Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eveline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eveline. Pokaż wszystkie posty
Nowości Marki Eveline | Cz.2
Witajcie!
Czytaj dalej »
W poprzednim poście pokazałam Wam część nowości wypuszczonych na wiosnę przez markę Eveline. Największe smaczki, zostawiłam sobie jednak na koniec. Dzisiaj pokażę Wam, co z otrzymanej przesyłki urzekło mnie najbardziej.
Pierwszą z tych rzeczy jest tusz Big Volume Femme. Zamknięty w dużym, fioletowym opakowaniu z metalicznie błyszczącą nakrętką. Ma dość specyficzną szczoteczkę w kształcie maczugi, która na początku trochę mnie przeraziła. Obawy okazały się niepotrzebne, szczoteczką zaskakująco wygodnie dociera się nawet do najkrótszych rzęsek. Początkowo tusz był dość rzadki i efekt nie powalał na kolana, ale po kilku użyciach lekko zgęstniał i wtedy produkt pokazał swoją moc. Rzęsy po jego użyciu są mocno pogrubione, dokładnie pokryte tuszem. Rzęsy dość łatwo wyczesać z nadmiaru tuszu. Efekt utrzymuje się cały dzień, nie zauważyłam by tusz się kruszył czy opadał na policzki. Dostrzegam w nim jedną wadę - na szczoteczkę nabiera się trochę za dużo tuszu.
Eyelinery z Eveline mają grono swoich wiernych fanek. Nic dziwnego, bo mimo niskiej ceny mają naprawdę fajną jakość. Liquid Precision eyeliner 2000 procent nie odbiega niczym od innych oferowanych przez markę. W małym, wygodnym kałamarzu znajduje się czarny płynny eyeliner. Jest naprawdę czarny, mocno napigmentowany i szybko zastyga dając ładny, matowy efekt. Aplikator nie każdemu przypadnie do gustu, gdyż jest w formie stożkowatej gąbeczki. Osobiście wolę pędzelki, ale zdaję sobie sprawę, że tego typu aplikatory mają zwolenników i przeciwników, więc ocenę tego elementu pozostawiam każdemu do indywidualnego rozważenia. Warto jednak zaznaczyć, że mimo iż wolę aplikatory w formie pędzelka, to tym malowało mi się wygodnie i łatwo. Kreski za każdym razem wychodziły ostre i precyzyjne. Trwałość eyelinera oceniam jako zachwycającą, przez cały dzień pozostaje w nienagannym stanie. Nie kruszy się, nie rozmazuje i nie odbija.
Przejdźmy jednak do największych smaczków z tej przesyłki, które przepięknie pachną owocami!
Wiecie, że uwielbiam matowe pomadki! Na widok tych oczy mi się zaświeciły! W mojej paczce znalazły się naprawdę ładne, modne w tym sezonie kolory. Pomadki zamknięte są w niedużych opakowaniach z czarnego plastiku ozdobionego złotymi napisami. Połączenie dość bezpieczne i klasyczne, nie razi w oczy, niestety napisy się nieestetycznie wycierają. Mechanizm wykręcania chodzi bez zarzutu. Dodatkowo od góry opakowania mamy okienko, przez które widać kolor znajdujący się w opakowaniu, a od dołu naklejkę z numerem w kolorze przybliżonym do produktu. To duże ułatwienie jeśli ktoś ma większą ilość pomadek, bo pozwala łatwo odszukać wybrany kolor. Opakowania zabezpieczone są też naklejką, dzięki której mamy pewność, że nikt przed nami produktu nie otwierał i nie używał. Oprócz numerków kolory mają też swoje nazwy, niestety umieszczone są one jedynie na naklejce zabezpieczającej i po odklejeniu jej nigdzie nie znajdziemy nazwy koloru.
Wykończenie pomadki bardzo przypadło do gustu moim ustom. Nie jest to suchy, papierowy efekt, ale aksamitny, miękki mat. Na ustach wygląda ładnie, matowo, naturalnie jednocześnie zapewniając wysoki komfort noszenia. Nawet po wielu godzinach nie czułam by usta były przesuszone przez pomadkę. Długie godziny noszenia kilka dni pod rząd nie pogorszyły mojego stanu ust.
Przez swoje wykończenie pomadka jest dość sucha i nieco toporna w nakładaniu. To typowa konsystencja dla tego typu pomadek, Niewprawiona ręka może mieć problem przy nakładaniu i z pewnością będzie konieczna pomoc konturówki lub pędzelka, jednak osoba, która w malowaniu ust ma już większą wprawę nie będzie miała większego kłopotu z nałożeniem pomadki prosto z opakowania, zwłaszcza, że kształt sztyftu, ścięty na końcu pozwala na dość dużą precyzję.
Oprócz komfortu noszenia ważna jest też trwałość. Większość osób decydując się na matową pomadkę ma ten aspekt na względzie, często jest on czynnikiem decydującym przy wyborze. Tutaj nie uzyskamy takiej trwałości jak w przypadku pomadek płynnych. Kolor lekko transferuje się na szklanki i zjada się przy posiłku, ale na szczęście robi to w sposób akceptowalny. Wyciera się dość równomiernie i ładnie chociaż nie ulega wątpliwości, że wymaga poprawek w ciągu dnia.
Kolory, które do mnie trafiły to, jak już wspomniałam hity w ostatnim czasie.
Pierwszy i najjaśniejszy z nich to odcień 500 Nude. Ciepły, cielisty beż z nutami brązu. Nie jest to blady odcień, który pozbawi Cię ust! Ładnie się komponuje z ciemnymi makijażami, chociaż jeśli ktoś lubi takie odcienie, jak najbardziej nada się na co dzień. Z pewnością znajdzie wiele fanek, gdyż jest to kolor, który ostatnio cieszył się ogromną popularnością w sieci.
Drugi kolor bardzo mnie zaciekawił. Szalejąca moda na brązy na ustach sprawiła, że miałam ochotę wypróbować taki kolor na sobie, ale miałam pewne obawy. Sama bym siebie nie posądzała, ze istnieje kolor, którego mogłabym się obawiać, a jednak taki brąz przyciągał mnie i odstraszał jednocześnie. Tym bardziej cieszę się, że odcień 506 Coffee trafił w moje ręce. Na własnych ustach przekonałam się, że nie ma się czego bać. Nazwa idealnie opisuje ten kolor. To odcień świeżych ziaren kawy. Ciemny głęboki brąz z delikatnymi nutami czerwieni. Raczej neutralny chociaż jak się dobrze przyjrzeć to można dopatrzeć się cieplejszych podtonów. Jeśli chodzi o zestawianie go z makijażem to z jednej strony taki odcień nie powinien mieć konkurencji, z drugiej jednak mam ochotę połączyć go z brązowym smoky eyes.
Ostatnim kolorem byłam najbardziej zachwycona! To 507 Dark Plum. W opakowaniu bardzo ciemny, na ustach daje piękny, wampirzy ale i elegancki efekt. Ten kolor zdecydowanie nie zniesie konkurencji w postaci mocnych oczu. Odcień jest głęboki i przyciągający uwagę. Trochę czerwieni, trochę fioletu, winny kolor z chłodną bazą, która pięknie wybiela zęby!
Dajcie koniecznie znać w komentarzu jakie produkty marki Eveline polecacie i co jeszcze warto wypróbować!
Dzięki i do następnego :*
Kolory, które do mnie trafiły to, jak już wspomniałam hity w ostatnim czasie.
Pierwszy i najjaśniejszy z nich to odcień 500 Nude. Ciepły, cielisty beż z nutami brązu. Nie jest to blady odcień, który pozbawi Cię ust! Ładnie się komponuje z ciemnymi makijażami, chociaż jeśli ktoś lubi takie odcienie, jak najbardziej nada się na co dzień. Z pewnością znajdzie wiele fanek, gdyż jest to kolor, który ostatnio cieszył się ogromną popularnością w sieci.
Drugi kolor bardzo mnie zaciekawił. Szalejąca moda na brązy na ustach sprawiła, że miałam ochotę wypróbować taki kolor na sobie, ale miałam pewne obawy. Sama bym siebie nie posądzała, ze istnieje kolor, którego mogłabym się obawiać, a jednak taki brąz przyciągał mnie i odstraszał jednocześnie. Tym bardziej cieszę się, że odcień 506 Coffee trafił w moje ręce. Na własnych ustach przekonałam się, że nie ma się czego bać. Nazwa idealnie opisuje ten kolor. To odcień świeżych ziaren kawy. Ciemny głęboki brąz z delikatnymi nutami czerwieni. Raczej neutralny chociaż jak się dobrze przyjrzeć to można dopatrzeć się cieplejszych podtonów. Jeśli chodzi o zestawianie go z makijażem to z jednej strony taki odcień nie powinien mieć konkurencji, z drugiej jednak mam ochotę połączyć go z brązowym smoky eyes.
Ostatnim kolorem byłam najbardziej zachwycona! To 507 Dark Plum. W opakowaniu bardzo ciemny, na ustach daje piękny, wampirzy ale i elegancki efekt. Ten kolor zdecydowanie nie zniesie konkurencji w postaci mocnych oczu. Odcień jest głęboki i przyciągający uwagę. Trochę czerwieni, trochę fioletu, winny kolor z chłodną bazą, która pięknie wybiela zęby!
Dajcie koniecznie znać w komentarzu jakie produkty marki Eveline polecacie i co jeszcze warto wypróbować!
Dzięki i do następnego :*
Nowości Marki Eveline | CZ.1
Witajcie!
Czytaj dalej »
Czujecie wiosnę? U mnie ona zawitała już kilka dni temu. Bardzo się z tego cieszę, gdyż słoneczko dodaje mi mnóstwa energii i chęci do pracy! Wiosna to świetny czas, żeby zabrać się też za odświeżenie swojej kosmetyczki, więc przedstawię Wam dzisiaj kilka nowości marki Eveline, które trawiły do mnie niedawno. Jeśli chcecie się przekonać, które z nich warto wypróbować to zapraszam do czytania dalej!
Zacznę od dwóch nowości do pielęgnacji ciała. Wydaje mi się, że balsamy z serii Slim Extreme są już chyba kultowym produktem w ofercie marki. Sama używałam pierwszego wypuszczonego z tej serii już dobre kilka lat temu, o ile dobrze pamiętam to było na początku gimnazjum. Niedawno do linii dołączyły dwa kolejne warianty tego kosmetyku. O jednym z nich nie opowiem Wam zbyt wiele, gdyż przyszedł do mnie w uszkodzonym opakowaniu, także od razu po zrobieniu zdjęć poleciał do śmieci. Akurat z tego powodu płakać nie będę, gdyż nie lubię chłodzących formuł, zdecydowanie preferuję te rozgrzewające.
Serum Body Detox z zieloną kawą to zabieg polegający na wykorzystaniu jonizacji di eliminacji toksyn poprzez otwarte pory skóry. Stymuluje mikrokrążenie, pobudza metabolizm komórek, zwalcza cellulit i eliminuje obrzęk spowodowany zaburzoną gospodarką lipidową i retencją płynów.Zastosowane składniki aktywne to między innymi ekstrakt z zielonej kawy, kofeina i algi.
Night Lipo Shock Therapy to zaawansowany preparat do 2-tygodniowej intensywnej terapii wyszczuplająco-ujędrniającej, zalecany w okresie diety, zwiększonej aktywności fizycznej jako uzupełnienie dziennej kuracji antycelulitowej. Składniki aktywne zastosowane w w tym serum to między innymi ekstrakt z kasztanowca, guarana i ekstrakt z mięty.
tego serum akurat dość intensywnie używałam na sobie i mogę powiedzieć, że widzę jego działanie. Umówmy się, cellulitu nie zlikwidują nam żadne serum czy balsamy, do tego potrzebna jest dieta i ćwiczenia. Ale działanie z zewnątrz na pewno nie zaszkodzi. Zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu skóra stała się bardziej miękka, gładsza i bardziej napięta. Wygląda ładniej i jest miła w dotyku. Ode mnie dodatkowy plus za przyjemny rozgrzewający efekt!
Kolejnym nowym produktem w asortymencie marki Eveline jest płyn micelarny z linii Facemed+. Przeznaczony do suchej i wrażliwej skóry. Nie zawiera alkoholu, ale jest wzbogacony o kwas hialuronowy i d-panthenol. Ma nie tylko nie podrażniać skóry ale także ją nawilżać. Bardzo polubiłam się z tym produktem i myślę, że będę do niego wracać. Bardzo fajnie radzi sobie ze zmywaniem makijażu, nawet tego mocniejszego. Nie pozostawia nieprzyjemnego filmu na skórze i tak jak zapewnia producent bardzo fajnie oczyszcza. Ja po zmyciu makijażu zwykle oczyszczam jeszcze skórę elektryczną szczoteczką i zdarzało mi się wcześniej, że pozostawały na niej jakieś resztki makijażu. Przy tym płynie nie zauważyłam niczego takiego więc jestem bardzo zadowolona z jego działania. Dodatkowo ma u mnie plusa za opakowanie, które jest nie tylko ładnie zaprojektowane, ale także wygodne. Duża butla (400 ml) wystarczy na wieki bo produkt jest wydajny i skuteczny. No i ma niewielki dziubek, więc na wacik można zaaplikować tyle produktu, ile potrzeba. Niestety nie jestem w stanie ocenić czy nawilża skórę, ale na pewno jej nie wysusza i nie podrażnia.
Puder sypki Cashmere Mat jest dla mnie ciężkim produktem. Mam do niego mieszane uczucia, bo zwyczajnie nie przepadam za używaniem pudrów sypkich. Postanowiłam jednak dać mu szansę i muszę przyznać, że spełnił moje oczekiwania. Dał ładny mat bez płaskiego, papierowego makijażu i przyzwoicie utrzymał makijaż podczas długiego i ciężkiego dnia. Przyjemnie się go aplikuje gąbeczką dołączoną do opakowania, która jest miękka i przyjemna. Nie zauważyłam wysuszania skóry nawet gdy nałożyłam większą ilość, nie zmienia też koloru podkładu. Opakowaie jest solidne i nic się z niego nie wysypuje, dodatkowo ma sporą pojemność (20g) i jest wydajny. Jeśli ktoś lubi takie pudry to myślę, że warto się nim zainteresować. Ja nie pokochałam go tylko dlatego, że nie umiem używać sypkich produktów i robię nimi wokół siebie straszny bałagan.
Poczwórna paletka cieni trafiła do mnie w odcieniu 11. Z tego co widzę na stronie dostępnych jest 13 wariantów kolorystycznych naprawdę ładnie i spójnie skomponowanych. Paletka jest mała i poręczna. Wykonana z dość grubego plastiku, więc spokojnie powinna znieść podróże. Zawiera cztery dopasowane do siebie odcienie, w moim przypadku są to chłodne achromatyczne odcienie. Do paletki dołączony jest podwójny, gąbeczkowy aplikator. Większość palet go ma, a większość użytkowniczek zwyczajnie je wyrzuca. Zanim jednak pozbędziecie się tego aplikatorka zwróćcie uwagę na jego ściętą końcówkę. Osobiście lubię tego typu aplikatory do robienia rozdymionej kreski na powiece!
Odcień numer 1 jest połyskującym cieniem na białej bazie. Daje mocny, zmrożony efekt i efektowny blask.
nr 2 to zdecydowanie największy atut tej paletki. Ma odcień srebra z delikatną stalową nutką i jest niesamowity! Nałożony na bazę daje mocny, metaliczny efekt. Myślę, że na mokro będzie prawdziwą petardą!
Trójka to ciemniejsza szarość. Błyszczczący, ale nie metaliczny jak jego poprzednik. Ma srebrny połysk i dość ciemną, stalową bazę.
Nr 4 trochę mnie zawiódł bo w opakowaniu wygląda jak rozgwieżdżona noc - matowa czarna baza wypełniona lśniącymi drobinkami. Po nałożeniu na powiekę efekt trochę ginie, co nie zmienia faktu, że nadal jest piękny!
Ostatni produkt, który Wam dzisiaj pokażę, to baza pod cienie. Zamknięta w opakowaniu przypominającym błyszczyk, ma w środku mały, gąbeczkowy aplikator. Według producenta ma przedłużać makijaż do 24 godzin. Oprócz zwykłych zadań, jakie wykonuje baza pod cienie czyli przedłużenia trwałości i podbicia intensywności cieni, ma ona także odżywiać i nawilżać dzięki zastosowaniu składników aktywnych, takich jak kwas hialuronowy, wyciągi ze świetlika i jedwabiu oraz witaminy.
Baza ma beżowy kolor przez co już na jej etapie ukrywany ewentualne zaczerwienienia i żyłki na powiekach. Nie wiem czy przedłuża makijaż do 24 godzin, gdyż nigdy nie zdarzyło mi się nosić cieni tyle czasu, ale nie da się ukryć, że wyraźnie podbija kolor cieni, co widać na zdjęciu wyżej! Wygodnie się ją aplikuje na powiekę i wystarczy niewielka ilość by spełniła swoją rolę! Pamiętajcie by nie nakładać bazy za dużo, bo może obciążyć delikatne powieki i dać efekt odwrotny od oczekiwanego!
To jeszcze nie wszystkie nowości! Największe smaczki zostawiłam na kolejny wpis, także czekajcie na niego cierpliwie i nie zapomnijcie o zostawieniu komentarza!
Dzięki i do następnego! :*
Etykiety:
balsam do ciała,
balsam wyszczuplający,
baza pod cienie,
Cienie do powiek,
Eveline,
New In,
nowości,
płyn micelarny,
Puder,
serum antycellulitowe,
Wiosna
Eveline Velvet Matt Lip Cream | Recenzja i Swatche wszystkich kolorów
W ubiegłym roku matowe pomadki podbiły serca wszystkich fanek makijażu. Firmy prześcigały się w tworzeniu nowych formuł i kolorów co i rusz wypuszczając na rynek kolejne produkty. Nic w tym dziwnego, gdyż matowe pomadki w płynie mają szereg zalet, dzięki którym biją klasyczne pomadki i błyszczyki na głowę. Jedną z ubiegłorocznych nowości na rynku były pomadki Eveline Velvet Matt. Wypuszczone na rynek w sześciu ciekawych odcieniach znikały w półek dość szybko, ale jakoś nie zrobiło się o nich wybitnie głośno. Moim zdaniem niesłusznie, bo jeśli czytałyście wpis o ulubieńcach roku 2016 to wiecie, że bardzo przypadły mi do gustu.
Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!
411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.
412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.
413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.
414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.
415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.
416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.
Czytaj dalej »
Lubię zaczynać recenzję od opakowania bo chociaż nie jest to najważniejsza rzecz w kosmetyku, to jednak jest pierwszą rzeczą jaką zauważamy podczas zakupów i często decyduje o tym, czy po dany produkt sięgniemy czy nie. Moim zdaniem opakowania pomadek Eveline Velvet Matt zachęcają do kupna. Są smukłe i podłużne jak opakowania błyszczyków. Opakowanie ze złotą nakrętką oklejone jest etykietą w kolorze zbliżonym do ocienia pomadki. Na naklejce oprócz niezbędnych rzeczy takich jak nazwa produktu czy skład nie znajdziemy dodatkowych udziwnień i ode mnie za to ogromny plus. Opakowanie jest ładne i wygodne, ale moje zastrzeżenia budzi fakt, że złote elementy wycierają się dość szybko, a etykieta, którą pokryte jest opakowanie odkleja się na rogach jeśli nosimy pomadkę w torebce.
Aplikacja pomadki przebiega dość szybko i sprawnie. Podoba mi się aplikator, ścięty z obu stron, lekko puchaty ale płaski. Nabiera dość dużą ilość pomadki, ale dzięki temu nie ma potrzeby dobierania kolejnej porcji produktu z opakowania. Formuła pomadki jest dość rzadka i nieco różni się w zależności od koloru. Jaśniejsze odcienie mają formułę nieco bardziej musową dzięki czemu nakładają się na usta cienką, równą warstwą. Ciemniejsze odcienie są rzadsze i podczas aplikacji mogą zdarzyć się lekkie prześwity.
Mimo, że niektóre kolory tworzą lekkie prześwity przy pierwszej warstwie to aplikacja jest moim zdaniem przyjemna. Nie ma problemu by dołożyć kolejną warstwę dla wyrównania krycia. Produkt w takiej sytuacji nie kawali się, kolejne warstwy wyglądają jakby połączyły się ze sobą. Dodatkowo aplikację ułatwia wspomniany wyżej aplikator na długim patyczku. Jest raczej nieduży i ładnie ścięty co pozwala mi wyrysować kształt ust bez konturówki.
Wykończenie na początku nie do końca do mnie przemówiło. Pomadki nie zastygają na idealnie suchy mat, który uwielbiam, ale pozostają leciutko satynowe i odrobinę się transferują. Przez to też ich trwałość nie jest taka, jak w moich ulubionych matowych pomadkach. Mimo to wytrzymują dość długo w dobrym stanie. Gdy już się zaczną zjadać nie tworzą wyraźnej krawędzi od wewnętrznej strony ust. Wycierają się dość ładnie i równomiernie. Jeśli kolor zetrze się od środka na przykład od gadania lub jedzenia, można dołożyć produktu tylko w tym miejscu i tym samym poprawić makijaż. Nie ma potrzeby zmywania całej pomadki.
Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!
411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.
412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.
413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.
414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.
415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.
416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.
Na koniec dodam jeszcze, że pomadki przepięknie pachną malinami. Dostępne są w Rossmannie w szafach Eveline i kosztują niewiele bo około 13 zł za sztukę. Myślę, że to rewelacyjna cena za dobrą jakość pomadki i wysoki komfort noszenia - tego odmówić im nie można! Pomadki przez cały czas noszenia nie czuć na ustach, nie jest sucha, ale też nie klei się. Dodatkowo nie wysusza ust tak bardzo jak niektóre matowe produkty do ust. Dla mnie jest to jakość przewyższająca sławne Bourjois REV w dodatku za ułamek ceny!
Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(
Dzięki i do następnego :*
Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(
Dzięki i do następnego :*
Nowości marki Eveline
Witajcie! Znów mnie nie było ale jakoś ostatnio mam kłopot żeby wyłuskać choć odrobinę czasu. Nie obiecuję, że już wracam na stałe do regularnego pisania, ale mam nadzieję, że to już koniec ciągłego bycia w biegu i będę pisać częściej.
Dzisiaj chciałabym Wam pokazać nowości wypuszczone niedawno na rynek przez markę Eveline. Pokażę Wam co ciekawego pojawiło się w ofercie i napiszę kilka słów na temat tych produktów, a co ciekawszych wyczekujcie w osobnych postach wraz z szerszą recenzją!
Pierwsza nowość jak dla mnie jest najciekawsza! Nie mogło to być nic innego jak matowe pomadki i już teraz powiem, że czekajcie na recenzję, w której pokażę Wam wszystkie kolory! Wygodny, płaski aplikator pozwala precyzyjnie nałożyć produkt na całe usta i ładnie wyrysować kontur. Pomadka w konsystencji jest przyjemnie kremowa i łatwa w aplikacji, ma konsystencję lekkiego musu. Po kilku chwilach na ustach zastyga dając piękne matowe wykończenie, ale nie powoduje uczucia suchych i ściągniętych ust ponieważ nie zastyga na całkowity, kredowy mat. Daje welwetowe, jedwabiste wykończenie i utrzymuje się na ustach naprawdę bardzo ładnie.
Drugiej nowości nie spodziewałam się, że mi się spodoba. Jest to pielęgnujący olejek do ust. Ja mam wersję waniliową, która w opakowaniu ma piękny złocisty kolor, ale na ustach wygląda na bezbarwną. Przywodzi mi na myśl gęsty błyszczyk, ale nie skleja ust. Pozostawia je pięknie błyszczące, miękkie i nawilżone. Sama nie mogę tego potwierdzić, ale podobno ten olejek jest niezłym zamiennikiem bardzo sławnego i potwornie drogiego olejku z Clarins. Ma tylko jedną wadę - nie nadaje się do noszenia w torebce, bo jak widać na zdjęciu napisy się ścierają, a poza tym trzeba naprawdę mocno zakręcić opakowanie, w innym przypadku może się delikatnie rozlewać.
Kolejne dwie nowości również przypadły mi do gustu ponieważ są do paznokci! Lakier w numerze 96 to piękne, ciemne wino, idealne na nadchodzącą porę roku. Dużym pędzelkiem łatwo się maluje, zwłaszcza, gdy się spieszymy bo pozwala pokryć paznokieć niemal jednym pociągnięciem pędzelka. By utrwalić efekt i nadać paznokciom połysk producent zaleca używanie topu X-treme Gel Effect, który ma trzykrotnie wydłużać trwałość manicure. Czy wydłuża aż tak - nie wiem, gdyż nie noszę jednego lakieru zbyt długo, ale muszę przyznać, że faktycznie pięknie nabłyszcza lakier i chroni przed wycieraniem się koloru.
Mascara Wonder Show ma nadawać naszym rzęsom spektakularną objętość. Mimo, ze użyłam jej zaledwie kilka razy (nie malowałam się ostatnio zbyt często) to wiem, że z przyjemnością wykończę to opakowanie. Sylikonowa szczoteczka o przekroju trójkąta pokrywa rzęsty wyraźną warstwą tuszu, ale pozwala też wyczesać ewentualne posklejane rzęski. Jest to ten typ szczoteczki, które lubię - dość duża, gruba z długimi włoskami. Sam tusz nadaje się do użycia od razu po otwarciu. Jest wystarczająco gęsty by dać ładny efekt pogrubienia więc polecałabym go osobom, które mają długie, ale cienkie rzęsy.
Od producenta: Krem do twarzy pod prysznic na bazie inteligentnej formuły zastępującej kilka kosmetyków oczyszczających i pielęgnacyjnych, delikatnie usuwa zanieczyszczenia i makijaż, łagodzi podrażnienia i eliminuje zaczerwienienia, intensywnie nawilża skórę oraz tworzy doskonałą bazę pod makijaż. Technologia MULTI-SMART FACE CARE na bazie kwasu hialuronowego , olejku migdałowego i alg laminaria identyfikuje i regeneruje mikrouszkodzenia w strukturze skóry oraz zapewnia jej całodniową ochronę przed czynnikami inicjującymi powstawanie zmarszczek. Kompleksowo odpowiada na wszystkie potrzeby młodej cery, dzięki czemu codzienną pielęgnację możesz ograniczyć do dosłownie kilku sekund rano i wieczorem
Do kolejnej nowości podchodziłam jak pies do jeża. Express Fece Care krem do twarzy pod prysznic 2w1 mleczko oczyszczające i krem nawilżający. Jak wskazuje ta długaśna nazwa jest to kremowy produkt to mycia buzi, który nie tylko ma twarz oczyścić (a nawet wykonać demakijaż) ale także nawilżyć na tyle, żebyśmy nie miały potrzeby używania kremu. Nie stosowałam tego produktu do demakijażu, boję się trochę o swoje wrażliwe oczy, ale używałam go do mycia buzi rano i faktycznie nieźle mi się go używa. Zastąpił mi moją piankę, której używałam do tej pory ale miałam wrażenie że wysusza mi twarz. Ten produkt faktycznie nieźle zmywa z twarzy wszelkie nocne zanieczyszczenia i pozostawia skórę miłą w dotyku. W dni gdy bardzo się spieszyłam i nie miałam czasu nałożyć kremu dawał wystarczające nawilżenie i przygotowanie skóry do makijażu. Także dla zabieganych osób takie rozwiązanie może być na plus.
Następne dwie nowości to coś, co tygryski lubią najbardziej - maseczki. Tutaj mamy Ekspresowy zabieg bankietowy do każdego typu cery, nadaje skórze idealną gładkość, wyrównuje koloryt i niweluje odznaki zmęczenia. Ucieszyłam się z tego produktu i przetestowałam go w pierwszej kolejności. Dzień po tym jak otrzymałam paczkę wybierałam się na wesele - doskonała okazja do wypróbowania takiego kosmetyku. Wszystkie na pewno wiemy, że żaden makijaż nie będzie wyglądał spektakularnie na niewypielęgnowanej, zmęczonej cerze, a jeśli odpowiednio zadbamy o pielęgnację nasz makijaż będzie wytrzyma o wiele dłużej bez poprawek.
Druga maseczka to Zabieg Głęboko Oczyszczający - także składa się z dwóch etapów - peelingu i maseczki. Skierowana jest głównie do cery mieszanej, tłustej i trądzikowej, gdyż ma wygładzać niedoskonałości, oczyszczać i matowić. Moja cera zdecydowanie nie jest tłusta, niedoskonałości także mi nie dokuczają, więc niestety nie mogłam docenić w 100% jej działania, ale muszę przyznać, że fajnie chłodziła twarz, a zawartość kwasu hialuronowego i aloesu przypadła do gustu mojej cerze.
Jedyną rzeczą, która mi się nie spodobała jest odżywczo-regenerujący balsam do ust. Do plusów trzeba zaliczyć wygodną formę sztyftu dzięki czemu aplikacja jest bardziej higieniczna oraz SPF 10. Niestety kompletnie nie przypadł mi do gustu zapach, a lekkie nawilżenie było stanowczo za małe dla moich ust. Konsystencja i działanie produktu przypomina mi Carmex w sztyfcie - wiem, że wielu osobom się sprawdza, ja go niestety nie znoszę. Szybko znalazłam dla pomadki nową właścicielkę
To oczywiście tylko część nowości marki Eveline, ale to będzie na tyle jeśli chodzi o produkty, które miałam okazję przetestować. Jestem zadowolona z zawartości mojej przesyłki, prawie wszystkie produkty mi się sprawdziły i z przyjemnością ich używam. Pamiętajcie jednak, że są to moje subiektywne opinie i to, co nie sprawdziło się u mnie dla kogoś innego może okazać się hitem!
Dajcie znać, co miałyście ciekawego z tej marki
Dzięki i do następnego :*
Wiosenna Kolekcja Lakierów Eveline | Mini rozmiar, Maxi jakość!
Witajcie! Za oknem już nawet nie wiosna, a regularne lato. Słońce w pełni swojej urody zagląda w okna i pieści skórę, z szaf znikają grube swetry w smutnych kolorach i ustępują miejsca letnim sukienkom. Oczywiście odmiana dotyczy nie tylko szafy! Nowe stroje to też nowe paznokcie, koniecznie w lekkich kolorach i całe w kwiatowych wzorach bo przecież gdzie wiosna jest piękniejsza niż na kobiecych paznokciach? Dziś chcę pokazać Wam cudowne lakierowe maluczki. Wszystkie w wiosennych, pastelowych kolorach, które pokochałam od pierwszego użycia. Mając taką pogodę za oknem nawet nie patrzę w stronę ciemnych kolorów, a odkąd mam tę czwórkę, o której Wam zaraz opowiem to sięgam tylko po nie i po żadne inne!
Mowa oczywiście o lakierach Eveline miniMAX z najnowszej wiosennej kolekcji. W moje ręce wpadły ostatnio cztery kolory, które jak już wspomniałam zachwyciły mnie do tego stopnia, że nie mam ochoty sięgać po inne lakiery. Ta czwóreczka zachwyciła mnie swoimi właściwościami i kolorystyką dopasowaną do mojego aktualnego nastroju i pogody za oknem.Stoją grzecznie na moim biurku niczym wiosenny bukiet kolorów i jakoś tak same wpadają mi w ręce podczas wykonywania manicure. Lakiery Eveline to jedne z moich ulubionych. Zwłaszcza seria miniMAX, w której znajdziemy cudowne odcienie za niewielką cenę. Dodatkowo w pojemności, która pozwala nam zużyć lakier zanim się przeterminuje.
Cała seria tych lakierów ma świetne opakowania, które dobrze się przechowuje. Okrągłe z zakrętką o tej samej średnicy co sama buteleczka. Bardzo ładnie to wygląda na półce no i jak już wspomniałam świetnie się je przechowuje! Nie zajmują wiele miejsca ani na półce, ani w szufladzie, ani w walizce czy torebce, jesli chcemy zabrać je na wyjazd czy po prostu mieć zawsze przy sobie. Szeroka, krótka nakrętka jest bardzo wygodna w malowaniu, zdecydowanie wolę takie niż wąskie i długie nakrętki w dziwnych kształatach.
Lakiery mają bardzo fajną, rzadką konsystencję. Nie są leiste, ale też nie są "glutkami", które ciężko rozprowadzić na płytce. Nakładają się cienką warstwą i to za jednym pociągnięciem! Tak szybkie pokrycie płytki umożliwia nam szeroki pędzelek. Nie trzeba nim długo pracować by cała płytka paznokcia była pokryta równomierną warstwą lakieru. Jest to o tyle ważne, że lakier szybko wysycha i gdyby nie umożliwienie tak szybkiej pracy z pewnością narobiłybyśmy sobie nieestetycznych prześwitów.
Niesamowita wręcz jest pigmentacja tych lakierów. W zasadzie niezależnie od odcienia (a przypomnę, że mamy tu do czynienia z pastelami, które zazwyczaj wymagają nakładania sporej liczby warstw) lakier kryje już po drugiej warstwie. No może z wyjątkiem jednego - który pokrył mi paznokieć już jedną warstwą absolutnie bez prześwitów!
Cała czwórka ma wykończenie kremowe, czyli nie posiada żadnych drobinek. Kolor jest piękny, jednolity i niesamowicie lśniący! Wykończenie tych lakierów daje efekt wręcz mokrych paznokci pokrytych płynnym szkłem. Dodatkowo nie ma obaw o matowienie. Swój manicure z użyciem tych maluszków nosiłam bardzo długo - bo aż 5 dni - i wyglądały tak samo pięknie jak zaraz po pomalowaniu. Gdyby nie to, że kolory szybko mi się nudzą, a głowę mam pełną pomysłów na kolejne zdobienia z udziałem lakierów miniMAX, nosiłabym ten manicure jeszcze dłużej!
Odcień 133 to piękna nasycona zieleń ale nadal w pastelowej odsłonie. To kolor świeżej trawy i młodych listków!
134 to najpiękniejszy bananowy odcień w mojej kolekcji. Idealnie wyważony, nieprzebielony, pastelowy odcień słonecznej żółci.
Odcień 141 to lakier ślubny! Jasny nude z przewagą rozbielonego różu. Sprawia, że dłonie wyglądają świeżo i czysto. Idealna baza pod wszelkiego rodzaju zdobienia.
137 to ten gagatek, który kryje już po pierwszej warstwie. To dość jasny odcień koralowy. Nie jest zbyt neonowy, ale też nie jest mocno rozbielony. Widoczny ale nie krzykliwy.
Podsumowując są to przepiękne wiosenne lakiery dla każdej kobiety. Zwłaszcza tej aktywnej, która nie ma czasu martwić się swoim manicurem gdy pogoda za oknem wręcz nas woła! Niezależnie od tego czy planujesz szybki spacer nad rzekę czy tygodniowy urlop nad morzem miniMAX musi być z Tobą. Wykonasz manicure szybko, bez tracenia czasu na wysychanie lakieru i bez obaw o odpryski! Mini rozmiar, Maxi jakość!
Dajcie znać czy znacie te maleńkie lakiery! Jak Wam się podoba moje zdobienie z ich użyciem?
Dzięki i do następnego :*








