Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bell. Pokaż wszystkie posty
Matowe pomadki Bell Matte Liquid Lips z Biedronki | Recenzja
Witajcie!
Jak czujecie się po świątecznych przyjemnościach? Mam nadzieję, że atmosfera przy stołach była magiczna, a jedzonko pyszne. Oby poszło w cycki! Mam też nadzieję, że zdążyłyście wypocząć i zrelaksować się w gronie najbliższych. Ja zdążyłam więc przychodzę z nową energią i chęcią do działania.
A dzisiaj konkretnie z recenzją kolejnego biedronkowego hitu czyli matowych pomadek w płynie od Bell. Pamiętacie serię Moroccan Dream, która zdobyła serca klientek w czasie wakacji? Tym razem może być podobnie więc radzę się pospieszyć. Seria Bell Matte Liquid Lips zapowiada się jako godna następczyni wakacyjnej edycji.
Jak zawsze zacznę od opakowania bo to najprościej ocenić, a wbrew pozorom jest bardzo ważną częścią kosmetyku. Tu nie ma się do czego przyczepić, ale też nie ma zachwytów. Buteleczka wykonana z błyszczącego, dość grubego plastiku. Design nie powala na kolana, jest dość przeciętny, ale nie razi w oczy więc nie wstydziłabym się wyjąć pomadki w miejscu publicznym. Czarna zakrętka zakręca się do końca, nic nie wycieka, nie wypływa, nie trzeba się szarpać żeby pomadkę otworzyć czy dokładnie zamknąć. Obawiam się jednak, że napisy mogą się ścierać.
Opakowaniem się nie zachwycałam, ale pieśni pochwalne pojawią się pod adresem formuły. Dość rzadka pomadka rozprowadza się na ustach cienką, ale dobrze kryjącą warstwą. Zaledwie jeden kolor zauważyłam, żeby smużył, cała reszta rozprowadza się pięknie. Nie trzeba się wiele napracować, aby pomadka ładnie wyglądała na ustach. Rozprowadza się równomiernie i naprawdę ładnie wygląda.
Niestety fajna formuła i dobra pigmentacja nie wystarczą by pomadką łatwo się malowało. Potrzebny jest jeszcze dobry aplikator, a do tego mam jednak mieszane uczucia. Na zdjęciach widać, że jest on dość szeroki i puchaty, a na środku ma wgłębienie, w którym zbiera się produkt podczas wyjmowania aplikatora z opakowania. Z jednej strony to fajne bo szybko się nim maluje i zawsze mamy na aplikatorze taką samą, wystarczającą ilość produktu. Z drugiej jednak strony dość trudno pracuje mi się z tym aplikatorem, żeby precyzyjnie wyrysować usta potrzebuję jednak czasu i skupienia.
Na plusa zasługuje trwałość bo jednak dość dobrze trzymają się ust. Gdy zastygną stają się odporne na ścieranie, nie transferują się. Oczywiście nie jest to najlepsza trwałość z jaką miałam do czynienia bo jednak posiłku, czy nawet dużej ilości picia nie wytrzymają nienaruszone, ale za tą cenę chyba nikt nie wymaga od produktu nienagannej trwałości. Polecam wybierać tę pomadkę, gdy wiemy, że znajdzie się czas na poprawki. Z pewnością będą niestety dość częste ponieważ formuła jest bardzo nietrwała w kontakcie z czymkolwiek wilgotnym.
Kolorów tym razem jest pięć i są bardzo podobne do poprzedniej serii. Numer 01 (od prawej) to modny odcień nude. Trochę beżowy róż, nutka brązu. Dość ładny i uniwersalny. 02 jest identyczny jak w serii Moroccan Dream. Jasny pudrowy róż, trochę w stylu lalki Barbie. Zdecydowanie chłodny, będzie pięknie wyglądał na blondynkach. 03 Będzie hitem dzięki swoim chłodnym, szarawym nutom. To taki róż z szarością i fioletem. Jest chłodny ale nie siny więc z pewnością będzie pierwszym wyborem wielu kobiet. Czwarty kolor to niezbyt oczywista czerwień. Z jednej strony dość ciepła, ale mająca w sobie sporo różowych nut. Ostatni kolor to dość ciepły odcień fuksji.
Dla wszystkich maniaczek matowych pomadek dodam, że jest to prawdziwy mat. Nie taki udawany trochę-mat, pół-mat. Wykończenie jest naprawdę matowe ale też nie jest jakieś niekomfortowe, przynajmniej dla mnie. Nie zaobserwowałam żeby szczególnie wysuszały usta nawet przy częstym noszeniu.
Pomadki możecie dostać w Biedronkowych szafach Bell za cenę 8.99. Nie wiem dokładnie ile produktu jest w opakowaniu, ale myślę, że wcale nie tak mało, także cena nie jest wygórowana.
Dajcie znać, czy miałyście te pomadki, albo czy jesteście nimi zainteresowane.
Dzięki i do następnego :*
NEW IN | Czerwiec 2016
Witajcie!
Nie wierzę jak szybko skończył się ten miesiąc. To, że był bardzo intensywny - sesja to dla studenta ciężki okres - nie usprawiedliwia tego miesiąca by zlecieć tak szybko! Czas minął mi tak niepostrzeżenie, że nawet nie zdążyłam zrobić zbyt wielkich zakupów. Chociaż może się do małych zakupów przyczynić też fakt, że miałam w tym miesiącu spory wydatek! Zapewne te z Was, które obserwują mnie na snapchacie (serdecznie zapraszam: arnell_nailart) oraz na instagramie (arnell_nail_art) zauważyły, że ostatnio częściej się tam udzielam! Wszystko za sprawą nowego nabytku, czyli telefonu, który zastąpił mojego staruszka, a mi dał nowe możliwości i nową jakość! Ale nie o telefonie tu dzisiaj - chociaż jakby ktoś był ciekawy to model HTC Desire 825 jest na rynku od niedawna i zapewne mało jest o nim opinii więc mogę coś tam o nim powiedzieć, gdyż kupiłam go kilka dni po Polskiej premierze. No ale miało być o zakupach więc przejdźmy już do nowości!
Pierwszy poczyniony przeze mnie zakup jest tak prozaiczny, że nie pokazywałabym go Wam, gdyby nie fakt, że niesamowicie mi się spodobał. Jest to antyperspirant Garnier Neo, który zakupiłam na promocji w Drogerii Natura za niemal symboliczne 9 złotych. Fantastycznie mi się go używa i jeśli tak jak ja nie rozumiałyście dlaczego blogerki tak chętnie go opisują to sprawdźcie na sobie! Ja już się nie dziwię.
O kolejnym zakupie także mogliście już poczytać i to całkiem niedawno. Są to dwie matowe pomadki marki Bell dostępnej w Biedronce. Nowe seria kosmetyków Moroccan Dream zachwyca nie tylko opakowaniami, ale też kusi sześcioma odcieniami matowych pomadek w niesamowicie niskich cenach. Kusiły mnie wszystkie kolory, ale na próbę kupiłam dwa, które już pokazywałam TUTAJ. Nie są rewelacyjnej jakości, ale w cenie 8.99 nie ma co spodziewać się cudu. Noszę, używam, ale więcej kolorów nie kupię.
I znów rzecz, o której już pisałam na blogu czyli JoyBox. Jak już wspominałam, nigdy nie miałam styczności z pudełkami kosmetycznymi, chociaż niejednokrotnie podobała mi się zawartość niektórych boxów. Na JoyBoxa skusiłam się nie tylko dlatego, że od początku znamy zawartość boxa, a nawet część kosmetyków możemy wybrać sami z dostępnej gamy! Postanowiłam się skusić także dlatego, że było to pudełko zawierające wyłącznie naturalne kosmetyki! W dodatku znalazły się tu marki, które już od jakiegoś czasu miałam ochotę wypróbować więc nie zastanawiając się długo kliknęłam swoje pudełeczko i nawet jestem zadowolona z jego zawartości! Wpis, w którym pokazywałam Wam zawartość mojego Boxa i napisałam kilka słów pierwszego wrażenia o niekórych kosmetykach znajdziecie TUTAJ.
Znacie to uczucie, kiedy dzwoni do Was kurier poinformować, że zaraz do Was wpadnie z paczką i to kilkanaście minut ekscytacji i podniecającego oczekiwania na dzwonek do drzwi? To wyobraźcie sobie moje podekscytowanie, kiedy oczekiwałam na kuriera mimo, że nie spodziewałam się w najbliższym czasie żadnych przesyłek! Niespodziewaną przesyłką okazała się paczuszka od Marki Lirene, w której znalazłam kremy z najnowszej serii Pro Vita D, które bardzo chciałam przetestować oraz cudownie pachnący peeling! O kremach jeszcze się nie wypowiem bo za krótko ich używam by mieć jakąś konkretną opinię, ale ten peeling jak tylko gdzieś zobaczycie musicie brać! Koniecznie!
Jednym z chętniej odwiedzanych wpisów na moim blogu jest post o 10 najpiękniejszych paletkach nude, który możecie znaleźć TUTAJ. Pokazałam w nim - wtedy jeszcze niedostępną w Polsce paletkę Maybelline The Nudes, która zachwyciła mnie na zdjęciach na Instagramie, więc gdy tylko zauważyłam tę paletkę w Rossmannie i to jeszcze na promocji musiałam ją złapać! Niedługo napiszę o niej więcej, na razie powiem tylko, że trochę się zawiodłam kolorami, na zdjęciach wyglądały na cieplejsze.
Ostatnie zakupy to kompletne pierdoły ze sklepu w stylu "wszystko po 5 zł". Udałam się do tego przybytku ponieważ złamał mi się kij od szczotki (nie żebym próbowała nim komuś przyłożyć) toteż konieczny był zakup kolejnego, a w sklepie z pierdołami jest najtaniej. Przy kasie jednak okazało się, że kartą można płacić powyżej 10 zł, więc musiałam coś jeszcze dobrać do zakupów - gotówki nie noszę, a do bankomatu daleko. Tak się jakoś złożyło, że wylądowałam przy pojemniku z lakierami i ozdobami do paznokci i tam wygrzebałam dwa jogurtowe lakiery Delia, które kiedyś bardzo mi się podobały, ale nie mogłam ich nigdzie dorwać! Oprócz tego sam wpadł mi w ręce szary marmurek i to neonowe cudo! Syrenka w kolorze neonowej zieleni! Jak to będzie działać, to wracam do tego sklepu i wykupię wszystkie kolory, które tam były!
No i to by było na tyle! Nic w tym miesiącu nie planowałam kupować, bo wydałam całkiem sporo na telefon i nowe buty, ale już jakoś tak jest, że różne rzeczy same wpadają mi w ręce!
Dajcie koniecznie znać co fajnego kupiłyście w minionym miesiącu!
Dzięki i do następnego :*
I znów rzecz, o której już pisałam na blogu czyli JoyBox. Jak już wspominałam, nigdy nie miałam styczności z pudełkami kosmetycznymi, chociaż niejednokrotnie podobała mi się zawartość niektórych boxów. Na JoyBoxa skusiłam się nie tylko dlatego, że od początku znamy zawartość boxa, a nawet część kosmetyków możemy wybrać sami z dostępnej gamy! Postanowiłam się skusić także dlatego, że było to pudełko zawierające wyłącznie naturalne kosmetyki! W dodatku znalazły się tu marki, które już od jakiegoś czasu miałam ochotę wypróbować więc nie zastanawiając się długo kliknęłam swoje pudełeczko i nawet jestem zadowolona z jego zawartości! Wpis, w którym pokazywałam Wam zawartość mojego Boxa i napisałam kilka słów pierwszego wrażenia o niekórych kosmetykach znajdziecie TUTAJ.
Znacie to uczucie, kiedy dzwoni do Was kurier poinformować, że zaraz do Was wpadnie z paczką i to kilkanaście minut ekscytacji i podniecającego oczekiwania na dzwonek do drzwi? To wyobraźcie sobie moje podekscytowanie, kiedy oczekiwałam na kuriera mimo, że nie spodziewałam się w najbliższym czasie żadnych przesyłek! Niespodziewaną przesyłką okazała się paczuszka od Marki Lirene, w której znalazłam kremy z najnowszej serii Pro Vita D, które bardzo chciałam przetestować oraz cudownie pachnący peeling! O kremach jeszcze się nie wypowiem bo za krótko ich używam by mieć jakąś konkretną opinię, ale ten peeling jak tylko gdzieś zobaczycie musicie brać! Koniecznie!
Jednym z chętniej odwiedzanych wpisów na moim blogu jest post o 10 najpiękniejszych paletkach nude, który możecie znaleźć TUTAJ. Pokazałam w nim - wtedy jeszcze niedostępną w Polsce paletkę Maybelline The Nudes, która zachwyciła mnie na zdjęciach na Instagramie, więc gdy tylko zauważyłam tę paletkę w Rossmannie i to jeszcze na promocji musiałam ją złapać! Niedługo napiszę o niej więcej, na razie powiem tylko, że trochę się zawiodłam kolorami, na zdjęciach wyglądały na cieplejsze.
Ostatnie zakupy to kompletne pierdoły ze sklepu w stylu "wszystko po 5 zł". Udałam się do tego przybytku ponieważ złamał mi się kij od szczotki (nie żebym próbowała nim komuś przyłożyć) toteż konieczny był zakup kolejnego, a w sklepie z pierdołami jest najtaniej. Przy kasie jednak okazało się, że kartą można płacić powyżej 10 zł, więc musiałam coś jeszcze dobrać do zakupów - gotówki nie noszę, a do bankomatu daleko. Tak się jakoś złożyło, że wylądowałam przy pojemniku z lakierami i ozdobami do paznokci i tam wygrzebałam dwa jogurtowe lakiery Delia, które kiedyś bardzo mi się podobały, ale nie mogłam ich nigdzie dorwać! Oprócz tego sam wpadł mi w ręce szary marmurek i to neonowe cudo! Syrenka w kolorze neonowej zieleni! Jak to będzie działać, to wracam do tego sklepu i wykupię wszystkie kolory, które tam były!
No i to by było na tyle! Nic w tym miesiącu nie planowałam kupować, bo wydałam całkiem sporo na telefon i nowe buty, ale już jakoś tak jest, że różne rzeczy same wpadają mi w ręce!
Dajcie koniecznie znać co fajnego kupiłyście w minionym miesiącu!
Dzięki i do następnego :*
Bell Moroccan Dream Matowe Pomadki w Płynie
Witajcie!
Matowe pomadki są od jakiegoś czasu hitem, szturmem zdobywają blogosferę i serca klientek! Marki prześcigają się w wypuszczaniu nowych serii, co raz lepszych formuł i co raz piękniejszych kolorów. Ostatnio nowości w tej kategorii jest co raz więcej i produkty tego typu są co raz lepiej dostępne. Ostatnio linię sześciu matowych pomadek w płynie znajdziemy także w Biedronce, a to za sprawą nowej linii kosmetyków wypuszczonej przez Bell czyli Moroccan Dream.
Całej linii Moroccan Dream nie można odmówić uroku. Opakowania są niby proste i klasyczne. Żadnych udziwnień, proste opakowanie- w tym przypadku jest to podłużna buteleczka z grubego plastiku wyglądająca jak standardowe opakowanie błyszczyków. Wszystko to ozdobione złotymi napisami, które na razie - mimo noszenia w torebce - się nie wytarły. Ze złotymi akcentami w kosmetykach trzeba uważać, bo często wyglądają tandetnie, ale tu wszystko jest wyważone i nie wygląda źle. Dodatkowego uroku dodaje im biała nakrętka przepięknie ozdobiona precyzyjnym złotym wzorem. Przypomina mi on wzory malowane henną. Jest przepięknie nadrukowany, precyzyjny i drobiazgowy, patrzenie na niego to sama przyjemność.
Konsystencja tego produktu jest dość rzadka. Nie tak piankowa i gęsta jak w większości zastygających pomadek, jest naprawdę niemal całkowicie płynna. Moim zdaniem mogłaby być bardziej piankowa, gdyż gąbeczkowy aplikator charakterystyczny dla błyszczyków nabiera produktu niewiele i bardzo cieniutką warstwą rozprowadza na ustach. Ilość, którą wydobywamy z opakowania raczej nie wystarcza na pokrycie całych ust i wymaga ponownego nabrania produktu z opakowania.
Płynna konsystencja pomadki Bell Moroccan Dream sprawia też, że nie jest ona jakoś zabójczo napigmentowana. Do pełnego krycia na moich ustach wymaga nałożenia dwóch warstw. Na szczęście nie wpływa to na komfort noszenia ani na trwałość ponieważ nakładamy tak cieniutkie warstwy, że przy nałożeniu dwóch nie można tu mówić o nadmiarze produktu na ustach. Druga warstwa jest też konieczna ponieważ pierwsza robi nieestetyczne smugi. By ich uniknąć aplikacja musi być bardzo równomierna i dokładna. Trzeba tę pomadkę nakładać bardzo ostrożnie i z dużą uwagą. Zdecydowanie nie jest to opcja do nakładania gdy się spieszymy.
Początkowo pomadka daje mokre, lśniące wykończenie, dopiero po jakimś czasie zastyga na całkowity mat. Czas zasychania może być dla niektórych męcząco długi, bo pomadka naprawdę wymaga długich paru minut by zastygnąć całkowicie. Jednak biorąc pod uwagę skupienie i dokładność z jaką należy nakładać tę pomadkę na usta długi czas zastygania jest plusem ponieważ daje nam czas na poprawki i dokładne rozprowadzenie produktu na wargach.
Gdy pomadka w końcu zastygnie daje naprawdę matowe wykończenie i to z kategorii tych, które lubię - nie jest to aksamitne, welwetowe wykończenie tylko mocny, suchy mat, który uwielbiam. Nałożona na dłoń jest nie do zdarcia, trzyma się uparcie skóry i nawet mocne pocieranie nie jest w stanie ruszyć jej z miejsca. Niestety na ustach już nie jest tak kolorowo. Pomadka w kontakcie z nawet minimalną ilością wilgoci od razu zaczyna się nieestetycznie wycierać. Podczas mówienia widoczna jest wyraźna granica odcinania się pomadki. Można temu zaradzić nakładając jej odrobinę mniej bliżej wewnętrznej krawędzi ust - niemniej wspominam żebyście mieli świadomość, że taka sytuacja może mieć miejsce. W innych sytuacjach także nie grzeszy ona trwałością - wystarczy napić sie wody by pomadka zaczęła się wycierać i znikać z ust. W dodatku zjada się bardzo nierównomiernie. Robią się nieestetyczne smugi i "zacieki", w jednych miejscach pomadka trzyma się dalej, w innym schodzi całkowicie przez co na ustach mamy plamy z pomadki. Nie wygląda to ładnie. Oczywiście dla wielu osób może to być po prostu naturalne, że pomadkę trzeba poprawiać kilkukrotnie w ciągu dnia i ja sama sięgam po nią własnie wtedy, gdy wiem, że będę miała czas i możliwość dokonać poprawki. Mimo wszystko jeśli ktoś wybiera mat nie ze względów estetycznych, a ze względu na trwałość to z tej pomadki nie będzie zadowolony.
Jak już wspomniałam gama kolorystyczna zawiera w sobie sześć odcieni. Numer jeden to jasny odcień brązu, bardzo modny w tym sezonie ale nie każdemu będzie dobrze w takim kolorze. W rzeczywistości jest ciemniejszy niż na zdjęciu. Numer dwa to przepiękny przygaszony róż, jasny i pudrowy, ale nie "lalkowy". Z pewnością będzie pasował blondynkom. Zdjęcie na skórze nie oddaje go zbyt dobrze, kolor lepiej jest oddany na zdjęciu aplikatora. 03 to ideał, przygaszony, ciemny. Taki brudny róż z nutami fioletu, strasznie mi się podoba, niestety nigdzie nie mogę go dorwać co chyba świadczy o tym, jak udany jest to kolor. Zdjęcie na skórze ładnie oddaje jego urok. 04 to odcień malinowej czerwieni. Zdecydowanie nie jest to róż. Jest to czerwień pomieszana z różem, w chłodnej tonacji, która będzie cudownie wybielać zęby. Na zdjęciu wyszła nieco ciemniej. Na żywo jest jaśniejsza i może minimalnie bardziej czerwona, ale wydaje mi się, że zdjęcie powinno dobrze oddawać kolor. 05 Mnie kusił, ale zrezygnowałam bo mam już takie odcienie w swojej kolekcji. Mocny fuksjowy róż, chłodny i intensywny. Zdecydowanie kolor dla odważnych, nie da się obok niego przejść obojętnie! On też wyszedł odrobinę ciemniej na skórze. Ostatni to numer 06 i jest on pięknym odcieniem, który kojarzy mi się z wiosną. Nie wiem jak go nazwać- jasny koral czy ciemniejsza brzoskwinia? Jest to taki róż z pomarańczowymi tonami, bardzo łady i bardzo świeży. Zdjęcie na skórze bardzo go przekłamuje, ale zdjęcie aplikatora chyba idealnie odwzorowuje kolor.
Na opakowaniu nie dopatrzyłam się ile produktu otrzymujemy w jednym opakowaniu, ale na moje oko może to być około 6 ml. Pomadka kosztuje 8.99 i jest dostępna w szafach Bell w sieci sklepów Biedronka. Pachnie owocowo, ale trochę sztucznie i jeśli dostanie nam się do ust jest obrzydliwa w smaku.
Ogółem miałam nadzieję, że seria Bell Moroccan Dream będzie to łatwo dostępny i tańszy zamiennik innych pomadek matowych niestety nie jest to najtrwalsza pomadka na rynku. Nie jest zła i nosi się nie najgorzej, ale wymaga licznych poprawek w ciągu dnia i jest ciężka w aplikacji. Nie polecam jej też poprawiać poprzez dokładanie bo zbyt gruba warstwa wygląda bardzo nieciekawie, więc do poprawek potrzebujemy czegoś, czym można pomadkę zmyć.
Dajcie znać czy macie pomadki z serii Moroccan Dream i jak się spisują na waszych ustach. Jeśli macie swoje ulubione pomadki matowe to chętnie się dowiem jakie to i być może przetestuję na sobie.
Dzięki i do następnego :*
Bell BB Cream Lightening Concealer | Hit 2014
Oj chyba Was pochwaliłam! Ostatnio tak się w poście cieszyłam, że jest Was tu co raz więcej, dużo mnie odwiedzacie, dużo komentujecie... to teraz mam za swoje, ostatni post, chociaż same o niego prosiłyście, nie cieszył się zbytnim zainteresowaniem. Mam nadzieję, że ten przyjmie się lepiej, bo jest o kosmetyku niedrogim, dobrze dostępnym i zapewne znanym niektórym z Was. Czyli o moim ulubieńcu pod oczy, który odkryłam dopiero niedawno, ale pokochałam od pierwszego użycia.
Zacznę od opakowania, które moim zdaniem jest bardzo przyjemne dla oka. Korektor dostajemy w podłużnym, beżowym opakowaniu przypominającym długopis. Na opakowaniu znajduje się biała naklejka, na której oprócz skromnego, prostego designu znajdziemy informację o składzie i czasie ważności od otwarcia. Dużym plusem jest to, że na zakrętce znajduje się naklejka z numerem i nazwą koloru. Ponadto produkt oryginalnie zapakowany jest również w kartonik (którego nie ma na zdjęciach, ale jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda to tutaj znajdziecie zdjęcie razem z kartonikiem), na którym umieszczone są ponownie informacje z naklejki i który utrzymany jest w podobnej stylistyce co samo opakowanie.
Produkt wyposażony jest w wygodny pędzelkowy aplikator. Wystarczy przekręcić by na pędzelek wydobyła się niewielka ilość korektora. Znacznie ułatwia to aplikację, możemy nałożyć produkt bezpośrednio na skórę, a jeśli komuś się chce męczyć pędzelkiem (ja preferuję wklepywanie palcami) to można również rozprowadzić i rozetrzeć korektor przy pomocy tego aplikatora. Stapia się ze skórą na tyle dobrze, ze nie wymaga jakiejś wybitnie pieczołowitej aplikacji.
Mój kolor to 010 czyli jasniutki, żółty odcień, który idealnie sprawdzi się przy neutralizowaniu zaczerwienień i cieni pod oczami, a także lekko rozświetli. Korektor dobrze się rozprowadza, ma przyjemna, kremową konsystencję, która szybko zastyga i staje się lekko pudrowa w dotyku. Dzięki temu zastyganiu, nawet nieprzypudrowany korektor utrzyma nam się przez wiele godzin, nie ścierając się i nie gromadząc w załamaniach skóry. Wymaga jednak dobrze nawilżonej skóry pod oczami, co prawda sam z siebie nie wysusza skóry, ale przez swoje zastyganie może podkreślać ewentualne zmarszczki.
Moim zdaniem korektor ma dobre, chociaż nie oszałamiające krycie, co możecie zaobserwować na zdjęciu, po stronie pokrytej korektorem żyłki na mojej dłoni są zdecydowanie mniej widoczne. Korektor ma dosyć dziwny, słodko-pudrowy zapach. Nie jest on nieprzyjemny, ale zdecydowanie chemiczny. Dodatkowym plusem tego produktu jest SPF 15, w tak wrażliwym miejscu każda ochrona przed słońcem się przyda.
Podstawowym minusem tego korektora jest jego wydajność, nie wiem ile jest go w opakowaniu, producent nie umieścił tej informacji na opakowaniu, ale wystarczył mi zaledwie na półtorej miesiąca stosowania, co nawet biorąc pod uwagę jego niską cenę (ok 18 zł w drogerii Natura), nie jest zbyt ekonomiczne. Ponadto kończy się dość niespodziewanie. Pod koniec nie wypływa z niego mniej produktu, ani nic takiego... po prostu nic nie zwiastuje nadchodzącego końca. W pewnym momencie niespodziewanie się kończy, co w niektórych sytuacjach może okazać się dużym problemem.
W podsumowaniu nie mogę powiedzieć nic innego, jak to, że jest to świetny korektor dla osób które nie mają dużych problemów z cieniami pod oczami. Wystarczy do zatuszowania drobnych sińców lub niedoskonałości, świetnie się utrzymuje, nie ciemnieje i ma bardzo korzystną cenę. Wedlug producenta ma jeszcze nawilżać i wygładzać, ale szczerze mówiąc tego akurat nie zauważyłam.Zawiera filtrz przeciwsłoneczny i mineralne pigmenty. Jedynie jego wydajność (lub jej brak) może okazać się problemem, ja
jednak polubiłam go na tyle, że podczas promocji zaopatrzyłam się w
kilka sztuk na zapas i nawet niespodziewany koniec nie jest mi straszny.
Jeśli miałyście ten produkt dajcie znać co o nim myślicie. Napiszcie mi też jakie są wasze hity w kategorii korektorów pod oczy, chętnie poczytam i może odkryję coś nowego
Dziękuję za uwagę i do następnego!
Podsumowanie lutego!
Luty- najkrótszy miesiąc roku dobiegł końca. Chociaż moim zdaniem wcale nie minął tak szybko. Ostatnio czas mi się strasznie ciągnie, mam wrażenie, że ten miesiąc zaczął się milion lat temu. Może dlatego, że przez choroby miałam w końcu trochę czasu na odpoczynek. No ale choroby nie wykluczają zakupów :P Skoro miesiąc był dla mnie taki długi to i lakierów musiało być odpowiednio dużo :D
Lakierowe podsumowanie lutego, oto chwila prawdy!
Vipera Polka #64 #66 #69 - wygrana u Chilli
Jakiś czas temu pokazywałam wam zdobienie na konkurs "Zmaluj Chilli dla Chilli", w którym zdobyłam wyróżnienie. Paczuszka, którą otrzymałam bardzo mnie ucieszyła. Znalazłam w niej między innymi te urocze maluszki.
-Aisha B8 - Chińczyk, 2,50 zł
-Golden Rose Carnival #08 - wygrana u Chilli
-Bell Air Flow - Biedronka, 5,99zł
Ta fotka trochę nie po kolei, ale dobrana kolorystycznie. Fioletowy brokat kupiłam w Chińczyku do którego zawitałam w sumie z nudów. I z nudów kupiłam ten lakier, nie ma w nim nic wyjątkowego.
Carnival był kolejną niespodzianką z paczki od Chilli. Idealnie trafiła w mój gust, matowe fioletowe drobinki to jest to co tygrysy lubią najbardziej :D
Bella zgarnęłam w Biedronce jako pocieszenie po wyjątkowo parszywym dniu. Już go nawet użyłam i jestem mile zaskoczona, jest świetny, a takiego koloru mi brakowało.
MIYO mini drops #74 Orange Soda - osiedlowa drogeria, 3,00zł
Kolejny kupiony z nudów. Kolor w buteleczce jest w sumie całkiem fajny, leciutko opalizujący pomarańcz przypomina kolorem Fantę. Niestety efekt na pazurkach mnie rozczarował, wyszedł z niego brudny rudy. Szkoda, pierwszy raz zawiodłam się na lakierze MIYO.
-Hean limited edition #212 i #216 - 4,79zł/szt.
Kolor 216 kupiła kiedyś moja kumpela i strasznie mi się u niej spodobał. Jest fenomenalny zarówno solo, jak i jako błyszczący top. 212 jeszcze nie wypróbowałam, ale wygląda ciekawie w buteleczce.
-Hean keratin repair - 4,79 zł
-Hean vitamin booster - 4,79zł
Przecena -40% w sklepie internetowym Hean zachęciła mnie nie tylko do zakupu lakierów, ale też odżywek. Moja poprzednia już się skończyła, a używanie codziennie 8w1 nie jest chyba dobrym pomysłem. Jak widać używam ich na zmianę i jestem zadowolona. Niestety różowa nie nadaje się pod lakier bo schodzi płatami.
Hean 401
W gratisie do zakupów dostałam taką pół transparentną biel w maleńkiej buteleczce. Jeszcze nie używałam, ale myślę, że będzie niezły.
Colour Alike #502, holo top, #496 - 10,99zł, 11,99zł, 10,49zł
Pokochałam wszystkie. Krycie, trwałość, urok osobisty <3
W holo topie zakochałam się najbardziej. Długo marzyło mi się czarne holo z mega błyszczącym efektem. Dzięki niemu mogę każdy lakier zmienić w holograficzne cudo.
W holo topie zakochałam się najbardziej. Długo marzyło mi się czarne holo z mega błyszczącym efektem. Dzięki niemu mogę każdy lakier zmienić w holograficzne cudo.
China Glaze Cha Cha Cha - oddawajka u Puszki
Niedawno puszka zorganizowała u siebie oddawajkę. Do mnie trafił między innymi opalizujący, zielony China Glaze. Moim zdaniem jest piękny, a wy co sądzicie?
My Secret #168 oraz Flormar Black Dots 003 - 4 i 8 zł / wyprzedaż u lacquer-maniac
Przez blogosferę gwałtownie przewija się fala blogowych wyprzedaży. Czyżby wiosenne porządki? :P Ja skorzystałam z jednej z nich i przygarnęłam elektryzujący kobalt i obłędny Flormar Black Dots. Marzy mi się co prawda niebieski, ale różem nie wzgardzę. Wczoraj do mnie przybyły, więc to było całkiem miłe zakończenie miesiąca.
W tym miesiącu na lakiery wydałam: 76,12 zł
No, nie jest tak źle. Bywały miesiące większej rozpusty, ale też takie, kiedy prawie nic nowego nie przybyło.
Pochwalcie się ile wy wydałyście w tym miesiącu :)
Etykiety:
Bell,
China glaze,
Colour Alike,
Flormar,
golden rose,
Hean,
Lakier holograficzny,
lakierowe zakupy,
MIYO,
My Secret,
podsumowanie lutego,
podsumowanie miesiąca,
Vipera
Chyba ostatnie w blogosferze - Ulubieńcy roku 2013
Dobra, wiem, jestem chyba ostatnią osobą w blogosferze która publikuje taki post :P W połowie drugiego miesiąca roku... Spóźnialska byłam zawsze, ale chyba przegięłam tym razem.
No ale zabierałam się za ten post jak pies za jeża, no po prostu nie mogłam jakoś się za niego wziąć, nie wiedziałam jak to ugryźć, jak się za to zabrać, ale w końcu się biorę za siebie i za niego. Co ma być to będzie.
Twarz:
Bell Long Lasting 01 Beige
Długo miałam problem z dobraniem idealnie jasnego podkładu do swojej mlecznej cery. Wszystkie są dla mnie za ciemne. Ten kupiłam latem i do opalonej cery był idealny, teraz niestety ten też jest za ciemny. Ma bardzo fajną, lekką konsystencję. Przyjemnie się go aplikuje, nie robi smug i ładne wtapia się w skórę. Nie ma jakiegoś powalającego krycia, ale ja też takiego nie potrzebuję. Jedyna wada to trwałość, dość szybko ściera się z twarzy, jednak to mu wybaczam, bo kosztował mnie całe 7 zł. No i opakowanie szybko się brudzi, ale chyba nie ma podkładu, z którym nie byłoby takiego problemu.
Puder Rimmel Stay Matte 03
Puder matujący o bardzo fajnym wykończeniu. Nie daje takiego płaskiego, papierowego matu, a delikatne i trwałe zmatowienie twarzy, utrwala makijaż, niewiele kosztuje i ogólnie zachwycona jestem nim od dawna. Raz zdradziłam go z inglotem i szybko wróciłam do mojego ulubieńca. Nie zawiera żadnych drażniących skórę substancji więc nadaje się dla cery wrażliwej. Kosztuje około 20 złotych za całkiem spore opakowanie i przy codziennym stosowaniu wystarcza na naprawdę długo, a nieco większa ilość wklepana w skórę pozwala ukryć drobne niedoskonałości. Przyczepiłabym się jednak do opakowania, bo może się otworzyć w torebce, a przeźroczyste wieczko w kosmetykach prasowanych moim zdaniem wygląda nieestetycznie gdy już sięgniemy dna.
Usta
Szminka Rimmel Lasting Finish by Kate 16
Śliczny koralowy róż, moim zdaniem bardzo kobiecy. Ma satynowe wykończenie i przyjemną konsystencję. Świetnie nakłada się na wargi równomiernie pokrywając je kolorem. Ktoś pisał, że podkreśla suche skórki i niedoskonałości ust, ja osobiście tego nie zauważyłam, chociaż moje usta zdecydowanie nie są idealne. Duży plus za opakowanie, trwałe, estetyczne, bez zbędnych udziwnień, jedynie napis na zatyczce ma kolor zbliżony do koloru pomadki. No i nie otwiera się w torebce. Mi osobiście bardzo to odpowiada, lubię takie eleganckie minimalistyczne opakowania.
Masełko do ust Nivea lip butter raspberry rose
Masełko to pielęgnuje moje usta już od pół roku. Chwyciłam za nie na jakiejś promocji w rossmannie i to był strzał w dziesiątkę! Moje usta mają tendencję do bardzo bolesnych, krwawiących pęknięć. Te masełko chroniło moje usta przed wiatrem, mrozem, palącym słońcem i wszystkimi czynnikami zewnętrznymi, które mogłyby im zaszkodzić. Bardzo ładnie pachnie, malinowo bez chemicznych nut. Po raz kolejny będę się czepiać opakowania. Po pierwsze masełko trzeba nakładać palcami co jest bardzo niehigieniczne. Po drugie opakowanie wyrabia się po jakimś czasie i strasznie ciężko je otworzyć, zdarzyło mi się szarpać z nim tak długo, że pękł mi paznokieć :(
Pomadka ochronna Nivea Friuty Shine
Kolejne ochronne mazidełko dla moich spierzchniętych ust. Tym razem o wiele lżejsze. Nie nawilża może tak mocno jak powyższe masełko i nie utrzymuje się tak długo, ale też bardzo je lubię. Nadaje lekki kolor ustom i delikatnie pielęgnuje wargi. Pięknie owocowo pachnie, ma słodki smak, chociaż producent wcale tego nie zapewnia. Pozostawia usta miękkie, gładkie i zmysłowe. Moim zdaniem idealny na randkę ;)
Oczy
Tusz Sephora Atomic Volume
Mam go aż dwa opakowania. Tak naprawdę nie wiem czym się różnią poza faktem że jedno opakowanie jest błyszczące, a drugie matowe. Tusz z pierwszego opakowania ma chyba bardziej intensywną, głęboką czerń, ale nie jestem pewna czy to fakt, czy tylko siła autosugestii. Ten tusz jest moim ideałem ze względu na szczoteczkę, a raczej gumowy grzebyczek o wypustkach różnej długości. Fantastycznie rozczesuje rzęsy, nie pozwala im się sklejać i nie daje brzydkiego efektu pajęczych nóżek. Rzęsy są idealnie rozdzielone i pogrubione. Moje są z natury długie, ale cienkie a Już jedna warstwa daje na nich efekt sztucznych rzęs! Według producenta działa również jak odżywka i pielęgnuje rzęsy.
Ten liner występuje w dwóch wersjach; precyzyjnej z cienkim pędzelkiem oraz o przedłużonej trwałości z gąbeczkowym aplikatorem. Mam obie wersje, ale jak widać jeden jest z tej starej wersji. Dużej różnicy między nimi nie widzę, poza oczywiście aplikatorem. Zdecydowanie wygodniejszy do malowania jest pędzelek z wersji precyzyjnej. Jest mięciutki i elastyczny, zupełnie inny niż np. w linerach wibo. Kosmetyk jest w płynnej formie, bardzo łatwo go precyzyjnie nałożyć i zmalować nawet najbardziej wymyślną kreskę. Szybko zasycha na powiekach, ma intensywny głęboki kolor i matowe wykończenie. Gdy zaschnie na powiece nic go z niej nie ruszy. Przyznam się, że kiedyś po powrocie z imprezy w nocy położyłam się spać w pełnym makijażu i gdy wstałam po dobrych kilku godzinach snu kreska wciąż była idealna, jakbym dopiero co ją namalowała. Ten precyzyjny raczej nie ustępuje mu trwałością, jednak nie testowałam go w aż tak ekstremalnych warunkach.Nie kosztuje mało, bo 30-40 zł, ale jest mega trwały i mega wydajny.
Jeden z tych linerów wygrałam w wakacje w konkursie na fanpage firmy. Pomimo moich niezbyt dobrych wspomnień z tą marką liner zasługuje na miejsce w Ulubieńcach. Gdybym pisała jego recenzję raczej nie byłaby ona zbyt pochlebna bo liner ma niezbyt intensywny kolor i przy używaniu go do takich makijaży jakimi go reklamowano byłby kompletnym niewypałem. Bardzo nierównomiernie się nakłada, robią się "smugi" na kresce (jeśli wiecie o co mi chodzi) i na pewno przy takim użytkowaniu wystarczyłby na najwyżej kilka użyć. Ja jednak używałam go na co dzień, do cienkiej, delikatnej kreseczki. Wtedy jego niezbyt intensywny kolor stawał się atutem, wydajność znacznie się zwiększyła, bo służył mi około 3 miesięcy, a smugi nie były widoczne. Duży plus za trwałość bo chociaż nie dorównywał Sephorze trzymał się nieźle nawet gdy zdarzyło się mi potrzeć oko. No i znów przyczepię się opakowania. Na zdjęciu widzicie zupełnie nowy egzemplarz oraz ten po kilku miesiącach używania. Widzicie jak paskudnie wygląda? Napisy ścierają się już po dwóch tygodniach i wygląda to bardzo nieestetycznie. Za tą cenę wymagałabym żeby produkt nie wyglądał jak chińska tanizna z bazaru.
Sephora Cień do powiek
Pojedynczy cień do powiek w solidnym okrągłym opakowaniu. Piękna, matowa, głęboka czerń. Cień jest bardzo miękki i dobrze napigmentowany. Gładko i równomiernie się rozprowadza, nie osypuje i jest wyjątkowo trwały. Dobrze się rozciera i łączy z innymi kolorami. Można go nałożyć zarówno na mokro jak i na sucho, co daje całkiem fajne możliwości wykorzystania cieni. Naprawdę jestem z niego bardzo zadowolona. Mam z tej serii także zielony opalizujący cień, który jest równie dobry jakościowo i równie wydajny, jednak bardzo rzadko go używam.
Jeden z niewielu cieni, które sama sobie kupiłam. Trafił do mnie latem, kiedy chętnie podkreślałam dolną powiekę intensywnymi kolorami. Cień ma doskonałą pigmentację. Głęboki opalizujący kobalt uzyskujemy na oku już po pierwszym pociągnięciu pędzelka. Jest trwały, nie osypuje się, nie roluje i jest odporny na ścieranie. Spokojnie utrzymywał się na oku cały dzień, nawet przy dużym upale.
Inglot Soft Precision Eyeliner 34
Ze względu na konieczność temperowania kredek mam obecnie tylko tę jedną, służącą mi do podkreślania linii wodnej. To śliczna perłowa biel. Bardzo miękka kredka, nie drapie oka ani nie podrażnia. Nie zauważyłam by po jej użyciu oczy szczypały bądź łzawiły. Jest dosyć wydajna, mam ją już pół roku a zużyłam może 1/3. Bardzo ładnie rozjaśnia kąciki oczu oraz linię wodną. Dosyć długo się utrzymuje, bo jeśli pomaluję się rano to o godzinie 16 wciąż ją widzę, więc to moim zdaniem zadowalający wynik. Duży plus za zatyczkę z trwałego, grubego plastiku, która nie zsuwa się z kredki ani nie popękała, dzięki temu kredka nie wala się po kosmetyczce luzem i nie brudzi opakowań innych kosmetyków, jak to często zdarzało mi się z innymi kredkami.
Zapachy
Lacoste Touch of Pink
Perfumy, którym jestem wierna od zawsze. Seksowny, magnetyczny, z charakterem, a jednak przekornie grzeczny. Tak bym opisała ten zapach! Połączenie kwiatu pomarańczy, jaśminu i wanilii daje naprawdę niezwykłe połączenie i zwraca uwagę, zwłaszcza męską ;) Do tego bardzo intensywnie pachnie, więc nie trzeba wylewać na siebie zbyt dużych ilości i naprawdę długo się utrzymuje. Nie pryskam nim na ubrania tylko odrobinę na włosy i na gołe ciało, a mimo to ubrania przesiąkają zapachem tak, ze można go wyczuć nawet po praniu.
Jak się zapewne domyślacie Lacosta odrobinę za droga by używać jej na co dzień, do szkoły czy wyjście do sklepu. Rolę jego zastępcy pełni więc o wiele delikatniejszy (i tańszy) zapach z Avonu. I nie odkryłabym go gdyby nie moja mama. Osobiście Avonu nie cierpię i nic od nich nie chcę i nie kupuję, więc gdy pokazała mi ten zapach za nic nie chciałam uwierzyć skąd pochodzi. A jednak, nawet w Avonie coś dobrego może się trafić. Ma podobny skład zapachowy do Touch of Pink (porównajcie sobie w internecie, różnią się naprawdę odrobinę) jednak jest dużo subtelniejszy.
MIYO mini drops
Z tego miejsca chciałabym wyróżnić nie jeden produkt, a całą markę. Lakiery MIYO mini drops to zdecydowanie moje ulubione lakiery. Kosztują grosze, mają świetne kolory, szybko schną, czego chcieć więcej? No dobra, trwałością nie dorównują lakierom z wyższych półek, ale też nie są z wyższej półki. Moja kolekcja tych lakierów liczy 18 sztuk (na zdjęciu jest mniej bo robiłam je już trochę czasu temu) i ciągle się powiększa, bo gama kolorystyczna jest naprawdę bogata, a cena 3.49zł za 7 ml to po prostu marzenie. To moje ulubione lakiery nie tylko tego, ale i poprzednich lat.
Teraz chciałabym wyróżnić nie markę, ale kolekcję lakierów. Hean wypuścił pod koniec roku świetną kolekcję karnawałową. Na zdjęciu znajdują się tylko trzy, ja posiadam pięć z sześciu brokatów i bardzo je sobie chwalę. Fantastycznie ożywiają manicure i gościły na moich paznokciach od października bardzo często :)
Mam jeszcze pytanie do was, macie, znacie, polecacie jakiś niedrogi, jasny podkład? Nie musi być bardzo kryjący, ani wybitnie trwały. Wystarczy, że utrzyma się przez 3-4 godziny i nie będzie robił ciemniejących smug.
Macie jakieś z tych produktów? Podzielcie się swoimi opiniami na ich temat :)
Róż i białe kwiaty
Naszła mnie ochota na coś słodkiego, wiec zmalowałam urocze kwiatuszki na barbiowym różu :)
Lakiery, których użyłam:
- Rimmel Salon Pro Kate 701- Jazz funk
- Maybelline COLORAMA 749 - Electric Yellow
- Bell French Manicure 01




























.jpg)
.jpg)