Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swatche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swatche. Pokaż wszystkie posty
Holograficzne Lakiery Golden Rose | Swatche wszystkich odcieni
Witajcie!
Słoneczko rozgościło się już chyba na dobre więc to idealny czas by polecić Wam cudowne lakiery, których największą moc odkryjecie właśnie w dziennym świetle słońca. Chodzi mi oczywiście o nową serię Golden Rose Holographic. Na punkcie tych lakierów blogosfera oszalała w ostatnim czasie i nic dziwnego!
Seria zawiera siedem pięknych, modnych odcieni dających na paznokciach mocny, tęczowy efekt! To nie jest słabe, rozproszone holo! W słońcu paznokcie mienią się milionem kolorów i tęczowymi iskierkami! Holomaniaczki na pewno zrozumieją mój zachwyt! Dodatkowo lakiery świetnie kryją, co przy holograficznych efektach jest raczej rzadkością. Jedna warstwa mogłaby spokojnie wystarczyć do pokrycia całej płytki paznokcia. Nakładanie drugiej to właściwie formalność. Manicure z nimi jest mega szybki także dzięki pędzelkowi, który nakłada równą warstwę lakieru. Jest dość szeroki, ale dostatecznie elastyczny, by malowanie nim przy skórkach nie sprawiało kłopotu.
Większość lakieromaniaczek pewnie zna to uczucie - wszystko co pięknie świeci, tragicznie się zmywa. Tu akurat nie ma się czym martwić. Lakier holograficzny zawiera mieniące drobinki tak maleńkie, że nie ma obaw, że zmywanie go będzie trwało wieczność, pochłonie mnóstwo potu, krwi i łez.
Lakiery znajdą wiele różnorodnych zastosowań. Dla osób, które lubią nieograniczony blask świetnie sprawdzą się nałożone solo na wszystkie paznokcie. Te z Was, które lubią bardziej stonowany efekt, mogą wykonać za pomocą tych lakierów drobny akcent na paznokciach w postaci np. gradientu holo połączonego ze zwykłym lakierem lub pomalować tęczowym lakierem tylko jeden paznokieć. Szalonym lakieromaniaczkom lakiery holograficzne Golden Rose dzięki swojej dobrej pigmentacji mogą posłużyć do malowania ręcznych wzorków lub jako baza pod stemple.
Przejdę jednak do kolorów by ułatwić Wam wybór idealnego odcienia dla siebie! (Zdjęcia lakierów robione w świetle słonecznym by oddać cały ich urok. Zdjęcia na paznokciach w świetle sztucznym lepiej pokazuje kolor bazy)
Golden Rose Holographic 01 - najbardziej klasyczna wersja lakieru holograficznego. Srebrzyście wyglądająca baza, która nie przyćmiewa tęczowego blasku. Lakier lśni się w całości, a pomiędzy tęczowymi refleksami nie widać przebijającego koloru. W Świetle sztucznym wygląda na połyskujące sreberko.
Golden Rose Holographic 02 - Jeden z odcieni, które najbardziej przypadły mi do gustu, czyli bardzo modny ostatnio odcień nude. Baza ma odcień jasnego, złocistego beżu. Nie wygląda nachalnie, przez swój kolor nadaje się na co dzień i wygląda bardzo elegancko.
Golden Rose Holographic 03 - kolejny odcień, który bardzo przypadł mi do gustu i jest kolorem bardzo modnym w tym sezonie. Przygaszony, zbrudzony i chłodny odcień pastelowego różu. Z pewnością przypadnie do gustu wielu osobom przez swój nieoczywisty kolor, który wygląda pięknie, świeżo ale też nie jest nachalny mimo swojego mocnego tęczowego błysku.
Golden Rose Holographic 04 - tu już zaczyna się zabawa! Soczysty owocowy odcień. Przywodzi mi na myśl maliny lub truskawki. Ciepły, lekko czerwonawy róż. Widoczny na paznokciach. Przyciąga uwagę.
Golden Rose Holographic 05 - Ten odcień z pewnością też znajdzie swoje zwolenniczki. Jest dość nieoczywisty. Z jednej strony wydaje się być dość mocnym fioletem o intensywnej, przyciągającej wzrok barwie, z drugiej jest w nim coś delikatnego i pastelowego. Zmienia się zależnie od światła, ale w każdej postaci wygląda ślicznie.
Golden Rose Holographic 06 - delikatny i pastelowy odcień chłodnego, lekko nawet stalowego błękitu. Sam kolor nie rzuca się w oczy jakoś bardzo i pozostawia dużo miejsca na popisy iskrzących drobinek. Niemniej sam w sobie też jest uroczy i będzie dobrym wyborem na wiosnę
Golden Rose Holographic 07 - ostatni już kolor z tej kolekcji. Jest to czerń, ale nie smolista i ciemna, a raczej nieco wypłowiała i grafitowa. Myślę, że efekt ten zawdzięcza dużej ilości holograficznych drobin przez co baza lakieru wydaje się szarawa i ... zadymiona. Na paznokciach wygląda ładnie i dość świeżo mimo swojego ciemnego odcienia.
To już wszystkie kolory z tej nowej serii. Dajcie znać, który kolor przypadł Wam do gustu najbardziej i czy tak jak ja uwielbiacie tego typu efekty na paznokciach!
Dzięki i do następnego :*
Eveline Velvet Matt Lip Cream | Recenzja i Swatche wszystkich kolorów
W ubiegłym roku matowe pomadki podbiły serca wszystkich fanek makijażu. Firmy prześcigały się w tworzeniu nowych formuł i kolorów co i rusz wypuszczając na rynek kolejne produkty. Nic w tym dziwnego, gdyż matowe pomadki w płynie mają szereg zalet, dzięki którym biją klasyczne pomadki i błyszczyki na głowę. Jedną z ubiegłorocznych nowości na rynku były pomadki Eveline Velvet Matt. Wypuszczone na rynek w sześciu ciekawych odcieniach znikały w półek dość szybko, ale jakoś nie zrobiło się o nich wybitnie głośno. Moim zdaniem niesłusznie, bo jeśli czytałyście wpis o ulubieńcach roku 2016 to wiecie, że bardzo przypadły mi do gustu.
Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!
411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.
412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.
413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.
414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.
415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.
416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.
Czytaj dalej »
Lubię zaczynać recenzję od opakowania bo chociaż nie jest to najważniejsza rzecz w kosmetyku, to jednak jest pierwszą rzeczą jaką zauważamy podczas zakupów i często decyduje o tym, czy po dany produkt sięgniemy czy nie. Moim zdaniem opakowania pomadek Eveline Velvet Matt zachęcają do kupna. Są smukłe i podłużne jak opakowania błyszczyków. Opakowanie ze złotą nakrętką oklejone jest etykietą w kolorze zbliżonym do ocienia pomadki. Na naklejce oprócz niezbędnych rzeczy takich jak nazwa produktu czy skład nie znajdziemy dodatkowych udziwnień i ode mnie za to ogromny plus. Opakowanie jest ładne i wygodne, ale moje zastrzeżenia budzi fakt, że złote elementy wycierają się dość szybko, a etykieta, którą pokryte jest opakowanie odkleja się na rogach jeśli nosimy pomadkę w torebce.
Aplikacja pomadki przebiega dość szybko i sprawnie. Podoba mi się aplikator, ścięty z obu stron, lekko puchaty ale płaski. Nabiera dość dużą ilość pomadki, ale dzięki temu nie ma potrzeby dobierania kolejnej porcji produktu z opakowania. Formuła pomadki jest dość rzadka i nieco różni się w zależności od koloru. Jaśniejsze odcienie mają formułę nieco bardziej musową dzięki czemu nakładają się na usta cienką, równą warstwą. Ciemniejsze odcienie są rzadsze i podczas aplikacji mogą zdarzyć się lekkie prześwity.
Mimo, że niektóre kolory tworzą lekkie prześwity przy pierwszej warstwie to aplikacja jest moim zdaniem przyjemna. Nie ma problemu by dołożyć kolejną warstwę dla wyrównania krycia. Produkt w takiej sytuacji nie kawali się, kolejne warstwy wyglądają jakby połączyły się ze sobą. Dodatkowo aplikację ułatwia wspomniany wyżej aplikator na długim patyczku. Jest raczej nieduży i ładnie ścięty co pozwala mi wyrysować kształt ust bez konturówki.
Wykończenie na początku nie do końca do mnie przemówiło. Pomadki nie zastygają na idealnie suchy mat, który uwielbiam, ale pozostają leciutko satynowe i odrobinę się transferują. Przez to też ich trwałość nie jest taka, jak w moich ulubionych matowych pomadkach. Mimo to wytrzymują dość długo w dobrym stanie. Gdy już się zaczną zjadać nie tworzą wyraźnej krawędzi od wewnętrznej strony ust. Wycierają się dość ładnie i równomiernie. Jeśli kolor zetrze się od środka na przykład od gadania lub jedzenia, można dołożyć produktu tylko w tym miejscu i tym samym poprawić makijaż. Nie ma potrzeby zmywania całej pomadki.
Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!
411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.
412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.
413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.
414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.
415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.
416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.
Na koniec dodam jeszcze, że pomadki przepięknie pachną malinami. Dostępne są w Rossmannie w szafach Eveline i kosztują niewiele bo około 13 zł za sztukę. Myślę, że to rewelacyjna cena za dobrą jakość pomadki i wysoki komfort noszenia - tego odmówić im nie można! Pomadki przez cały czas noszenia nie czuć na ustach, nie jest sucha, ale też nie klei się. Dodatkowo nie wysusza ust tak bardzo jak niektóre matowe produkty do ust. Dla mnie jest to jakość przewyższająca sławne Bourjois REV w dodatku za ułamek ceny!
Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(
Dzięki i do następnego :*
Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(
Dzięki i do następnego :*
I Heart Chocolate Makeup Revolution | Recenzja
Witajcie! Dawno nie było tu posta o cieniach, dlatego przychodzę dziś z postem, który miał pojawić się już dawno a jakoś jeszcze nie miał swoich pięciu minut. To zaskakujące, bo te paletę mam już tak długo, że kilka razy zdążyła mi się znudzić a potem zachwycić na nowo! Oczywiście mówię o czekoladzie z Makeup revolution. To ostatnia, którą mam wam do pokazania. Na moim blogu widzieliście już Death by Chocolate, Naked Chocolate, Salted Carmel i Pink Fizz. Oprócz tego porównywałam dwie najbardziej kultowe czekoladki tutaj.
I Heart Chocolate to paletka wzorowana na kultowej Chocolate Bar z Too Faced. Początkowo wcale mnie nie kusiła, ale jak już trafiła a moje ręce okazała się najczęściej używaną.
Jakością zupełnie nie różni się od pozostałych czekoladek. Cienie są dobrze napigmentowane, na bazie utrzymują się bez zarzutu i całkiem przyjemnie aplikują. Mogą się nieco osypywać, ale bez tragedii, przyjemnie się rozcierają, dobrze łączą między sobą. Nie sa może tak wielowymiarowe jak cienie z palety Chocolate Bar, ale mają fajne wykończenia i dają nieraz oryginalne efekty na oku.
Dużą zaletą tej palety - tak jak wszystkich paletek czekoladowych Makeup Revolution jest to, że najczęściej używane cienie mamy w zwiększonej pojemności! W każdej palecie jest to matowy beż i rozświetlacz. Oczywiście w każdej w innym odcieniu.
Paletka ma solidne opakowanie i naprawdę pachnie czekoladą! Na moje oko powinna wpasować się w potrzeby osób o zielonych i piwnych oczach, gdyż mamy tu kilka kolorów, które ładnie podkreślą ten odcień tęczówki.
You need Love - to cień o zwiększonej pojemności. Matowy jasny beż, o pięknym waniliowym odcieniu. Znajdzie bardzo wiele zastosowań, możemy nałożyć go pod łuk brwiowy, na całą powiekę lub użyć do wyczyszczenia granic makijażu. Ja lubię nakładać go zamiast pudru pod oczy by utrwalić korektor i wzmocnić krycie.
Piece me together - to raczej kiepski cień. Ciężko się to nakłada bo bardzo się sypie. Ciepła zgniła zieleń z mnóstwem dość dużych złotych drobinek.
Thank Friday - ciężko mi jednoznacznie nazwać ten kolor. Matowy jasny brąz, ciepły, trochę brzoskwiniowy. A może brzoskwiniowy z nutą brązu? W każdym razie ładny.
More! - piękna brzoskwiniowa perła, trochę złota, trochę różowa. Ma w sobie coś z koloru szampana. Mocno błyszczy i wygląda przepięknie.
Pleasure Girl - średni matowy brąz, raczej neutralny. Świetny do podkreślenia załamania powieki. Chyba najbardziej wymęczony cień w tej palecie.
Smooth Criminal - perła, ciepły złoty brąz połyskujący trochę na złoto a nieco na pomarańczowo. Nie jest to typowa miedź, ale ma coś w sobie z tego koloru.
Chocolate Love - perłowe Stare złoto. Mocno błyszczące.
You Need More - kolor podobny do Love Divine ale nie tak założony. Po prostu ciepły brąz z cerwono-złotą poświatą.
Love torn - coś pomiędzy śliwkowym fioletem a bordo. Matowy ze złotymi i różowymi drobinkami, które nakładają się w minimalnej ilości na powiekę. Ciekawy kolor, ale trudny i łatwo zrobić sobie nim krzywdę.
Stolen Chocolate - chyba mój ulubieniec z tej palety. Ciemny neutralny brąz, matowy. Idealny do mocniejszych makijaży, albo do narysowania delikatnej kreski w makijażu dziennym.
Meet Chocolate - matowy pastelowy róż. Nie mam pojęcia co robi w tej palecie bo za nic mi tu nie pasuje. Jedyny cień, którego użyłam jedynie do swatchy.
Unforgivable - w palecie wygląda fajnie ale na skórze wychodzi trochę sino. To chłodny szarawy fiolet z mnóstwem różowych drobinek.ale nie takich drobinek jak w cieniach z pierwszego rzędu, to raczej drobny pyłek, który nakłada się na powiekę w sporej ilości i sprawia, ze cień jest bardziej wielowymiarowy.
Love Divine - bardzo niepozorny cień. W palecie wygląda średnio ale na skórze ujawnia swój potencjał. To ciepły brąz, perłowy. Polyskuje na złoto i czerwono. Taki żuczek. Wielowymiarowy efekt jako daje robi cały makijaż.
What a way to go - oberżyna. Niesamowity odcień, matowy pełen złotych, niebieskich i różowych drobinek. Niestety niewiele się ich nanosi na skórę, a szkoda bo dodają temu cieniowi głębi.
Endorphins Ready! - cień o zwiększonej pojemności. W pierwszej kolejności widać w nim chłodne różowe tony, dopiero później minimalne ilości bladego szampańskiego złota, co sprawia że nie polubiłam tego cienia. Daje bardzo delikatny kolor i mocny blask, więc nada się jako rozświetlacz.
| Love Divine, Unforgivable, Meet Chocolate, Pleasure Girl, More!, Thank Friday |
| Endorphins Ready, What a Way to Go, You Need More, Chocolate Love, Smooth Criminal |
| You Need Love, Piece Me Together, One More Piece, Love Torn, Stolen Chocolate |
Dajcie znać czy lubicie czekoladowe paletki i jak Wam się spisują jeśli je macie. Która najładniejsza?
Dzięki i do następnego :*
Makeup Revolution Pink Fizz
Witajcie! Co u Was? Ja właśnie wróciłam do Gdańska po świętach i przygotowuję się nie tylko do pierwszej sesji ale także do 21 urodzin! Przełom roku jest dla mnie najbardziej obfitujacym w prezenty czasem. A ja jeszcze nie pokazałam wam wszystkiego co trafiło do mnie w święta. Dzisiaj kontynuacja poprzedniego tematu - kolejna czekoladki, tym razem różowa.
Co do tej czekoladki nie byłam zbytnio przekonana oglądając zdjęcia w Internecie. Nie jestem fanką różu na oczach a ta psletka zdecydowanie obfituje w takue barwy.
Kolorystycznie paletka powinna idealnie trafić do niebieskookich, a także jasnych blondynek, którym najbardziej pasują takie barwy. Jak wiemy umiejętnie użyte róże bardzo odświeżają.
Nie jest to jednak dobry wybór dla dziewczyn lubiących maty. Pink Fizz to paleta dla sroczek bowiem pośród 16 cieni matowe mamy tylko 3. Szukacie palety do makijaży karnawałowych? To chyba znalazłyście.
Pink Fizz - cień o zwiększonej gramaturze, drobinkowy różowy rozświetlacz
France - Ciemny fioletowo-granatowy cień, metaliczny, ale mółgby być lepiej napigmentowany
Truffle - fajny ciemnobrązowy kolor z różowymi i złotymi iskierkami
Celebrate - Metaliczny srebrzysty błękit
Elegant - Cuuuudo! Złoto w odcieniu karmelowym, bardzo mocno napigmenowane, przepięknie mieniące się, przepiękne!
Toast - Połyskujący lekko przybrudzony róż
Sparkling - Sreberko z różowofioletowym poblaskiem
Flute - Bardzo podobny do Sparkling, sreberko z różowofioletowym podtonem ale z nutami złotawego beżu
Pop - Matowy ciemny brąz, raczej neutralny
Cork - połyskujący chłodny brąz ze srebrzysto-fioletowym połyskiem
Rosy - Cień identyczny jak w paletce Salted Carmel. Topper przepełniony złotymi i różowymi iskierkami ale bez zadnego koloru
Party - Miedziane złoto, metaliczne i przepiękne!
Girl - metaliczny, przepełniony drobinkami róż z fioletowym tonem, bardzo mocno iskrzy
Bubbles - Nic nadzwyczajnego, biała perła, mocni błyszcząca
Drink - Jeden z trech matowych cieni w tej paltce. Chłodny beż, bardzo naturalny, cielisty
Champers - matowy cień bazowy o zwiększonej gramaturze, ciepły, waniliowy
| Toast, Sparkling, Flute, Drink, Champers |
| Truffle, Celebrate, Elegant, Party, Girl, Bubbles |
| Rosy, Cork, Pop, Farance, Pink Fizz |
Co myślicie o tej paletce? Spodobała wam się, czy to jednak niewypał, bo przyznać trzeba, ze Pink Fizz znacznie różni się od pozostałych paletek czekoladowych firmy Makeup Revolution
Dajcie znać co myślicie
Dzięki i do następnego :*
Instagram | Facebook | Zblogowani | Bloglovin | Nailpolis |
Makeup Revolution Naked Chocolate | Recenzja
Witajcie dziewczyny! Zacznę na słodko: kto z nas nie lubi czekolady? Zwłaszcza takiej niskokalorycznej? Dzisiaj po raz kolejny chcę pokazac wam czekoladkę zero kalorii. Tutaj [klik] pokazywałam wam mleczną czekoladkę od Makeup Revolution, dzisiaj, przychodzę do was z jedną z najnowszych paltek tego producenta - białą czekoladką Naked Chocolate. Mam ją już jakiś czas, i odkąd przyszła do mnie, używam codziennie, czuję się więc już na siłach wypowiedzieć kilka słów na jej temat.
Opakowanie po raz kolejny zwala z nóg swoją niepowtarzalną urodą. Biała czekoladka apetycznie rozpływa się po opakowaniu robiąc mi nieodparty apetyt na gorącą czekoladę :P Naprawdę ładnie wykonana, odlana precyzyjnie z ciężkiego, grubego plastiku, który zdołałby moim zdaniem ochronić cienie przy upadku. Trochę szkoda, że jest to plastik błyszczący, bo minimalnie się rysuje. Paletka niestety waży swoje, co będzie upierdliwe podczas przewożenia, ale mamy w niej duże, porządne lusterko, sprawdzi się więc poza domem.
Za paletkę należy zapłacić ok 40 zł w zależności od sklepu. Tak jak w poprzedniej, znajdziemy w niej 16 cieni o łacznej wadze 22g, co biorąc pod uwagę fakt, że dwa cienie są podwójnej gramatury, daje ok 1,2 g cienia. Tak samo jak w Death By Chocolate - powiększonymi cieniami jest jasny, matowy beż oraz rozświetlający jasny cień. Czyli cienie, któych teoretycznie powinnyśmy zużywać najwięcej. Reszta, to połączenie matów i pereł w głownie ciepłych odcieniach.
Bardzo lubię konsystencję cieni z tych paletek, mimo, że są to prasowance, to pod palcami są jakieś takie aksamitnie miękkie i kremowe. Mają świetną pigmentację i dobrze przyczepiają się zarówno do pędzla jak i do powieki. Mogą odrobinę się osypywać, ale ja juz nauczyłam się ile należy nabrać na pędzelek, żeby nie okazało się to za dużo. Łatwo się blendują i tylko minimalnie tracą kolor podczas rozcierania.
Trwałość jest jak na moje potrzeby zadowalająca. Nałożone bez bazy po całym dniu na zajęciach nie wyglądają już tak świeżo jak z samego rana, ale jeszcze nadają się do noszenia. Nie znikają calkowicie, chociaż pod koniec dnia już zdecydowanie widać, że jest ich mniej niż zostało nałożone i są mniej intensywne. Wystarczy jednak delikatna poprawka i wszystko wraca do normy. Myślę, ze jak w końcu zainwestuję w dobrą bazę pod cienie, to nie będą wymagały żadnej poprawki przez cały dzień.
W paletce znajduje się szesnaście cieni. Każdy z nich ma swoją unikatową
nazwę, która jest zapisana na folijce znajdującej się wewnątrz
opakowania. Gdy ułożymy folijkę równo w opakowaniu, nad każdym z cieni
będzie znajdowała się jego nazwa. Znajdziemy tutaj aż sześć cieni
matowych oraz dziesięć perłowych, mniej lub bardziej połyskujących - czasem wyglądających bardziej na satynę niż perłę.
Dodatkowo do opakowania mamy dołączoną dwustronną pacynkę do cieni,
która oczywiście nie nadaje się do niczego.
White - jeśli chodzi o nazwę to ten zaskoczył mnie najbardziej. Ciemny matowy brąz w kolorze gorzkiej czekolady! Piękny, tylko o co chodzi z tą nazwą???
Tob-le-rone - Drugi kolor typowo przejściowy. Matowy szarobrązowy kolor, tym razem chłodniejszy, mniej w nim różowych nutek, jest bardziej szary.
Double Dip - Perłowe złoto w typowo ciepłym, leciuteńko miedzianym odcieniu. Uwielbiam!
FrostedChoc - jeden z moich ulubionych kolorów. Ciepły, rdzawobrązowy cień, lekko rudy, lekko złotawy w podcieniu, bardzo błyszczący.
Buttons - Chłodniejszy od poprzednika ale równie ładny. Ciemniejszy, bardziej czekoladowy, daje piękną taflę na oczach. Mimo, że jest ciemny, niesamowicie rozswietla skórę.
Adorable - Cień bardzo zaskakujący dla mnie, ponieważ zupełnie inaczej wygląda na skórze niż w opakowaniu. Wygląda na dosyć ciepły, złotawy beż, a tak naprawdę jest to mroźna, lekko różowa biel. Sprawdza się jako rozświetlacz.
Divine - Bardzo modny ostatnio odcień rose gold. Ciepłe miedziane złoto z dużą nutą różu i może kropelką brzoskwini. Nie przepadam za różowymi odcieniami na powiekach, a ten jednak mi się podoba. Ładnie komponuje się z czystym złotem.
Smoothly- Cień o podwójnej gramaturze. Matowy, jasny, mleczny beż z chłodnymi różowymi nutami.
Way- Głupio się nazywa, ale uwielbiam go! Ma podwójną gramaturę. Jest to cudowne jasne złoto, uwielbiam go jakoś rozświetlacz na policzki i do rozświetlenia wewnętrznych kącików. Daje piękny efekt tafli.
Milky- fajny kolor przejściowy. Matowy, w chłodnej tonacji, bardzo jasny szarobrązowy odcień z lekko różowymi nutkami.
Suger - nazwałabym go satyną, bo nie jest to typowa perła, ciepły ciemny brąz z ceglastymi tonami z delikatniutkim różowym poblaskiem.
Sweet Shop- Piękny matowy cień w ciepłej tonacji, apatyczny kolor mlecznej czekolady.
Delight - Chłodny, szarawy ciemny brąz. Perłowy z różowawym połyskiem. Może to połączenie nie brzmi najlepiej, ale wygląda naprawdę efektownie.
Choc-Fest - Czerwonawy, buraczkowy odcień, trochę brąz, trochę bordo, może nieco oberżyna? Matowy, podoba mi się, ale boję się takich kolorów u siebie.
Dipped - tę nazwę na pewno znacie już z paletki Death By Chocolate. Nie są to jednak identyczne cienie, ten jest bardziej beżowy w odcieniu, bardziej złotawy w połysku, zdecydowanie mniej połyskujący. Bardzo go lubię w codziennich makijażach, niepozorny, a robi wrażenie.
Mocha Lover - Złotawy odcień brązu, bardzo mocno błyszczy! Lubię ten odcień, ale nie używam zbyt często.
Podsumowując: Za niewielkie pieniądze dostajemy pięknie wyglądającą paletkę o dobrze skomponowanej zawartości, świetnej jakości cieniami. Jest solidnie wykonana, ma duże lusterko i doskonale sprawdzi się w podróży. Zawiera zarówno matowe jak i błyszczące cienie, w ciepłych i chłodnych tonacjach, dzięki czemu jest niesamowicie uniwersalna. Sprawdzi się przy makijażu dziennym, wyjściowym, a nawet mocnym, wieczorowym. Fankom neutralnych makijaży na pewno się spodoba. Jedynie nazwy ma jakieś takie nieprzemyślane i nieciekawe, co mnie strasznie wkurza. Dodatkowo przepięknie pachnie- czekoladą, troszeczkę wanilią, odrobinkę capuccino. Mniam!
Kto z was ma już tę paletkę? Jak wam się podoba?



















