Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matte Liquid Lipstick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matte Liquid Lipstick. Pokaż wszystkie posty
Eveline Velvet Matt Lip Cream | Recenzja i Swatche wszystkich kolorów
W ubiegłym roku matowe pomadki podbiły serca wszystkich fanek makijażu. Firmy prześcigały się w tworzeniu nowych formuł i kolorów co i rusz wypuszczając na rynek kolejne produkty. Nic w tym dziwnego, gdyż matowe pomadki w płynie mają szereg zalet, dzięki którym biją klasyczne pomadki i błyszczyki na głowę. Jedną z ubiegłorocznych nowości na rynku były pomadki Eveline Velvet Matt. Wypuszczone na rynek w sześciu ciekawych odcieniach znikały w półek dość szybko, ale jakoś nie zrobiło się o nich wybitnie głośno. Moim zdaniem niesłusznie, bo jeśli czytałyście wpis o ulubieńcach roku 2016 to wiecie, że bardzo przypadły mi do gustu.
Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!
411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.
412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.
413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.
414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.
415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.
416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.
Czytaj dalej »
Lubię zaczynać recenzję od opakowania bo chociaż nie jest to najważniejsza rzecz w kosmetyku, to jednak jest pierwszą rzeczą jaką zauważamy podczas zakupów i często decyduje o tym, czy po dany produkt sięgniemy czy nie. Moim zdaniem opakowania pomadek Eveline Velvet Matt zachęcają do kupna. Są smukłe i podłużne jak opakowania błyszczyków. Opakowanie ze złotą nakrętką oklejone jest etykietą w kolorze zbliżonym do ocienia pomadki. Na naklejce oprócz niezbędnych rzeczy takich jak nazwa produktu czy skład nie znajdziemy dodatkowych udziwnień i ode mnie za to ogromny plus. Opakowanie jest ładne i wygodne, ale moje zastrzeżenia budzi fakt, że złote elementy wycierają się dość szybko, a etykieta, którą pokryte jest opakowanie odkleja się na rogach jeśli nosimy pomadkę w torebce.
Aplikacja pomadki przebiega dość szybko i sprawnie. Podoba mi się aplikator, ścięty z obu stron, lekko puchaty ale płaski. Nabiera dość dużą ilość pomadki, ale dzięki temu nie ma potrzeby dobierania kolejnej porcji produktu z opakowania. Formuła pomadki jest dość rzadka i nieco różni się w zależności od koloru. Jaśniejsze odcienie mają formułę nieco bardziej musową dzięki czemu nakładają się na usta cienką, równą warstwą. Ciemniejsze odcienie są rzadsze i podczas aplikacji mogą zdarzyć się lekkie prześwity.
Mimo, że niektóre kolory tworzą lekkie prześwity przy pierwszej warstwie to aplikacja jest moim zdaniem przyjemna. Nie ma problemu by dołożyć kolejną warstwę dla wyrównania krycia. Produkt w takiej sytuacji nie kawali się, kolejne warstwy wyglądają jakby połączyły się ze sobą. Dodatkowo aplikację ułatwia wspomniany wyżej aplikator na długim patyczku. Jest raczej nieduży i ładnie ścięty co pozwala mi wyrysować kształt ust bez konturówki.
Wykończenie na początku nie do końca do mnie przemówiło. Pomadki nie zastygają na idealnie suchy mat, który uwielbiam, ale pozostają leciutko satynowe i odrobinę się transferują. Przez to też ich trwałość nie jest taka, jak w moich ulubionych matowych pomadkach. Mimo to wytrzymują dość długo w dobrym stanie. Gdy już się zaczną zjadać nie tworzą wyraźnej krawędzi od wewnętrznej strony ust. Wycierają się dość ładnie i równomiernie. Jeśli kolor zetrze się od środka na przykład od gadania lub jedzenia, można dołożyć produktu tylko w tym miejscu i tym samym poprawić makijaż. Nie ma potrzeby zmywania całej pomadki.
Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!
411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.
412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.
413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.
414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.
415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.
416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.
Na koniec dodam jeszcze, że pomadki przepięknie pachną malinami. Dostępne są w Rossmannie w szafach Eveline i kosztują niewiele bo około 13 zł za sztukę. Myślę, że to rewelacyjna cena za dobrą jakość pomadki i wysoki komfort noszenia - tego odmówić im nie można! Pomadki przez cały czas noszenia nie czuć na ustach, nie jest sucha, ale też nie klei się. Dodatkowo nie wysusza ust tak bardzo jak niektóre matowe produkty do ust. Dla mnie jest to jakość przewyższająca sławne Bourjois REV w dodatku za ułamek ceny!
Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(
Dzięki i do następnego :*
Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(
Dzięki i do następnego :*
Ulubieńcy Roku 2016 - Makijaż
Witajcie!
Wiem, że ostatnio mało mnie tutaj, ale jak zapewne u wielu z Was - sesja zbliża się wielkimi krokami. Egzaminy, zaliczenia i ostatnie korekty przed zdaniem do oceny projektów - jest nad czym pracować i niestety doba staje się za krótka.
Dlatego więc dopiero w połowie stycznia pojawiam się z podsumowaniem całego ubiegłego roku pod względem kosmetycznym. Nie pojawią się tu kosmetyki ze wszystkich kategorii, a tylko te, które naprawdę chwyciły mnie za serce swoim działaniem. Na pierwszy rzut oka możecie zobaczyć, że 2016 był rokiem konturowania i matowych pomadek!
Zaczniemy może od tej bardziej różnorodnej kategorii produktów do twarzy i oczu.
Moim absolutnym hitem - i widać to od razu chociażby po zużyciu - jest malutka paletka czterech produktów do konturowania z Kobo. Mamy tu cztery matowe produkty w pudrze. Dwa matowe bronzery cudownie się rozcierają, dają ładny, chłodny cień na twarzy i nie są zbyt mocno napigmentowane, więc trudno nimi o plamy. Idealnie nadają się do podkreślania rysów twarzy i wyostrzania konturów. Jasny puder, w którym jestem zakochana absolutnie i po uszy doskonale sprawdzał mi się do pudrowania okolicy pod oczami by ją jeszcze bardziej rozjaśnić i do konturowania nosa. Najmniej przypadł mi do gustu róż, który chociaż ładny i dość uniwersalny to jednak nie wpisuje się w moje codzienne upodobania.
Kolejne dwa produkty, to znów Kobo i znów konturowanie. Tym razem jednak na mokro. Kredki te widziałam i macałam chwilę po tym jak pojawiły się na rynku, ale długo nad nimi myślałam. Z jednej strony byłam zachwycona trwałością swatchy na dłoni, z drugiej nie byłam przekonana do konturowania twarzy mokrymi produktami. Gdy się wreszcie zdecydowałam na zakup miałam do nich mieszane uczucia, ale odkąd nauczyłam się pracować z taką formułą, mój makijaż zyskał zupełnie nowe oblicze i nawet zaczęłam lubić swój nos!
Następne produkty to już coś do oczu. Odżywka do rzęs od Eveline trafiła do mnie podczas konferencji Meet Beauty i pewnie jest znana wielu z Was - to odżywka w formie tuszu, którą ja polubiłam w roli bazy. Nie zauważyłam by widocznie poprawiła kondycję rzęs, ale pięknie się na niej rozprowadza mascarę. Drugi produkt to barwiony żel do brwi. Jego akurat dorwałam podczas konferencji See Bloggers. Ładnie utrwala włoski i nadaje im lekkiego koloru. Idealna opcja dla kogoś, kto nie lubi mocnych, wyrysowanych brwi.
Ostatni produkt, zanim przejdziemy do pomadek to stosunkowo nowa rzecz. Trafiła do mnie w grudniu i od razu mi się spodobała. Jest to paletka Lovely Nobody's perfect... but me! Teoretycznie jest to paletka trzech rozświetlaczy. Jak pewnie wiecie ja nie przepadam za mocnym rozświetlaniem twarzy ale odrobinka tego jasnego złotka na policzkach i nad ustami wygląda cudownie i świeżo. Przede wszystkim jednak zakochałam się w środkowym wkładzie, który miał być różowym rozświetlaczem a okazał się lekko połyskującym różem w chłodnym odcieniu idealnym na zimowe dni. Cudeńko i naprawdę polecam sprawdzić.
Przejdźmy teraz do tej obszerniejsze kategorii czyli do matowych pomadek w płynie. Jak widać, w ubiegłym roku odkryłam ich trochę.
Najstarszym z moich odkryć są pomadki Golden Rose Liquid Matte Lipstick. W maju nabyłam trzy odcienie widoczne na zdjęciach i formuła absolutnie mnie oczarowała. W 2016 roku sięgałam po nie bardzo często i myślę, że i w tym roku się to nie zmieni. Co więcej, planuję powiększenie swojej kolekcji o kolejne kolory, zwłaszcza, że niedawno wyszło pięć nowych odcieni!
Odkryciem numer dwa jest absolutnie cudowna pomadka Inglot HD matte, którą dostałam od siostry na imieniny. Nie jest to najtańszy produkt w mojej kolekcji, dlatego jeszcze się jakoś nie zebrałam i nie pokusiłam o uzupełnienie zapasów o inne kolory, które mi się podobają, ale formuła jest idealna więc prędzej czy później w mojej kosmetyczce zagoszczą w liczniejszej grupie.
Ta gromadka to kolejne odkrycie z konferencji See Bloggers. Miałam tam okazję ówczesną nowość marki Eveline - Velvet Matt Lip Cream. Mimo, że nie dają tak suchego matu jak pomadki Inglot czy Golden Rose, to jednak polubiłam je na tyle, by kupić wszystkie dostępne kolory! Ich piankowa formuła gładko rozprowadza się na ustach i niezwykle komfortowo nosi, a w przeciwieństwie do innych pomadek o podobnej formule są trwałe i mają intensywne kolory.
Ostatni ulubieniec to również stosunkowo świeży produkt. Pomadki Lovely K-lips chyba nikomu nie muszę przedstawiać - jeśli ktoś jej nie zna to niech natychmiast się przyzna w jakiej jaskini i na jakim odludziu spędził ostatnie miesiące. Nie będę wnikać w kwestie, które zajmują wiele osób, a mianowicie czy to podróbka innego produktu czy nie - mnie to nie interesuje bo pomadka jest świetna. Dokładnie taka jak lubię czyli absolutnie matowa i trwała. No i ciągle wykupiona, chciałabym dorwać jeszcze inny kolor ale nie wiem czy kiedyś będzie mi dane.
To już wszyscy ulubieńcy. Dajcie znać, co ciekawego z kategorii makijażu spodobało się Wam w ostatnim czasie.
Trzymajcie za mnie kciuki w czasie sesji!
Dzięki i do następnego :*
Bell Moroccan Dream Matowe Pomadki w Płynie
Witajcie!
Matowe pomadki są od jakiegoś czasu hitem, szturmem zdobywają blogosferę i serca klientek! Marki prześcigają się w wypuszczaniu nowych serii, co raz lepszych formuł i co raz piękniejszych kolorów. Ostatnio nowości w tej kategorii jest co raz więcej i produkty tego typu są co raz lepiej dostępne. Ostatnio linię sześciu matowych pomadek w płynie znajdziemy także w Biedronce, a to za sprawą nowej linii kosmetyków wypuszczonej przez Bell czyli Moroccan Dream.
Całej linii Moroccan Dream nie można odmówić uroku. Opakowania są niby proste i klasyczne. Żadnych udziwnień, proste opakowanie- w tym przypadku jest to podłużna buteleczka z grubego plastiku wyglądająca jak standardowe opakowanie błyszczyków. Wszystko to ozdobione złotymi napisami, które na razie - mimo noszenia w torebce - się nie wytarły. Ze złotymi akcentami w kosmetykach trzeba uważać, bo często wyglądają tandetnie, ale tu wszystko jest wyważone i nie wygląda źle. Dodatkowego uroku dodaje im biała nakrętka przepięknie ozdobiona precyzyjnym złotym wzorem. Przypomina mi on wzory malowane henną. Jest przepięknie nadrukowany, precyzyjny i drobiazgowy, patrzenie na niego to sama przyjemność.
Konsystencja tego produktu jest dość rzadka. Nie tak piankowa i gęsta jak w większości zastygających pomadek, jest naprawdę niemal całkowicie płynna. Moim zdaniem mogłaby być bardziej piankowa, gdyż gąbeczkowy aplikator charakterystyczny dla błyszczyków nabiera produktu niewiele i bardzo cieniutką warstwą rozprowadza na ustach. Ilość, którą wydobywamy z opakowania raczej nie wystarcza na pokrycie całych ust i wymaga ponownego nabrania produktu z opakowania.
Płynna konsystencja pomadki Bell Moroccan Dream sprawia też, że nie jest ona jakoś zabójczo napigmentowana. Do pełnego krycia na moich ustach wymaga nałożenia dwóch warstw. Na szczęście nie wpływa to na komfort noszenia ani na trwałość ponieważ nakładamy tak cieniutkie warstwy, że przy nałożeniu dwóch nie można tu mówić o nadmiarze produktu na ustach. Druga warstwa jest też konieczna ponieważ pierwsza robi nieestetyczne smugi. By ich uniknąć aplikacja musi być bardzo równomierna i dokładna. Trzeba tę pomadkę nakładać bardzo ostrożnie i z dużą uwagą. Zdecydowanie nie jest to opcja do nakładania gdy się spieszymy.
Początkowo pomadka daje mokre, lśniące wykończenie, dopiero po jakimś czasie zastyga na całkowity mat. Czas zasychania może być dla niektórych męcząco długi, bo pomadka naprawdę wymaga długich paru minut by zastygnąć całkowicie. Jednak biorąc pod uwagę skupienie i dokładność z jaką należy nakładać tę pomadkę na usta długi czas zastygania jest plusem ponieważ daje nam czas na poprawki i dokładne rozprowadzenie produktu na wargach.
Gdy pomadka w końcu zastygnie daje naprawdę matowe wykończenie i to z kategorii tych, które lubię - nie jest to aksamitne, welwetowe wykończenie tylko mocny, suchy mat, który uwielbiam. Nałożona na dłoń jest nie do zdarcia, trzyma się uparcie skóry i nawet mocne pocieranie nie jest w stanie ruszyć jej z miejsca. Niestety na ustach już nie jest tak kolorowo. Pomadka w kontakcie z nawet minimalną ilością wilgoci od razu zaczyna się nieestetycznie wycierać. Podczas mówienia widoczna jest wyraźna granica odcinania się pomadki. Można temu zaradzić nakładając jej odrobinę mniej bliżej wewnętrznej krawędzi ust - niemniej wspominam żebyście mieli świadomość, że taka sytuacja może mieć miejsce. W innych sytuacjach także nie grzeszy ona trwałością - wystarczy napić sie wody by pomadka zaczęła się wycierać i znikać z ust. W dodatku zjada się bardzo nierównomiernie. Robią się nieestetyczne smugi i "zacieki", w jednych miejscach pomadka trzyma się dalej, w innym schodzi całkowicie przez co na ustach mamy plamy z pomadki. Nie wygląda to ładnie. Oczywiście dla wielu osób może to być po prostu naturalne, że pomadkę trzeba poprawiać kilkukrotnie w ciągu dnia i ja sama sięgam po nią własnie wtedy, gdy wiem, że będę miała czas i możliwość dokonać poprawki. Mimo wszystko jeśli ktoś wybiera mat nie ze względów estetycznych, a ze względu na trwałość to z tej pomadki nie będzie zadowolony.
Jak już wspomniałam gama kolorystyczna zawiera w sobie sześć odcieni. Numer jeden to jasny odcień brązu, bardzo modny w tym sezonie ale nie każdemu będzie dobrze w takim kolorze. W rzeczywistości jest ciemniejszy niż na zdjęciu. Numer dwa to przepiękny przygaszony róż, jasny i pudrowy, ale nie "lalkowy". Z pewnością będzie pasował blondynkom. Zdjęcie na skórze nie oddaje go zbyt dobrze, kolor lepiej jest oddany na zdjęciu aplikatora. 03 to ideał, przygaszony, ciemny. Taki brudny róż z nutami fioletu, strasznie mi się podoba, niestety nigdzie nie mogę go dorwać co chyba świadczy o tym, jak udany jest to kolor. Zdjęcie na skórze ładnie oddaje jego urok. 04 to odcień malinowej czerwieni. Zdecydowanie nie jest to róż. Jest to czerwień pomieszana z różem, w chłodnej tonacji, która będzie cudownie wybielać zęby. Na zdjęciu wyszła nieco ciemniej. Na żywo jest jaśniejsza i może minimalnie bardziej czerwona, ale wydaje mi się, że zdjęcie powinno dobrze oddawać kolor. 05 Mnie kusił, ale zrezygnowałam bo mam już takie odcienie w swojej kolekcji. Mocny fuksjowy róż, chłodny i intensywny. Zdecydowanie kolor dla odważnych, nie da się obok niego przejść obojętnie! On też wyszedł odrobinę ciemniej na skórze. Ostatni to numer 06 i jest on pięknym odcieniem, który kojarzy mi się z wiosną. Nie wiem jak go nazwać- jasny koral czy ciemniejsza brzoskwinia? Jest to taki róż z pomarańczowymi tonami, bardzo łady i bardzo świeży. Zdjęcie na skórze bardzo go przekłamuje, ale zdjęcie aplikatora chyba idealnie odwzorowuje kolor.
Na opakowaniu nie dopatrzyłam się ile produktu otrzymujemy w jednym opakowaniu, ale na moje oko może to być około 6 ml. Pomadka kosztuje 8.99 i jest dostępna w szafach Bell w sieci sklepów Biedronka. Pachnie owocowo, ale trochę sztucznie i jeśli dostanie nam się do ust jest obrzydliwa w smaku.
Ogółem miałam nadzieję, że seria Bell Moroccan Dream będzie to łatwo dostępny i tańszy zamiennik innych pomadek matowych niestety nie jest to najtrwalsza pomadka na rynku. Nie jest zła i nosi się nie najgorzej, ale wymaga licznych poprawek w ciągu dnia i jest ciężka w aplikacji. Nie polecam jej też poprawiać poprzez dokładanie bo zbyt gruba warstwa wygląda bardzo nieciekawie, więc do poprawek potrzebujemy czegoś, czym można pomadkę zmyć.
Dajcie znać czy macie pomadki z serii Moroccan Dream i jak się spisują na waszych ustach. Jeśli macie swoje ulubione pomadki matowe to chętnie się dowiem jakie to i być może przetestuję na sobie.
Dzięki i do następnego :*
NEW IN |Listopad 2015
Witajcie! Dawno nie było tu wpisu z zakupami. Nie dla tego, że nic nowego mi nie przybyło, ale raczej z braku czasu. Natłok obowiązków związanych z przeprowadzką oraz niedawnym rozpoczęciem studiów sprawiły, że ciężko mi było systematycznie robić zdjęcia zakupionych produktów a o pamiętaniu żeby je zapisać. Tak, mam listę, na której zapisuję nowe nabytki, żeby potem niczego nie pominąć przy poście zakupowym. Lista z ostatnich miesięcy uzupełniana była bardzo chaotycznie, a po przyjrzeniu się jej okazało się że poza kilkoma rzeczami, których recenzje się już pojawiły i produktami ze współprac, nic ciekawego do mnie nie trafiło. Wracam jednak di systematycznych postów z zakupami kosmetycznymi, gdyż bardzo lubię takie oglądać u innych, mam wrażenie, ze i na moim blogu cieszą się sporym zainteresowaniem, a poza tym bardzo lubię je pisać.
W listopadzie trafiło do mnie naprawdę sporo ciekawych produktów. Zapewne nie tylko do mnie, czemu winne są Rossmannowe promocje. I od zakupów z Rossmanna zacznę.
W pierwszym tygodniu naprawdę poszalałam. Do koszyka wpadły mi dwie matowe pomadki Wibo Million Dolars Lips, o których możecie poczytać tutaj. Chwyciłam też za swój pierwszy egzemplarz Bourjois Rouge Edition Velvet.Na początek zdecydowałam się na numer 11 i jak na razie uważam że wszelkie zachwyty na ich temat są lekko przesadzone. A jak już jest tak matowo to dla ochrony ust wzięłam wiśniową pomadkę z Nivea. Nie jest tak fajna jak truskawkowa, ale do torebki będzie jak znalazł.
Neonowy róż z L'Oreal nie jest z Rossmanna, ale jak już załapał sie na zdjęcie to wspomnę, ze kolor jest obłędny!
Lakierów o dziwo nie zgarnęłam aż tak dużo. Pastelowy dziewczęcy róż z Lovely przyda się, bo brakowało mi takiego koloru w kolekcji. Tak samo jak zwykłej czerni, wzięłam więc na spróbowanie matową czerń z Miss Sporty. Brokat z tej samej firmy to już zwykła zachcianka.
W drugim tygodniu skupiłam się na rzeczach potrzebnych lub co najmniej przydatnych. Przede wszystkim zrobiłam dość spontaniczny zapas tuszu do rzęs. Sięgnęłam po tusz Wibo Growing Lashes, którego używałam ostatnio oraz chwalony przez wiele osób Lovely Curlig pump up. Zaszalałam, bo we wrześniu otworzyłam nowe opakowanie tuszu, miałam jeden nowy egzemplarz a dokupiłam kolejne trzy. Skusiłam się też w końcu na dwa kolory Colour Tattoo które bardzo mi się podobały. Niniejszym moja tatuażowa rodzinka trochę się rozrosła. Uzupełniłam też brakujące kolory kredek. Białą Miss Sporty, brązową i czarną wibo, a z ciekawości też rozświetlający kajal.
Z zachcianek pojawił się srebrny eyeliner wibo.
W ostatnim tygodniu zachcianka była tylko jedna i był nią róż wibo smooth wear. Korektor astor perfect stay to efekt poszukiwania idealnego korektora. Krótko się znamy, ale wróżę nam długi romans. Puder Lirene City Matt to nowość która skusiła mnie jasnym kolorem i faktem, ze mój ulubieniec był wykupiony. Na szczęście Rimmel Stay Matte udało mi się kupić w drogerii w innym mieście. Tym razem zapanowałam nad sobą i jeden puder kupiłam sobie a drugi mamie.
Poza zakupami z Rossmanna poczyniłam też różowe zakupy w innych miejscach. Promocje w Naturze, na szczęście dla mojego portfela, jakoś mnie nie kusiły i wpadł mi tylko róż Catrice. Pozostałe dwa zachwyciły mnie cudownymi tłoczeniami. Znalazłam je w małej prywatnej drogerii w moim rodzinnym mieście.
W tym miesiącu przyjechały też do mnie zamówione już dosyć dawno matowe pomadki. Niewiele mam na razie do powiedzenia, ale ciemniejszy kolor to jest to, czego poszukiwałam od dawna!
Nie powiem ze to by było na tyle bo to aż tyle. Sporo, ale dałam sie ponieść promocjom. Dajcie znać jeśli któryś z tych produktów znacie, chętnie poznam wasze opinie.
Dzięki i do następnego :*
Instagram | Facebook | Zblogowani | Bloglovin | Nailpolis |
Kobo Matte Liquid Lipstick | Recenzja
Wiecie, że uwielbiam matowe pomadki? Wiecie, na pewno wiecie, bo mówię o tym przy każdej okazji. Nie wiecie natomiast jak bardzo byłam nagrzana na pomadki Kobo Matte Liquid Lipstick! Na pewno tego nie wiecie, bo ja sama nie umiem opisać jak ogromnie ich porządałam odkąd tylko zobaczyłam zapowiedzi w necie. Czatowałam na nie przy szafie Kobo i dorwałam jak tylko się pojawiły. Wybrałam sobie dwa kolory i pognałam z tą zdobycza do domu żeby napawać się zwycięstwem i powiększeniem mojej matowej kolekcji!
Taaaa... To teraz Wam powiem co o nich myślę. W Gdańsku pogoda jest wręcz wisielcza więc idealna na taką recenzję.
Kojarzycie wpis o różu z Wibo Boutique de Beaute? Ten, w którym narzekałam, ze firma robi ludzi w ... wiadomo co? [klik] No to tym razem znów coś w tym guście. Po raz kolejny po prostu nie pisałabym nic, bo pisanie negatywnych recenzji nie jest moim ulubionym zajęciem, ale kolejny raz czuję sie wprowadzona w błąd. Od razu powiem dlaczego. z matem te pomadki nie mają nic wspólnego! Na wszystkich mozliwych mediach społecznościowych Kobo nazywa swoje pomadki matowymi. Na opakowaniu mamy jasny i wyraźny napis Matte, także z tyłu opakowania jest wspomniane o matowym efekcie. No i co? Jajco, że tak się wyrażę. No chyba, że "matowa" miała oznaczać, że nie ma w sobie drobinek, ale zazwyczaj mówi się wtedy "kremowa", albo najzwyczajniej w świecie "pomadka w płynie". Bo matowa to znaczy, że matowa, taka sucha, nieklejąca, zastygająca, która na niczym się nie dobija i nie wygląda jak błyszczyk. No chyba, ze ja mam jakis wypaczony pogląd. Jak tak to sorry, zapomnijcie o tej recenzji!
Opakowania mają ładne. Nieduże, proste. Z przezroczystego plastiku, dzięki czemu widzimy na żywo kolor i stopień zużycia. Bez zbędnych ozdób; logo marki, nazwa produktu, z tyłu niezbędne informacje. Wszystko prostymi czcionkami. Do tego zakrętka z półmatowego plastiku, czarna, zaokrąglona na górze. W środku ścięty gąbeczkowy aplikator, standardowy dla większości produktów tego typu. Naprawdę cieszą oko.
Mają konsystencję gęstego kremowego błyszczyka. Nie obudziło to mojej podejrzliwości, bo mam pomadki matowe (chociażby te z Lovely w starej formule), które konsystencję mają bardzo podobną. Naprawdę byłam przekonana, że po kilku minutach zastygną. Nie zastygły. Pod wpływem ciepła warg stały się jeszcze bardziej płynne. Pozostają mokre przez cały czas, włosy się do nich kleją, zostawiają ślady na wszystkim czego dotkniecie ustami... Okropność!
Co idzie za tym, że się jeszcze bardziej topią, rozlewają się. Potrafią się brzydko wylać za kontur ust, zbierać w załamaniach warg, robią się zacieki... no po prostu coś strasznego! Oczywiście, jeśli nałożymy ich odrobinkę to tego problemu nie będzie, ale pigmentacją to one nie powalają, więc jeśli odciśniemy nadmiar na chusteczce (nadmiar? Po przyłożeniu chusteczki wsiąka w nią niemal wszystko!) to koloru nie uzyskamy. Kryją przy większej ilości, ale wtedy, jak powiedziałam wyżej, trzeba pilnować, żeby się nie rozlały.
Nie wypowiem się czy sa trwale. Pewnie jak nałożymy niewiele to będzie jakiś tam kolor dopóki nie będziemy jeść czy pić. Może po obrysowaniu konturówką albo nałożeniu ich na mega trwały produkt coś się uda z nich wykrzesać, ale na razie jestem załamana.
Naprawdę szkoda, że to taka wielka ściema z tym matem bo kolory sa naprawdę swietne, ja mam dwa, ale w gamie jest sześć i gdyby były naprawdę matowe i trwałe to kupiłabym wszystkie.
Kolor 404 Litchi Yoghurt, to taki fajny koralowy ciepły odcień. Trochę w nim czerwieni, trochę malinowego różu, nieco pomarańczu. Prawdziwy koral, który rewelacyjnie wygląda przy ciepłym typie urody. Elegancko, ale nie pretensjonalnie, nada się na dzień dla osób lubiących kolory. Świetnie ożywia cerę.
406 Raspberry Shake to dla odmiany mega mocny kolor. Prawdziwa dająca po oczach fuksja! Zimna, z wyraźnymi fioletowymi tonami. To kolor dla odważnych, takiego mi brakowało!
Cena za ten kosmetyk jest niewielka, bo zaledwie 15 zł, a mamy tu az 9 ml produktu. Sporo jak na szminkę, nie będzie łatwo ją wykończyć. Ogólnie cała gama składa się ze świetnych kolorów, te dwa to po prostu moi faworyci. No tylko z konsystencją jest nie bardzo, bo nawet na zdjęciu możecie zauważyć, że pomadka zaczęła się rozlewać po dłoni. Niefajnie, ale liczę na to, że znajdę na nie sposób bo są piękne!
Dzięki i do następnego :*
Instagram | Facebook | Zblogowani | Bloglovin | Nailpolis |









