszelkie granice roztarłam jasnym, matowym różem. Wewnętrzny kącik ponownie rozświetliłam jasnym złotem.


Do trzeciego makijażu wybrałam bardziej stonowane kolory. Zewnętrzne kąciki i załamanie powieki zaznaczyłam matowym brązem. Następnie na resztę powieki oraz na powiekę dolną nałożyłam miedziany cień i rozblendowałam go z brązem. Na sam środek nałożyłam sporą ilość złotego cienia. Górną granicę cieniowania złagodziłam matowym różem, oraz rozświetliłam wewnętrzny kącik przy pomocy jasnego złota.


Ten makijaż był już nieco bardziej skomplikowany. Ciemnym bordowym cieniem oraz brązem wykonturowałam oko - cienie nałożyłam w wewnętrzne kąciki oraz sporą ilość na załamanie. Górną granicę złagodziłam różem. Następnie przy pomocy korektora delikatnie odcięłam powiekę. Na ruchomą powiekę najbliżej zewnętrznego kącika nałożyłam błyszczące bordo, następnie wykonałam gładkie przejście miedzią i złotem. Na cały wewnętrzny kącik oraz blisko odcięcia nałożyłam najjaśniejszy cień. Wzmocniłam odcięcie ponownie nakładając mieszankę borda i brązu precyzyjnym pędzelkiem. Na dolnej powiece stworzyłam gładkie przejście przy użyciu brązu i tych samych błyszczących odcieni co na górnej powiece.


W ostatnim makijażu dodałam od siebie coś extra. Cieniowanie niewiele różni się od poprzedniego makijażu, jednak postawiłam na większą intensywność ciemnych kolorów, najjaśniejszego używając zdecydowanie mniej. Dodatkowo wzmocniłam wewnętrzne kąciki przy pomocy czarnego cienia, a na wewnętrzny kącik (słabo to widać na zdjęciu) oraz w załamanie nałożyłam... pomadkę Holo Lips z Lovely w odcieniu Horn Dust. Żałuję, że ten efekt tak słabo wychodzi na zdjęciach - ujawnia się dopiero gdy złapie odpowiednią ilość światła, ale nakładajac większą ilość pomadki można uzyskać cudowny metaliczny efekt, a ponieważ zastyga sprawdza się idealnie!



Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco tą paletkę i jeśli miałyście wątpliwości czy się na nią skosić to pomogłam Wam w podjęci decyzji. Nie jest to paletka, którą obowiązkowo trzeba mieć w swojej kosmetyczce, ale jeśli lubicie się bawić kolorami i macie w planach większe zakupy z Makeup Revolution to zachęcam by przygarnąć tę paletkę. Kolory są ciekawe, dobrze napigmentowane, łatwo się blendują i przenikają w siebie. Ta mała paletka oferuje nam naprawdę niezłą jakość i wbrew pozorom, mimo, że nie jest najbardziej uniwersalna i samowystarczalna, da się nią zrobić kilka fajnych makijaży!


Mam nadzieję, że wpis Wam się spodobał i spotkamy się w kolejnym!
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Czytaj dalej »

Nowości Marki Eveline | CZ.1

piątek, 24 marca 2017
Witajcie!
Czujecie wiosnę? U mnie ona zawitała już kilka dni temu. Bardzo się z tego cieszę, gdyż słoneczko dodaje mi mnóstwa energii i chęci do pracy! Wiosna to świetny czas, żeby zabrać się też za odświeżenie swojej kosmetyczki, więc przedstawię Wam dzisiaj kilka nowości marki Eveline, które trawiły do mnie niedawno. Jeśli chcecie się przekonać, które z nich warto wypróbować to zapraszam do czytania dalej!


Zacznę od dwóch nowości do pielęgnacji ciała. Wydaje mi się, że balsamy z serii Slim Extreme są już chyba kultowym produktem w ofercie marki. Sama używałam pierwszego wypuszczonego z tej serii już dobre kilka lat temu, o ile dobrze pamiętam to było na początku gimnazjum. Niedawno do linii dołączyły dwa kolejne warianty tego kosmetyku. O jednym z nich nie opowiem Wam zbyt wiele, gdyż przyszedł do mnie w uszkodzonym opakowaniu, także od razu po zrobieniu zdjęć poleciał do śmieci. Akurat z tego powodu płakać nie będę, gdyż nie lubię chłodzących formuł, zdecydowanie preferuję te rozgrzewające.


Serum Body Detox z zieloną kawą to zabieg polegający na wykorzystaniu jonizacji di eliminacji toksyn poprzez otwarte pory skóry. Stymuluje mikrokrążenie, pobudza metabolizm komórek, zwalcza cellulit i eliminuje obrzęk spowodowany zaburzoną gospodarką lipidową i retencją płynów.Zastosowane składniki aktywne to między innymi ekstrakt z zielonej kawy, kofeina i algi.


Night Lipo Shock Therapy to zaawansowany preparat do 2-tygodniowej intensywnej terapii wyszczuplająco-ujędrniającej, zalecany w okresie diety, zwiększonej aktywności fizycznej jako uzupełnienie dziennej kuracji antycelulitowej. Składniki aktywne zastosowane w w tym serum to między innymi ekstrakt z kasztanowca, guarana i ekstrakt z mięty.
tego serum akurat dość intensywnie używałam na sobie i mogę powiedzieć, że widzę jego działanie. Umówmy się, cellulitu nie zlikwidują nam żadne serum czy balsamy, do tego potrzebna jest dieta i ćwiczenia. Ale działanie z zewnątrz na  pewno nie zaszkodzi. Zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu skóra stała się bardziej miękka, gładsza i bardziej napięta. Wygląda ładniej i jest miła w dotyku. Ode mnie dodatkowy plus za przyjemny rozgrzewający efekt!


Kolejnym nowym produktem w asortymencie marki Eveline jest płyn micelarny z linii Facemed+. Przeznaczony do suchej i wrażliwej skóry. Nie zawiera alkoholu, ale jest wzbogacony o kwas hialuronowy i d-panthenol. Ma nie tylko nie podrażniać skóry ale także ją nawilżać. Bardzo polubiłam się z tym produktem i myślę, że będę do niego wracać. Bardzo fajnie radzi sobie ze zmywaniem makijażu, nawet tego mocniejszego. Nie pozostawia nieprzyjemnego filmu na skórze i tak jak zapewnia producent bardzo fajnie oczyszcza. Ja po zmyciu makijażu zwykle oczyszczam jeszcze skórę elektryczną szczoteczką i zdarzało mi  się wcześniej, że pozostawały na niej jakieś resztki makijażu. Przy tym płynie nie zauważyłam niczego takiego więc jestem bardzo zadowolona z jego działania. Dodatkowo ma u mnie plusa za opakowanie, które jest nie tylko ładnie  zaprojektowane, ale także wygodne. Duża butla (400 ml) wystarczy na wieki bo produkt jest wydajny i skuteczny. No i ma niewielki dziubek, więc na wacik można zaaplikować tyle produktu, ile potrzeba. Niestety nie jestem w stanie ocenić czy nawilża skórę, ale na pewno jej nie wysusza i nie podrażnia.




Puder sypki Cashmere Mat jest dla mnie ciężkim produktem. Mam do niego mieszane uczucia, bo zwyczajnie nie przepadam za używaniem pudrów sypkich.  Postanowiłam jednak dać mu szansę i muszę przyznać, że spełnił moje oczekiwania. Dał ładny mat bez płaskiego, papierowego makijażu i przyzwoicie utrzymał makijaż podczas długiego i ciężkiego dnia. Przyjemnie się go aplikuje gąbeczką dołączoną do opakowania, która jest miękka i przyjemna. Nie zauważyłam wysuszania skóry nawet gdy nałożyłam większą ilość, nie zmienia też koloru podkładu. Opakowaie jest solidne i nic się z niego nie wysypuje, dodatkowo ma sporą pojemność (20g) i jest wydajny. Jeśli ktoś lubi takie pudry to myślę, że warto się nim zainteresować. Ja nie pokochałam go tylko dlatego, że nie umiem używać sypkich produktów i robię nimi wokół siebie straszny bałagan.



Poczwórna paletka cieni trafiła do mnie w odcieniu 11. Z tego co widzę na stronie dostępnych jest 13 wariantów kolorystycznych naprawdę ładnie i spójnie skomponowanych. Paletka jest mała i poręczna. Wykonana z dość grubego plastiku, więc spokojnie powinna znieść podróże. Zawiera cztery dopasowane do siebie odcienie, w moim przypadku są to chłodne achromatyczne odcienie. Do paletki dołączony jest podwójny, gąbeczkowy aplikator. Większość palet go ma, a większość użytkowniczek zwyczajnie je wyrzuca. Zanim jednak pozbędziecie się tego aplikatorka zwróćcie uwagę na jego ściętą końcówkę. Osobiście lubię tego typu aplikatory do robienia rozdymionej kreski na powiece!


Odcień numer 1 jest połyskującym cieniem na białej bazie. Daje mocny, zmrożony efekt i efektowny blask.
nr 2 to zdecydowanie największy atut tej paletki. Ma odcień srebra z delikatną stalową nutką i jest niesamowity! Nałożony na bazę daje mocny, metaliczny efekt. Myślę, że na mokro będzie prawdziwą petardą!
Trójka to ciemniejsza szarość. Błyszczczący, ale nie metaliczny jak jego poprzednik. Ma srebrny połysk i dość ciemną, stalową bazę.
Nr 4 trochę mnie zawiódł bo w opakowaniu wygląda jak rozgwieżdżona noc - matowa czarna baza wypełniona lśniącymi drobinkami. Po nałożeniu na powiekę efekt trochę ginie, co nie zmienia faktu, że nadal jest piękny!


Ostatni produkt, który Wam dzisiaj pokażę, to baza pod cienie. Zamknięta w opakowaniu przypominającym błyszczyk, ma w środku mały, gąbeczkowy aplikator. Według producenta ma przedłużać makijaż do 24 godzin. Oprócz zwykłych zadań, jakie wykonuje baza pod cienie czyli przedłużenia trwałości i podbicia intensywności cieni, ma ona także odżywiać i nawilżać dzięki zastosowaniu składników aktywnych, takich jak kwas hialuronowy, wyciągi ze świetlika i jedwabiu oraz witaminy.


Baza ma beżowy kolor przez co już na jej etapie ukrywany ewentualne zaczerwienienia i żyłki na powiekach. Nie wiem czy przedłuża makijaż do 24 godzin, gdyż nigdy nie zdarzyło mi się nosić cieni tyle czasu, ale nie da się ukryć, że wyraźnie podbija kolor cieni, co widać na zdjęciu wyżej! Wygodnie się ją aplikuje na powiekę i wystarczy niewielka ilość by spełniła swoją rolę! Pamiętajcie by nie nakładać bazy za dużo, bo może obciążyć delikatne powieki i dać efekt odwrotny od oczekiwanego!

To jeszcze nie wszystkie nowości! Największe smaczki zostawiłam na kolejny wpis, także czekajcie na niego cierpliwie i nie zapomnijcie o zostawieniu komentarza!

Dzięki i do następnego! :*
Czytaj dalej »



SZABLON BY: PANNA VEJJS.