Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chocolate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chocolate. Pokaż wszystkie posty
MUR Cotton Candy Chocolate Palette
Witajcie! Przychodzę dzisiaj do Was z kolejną recenzją pastelowych czekoladek od Makeup Revolution. To już ostatnia z tej trójki, wielu osobom podoba się najbardziej, a ja zostawiłam ją sobie na koniec. Dlaczego? Zapewne sporo z Was już się domyśla, ale jeśli jesteście ciekawi co o niej myślę i dlaczego jest tą ostatnią to zapraszam do lektury!
Cotton Candy to pastelowa, różowa czekoladka. Opakowanie jak w jej pastelowych siostrach jest beżowe, tym razem jednak rozpływające się kostki czekolady mają pastelowy, różowy kolor. Nie da się nie przyznać, że wygląda słodko! Chyba najsłodziej z całej trójki.
Wnętrze zdecydowanie utwierdza nas w pierwszym, słodkim odczuciu. Wnętrze paletki jest równie urocze i słodkie jak jej opakowanie. Według producenta w palecie znajdziemy 3 cienie matowe i aż 15 określonych jako shimmer, ale jak zapewne wiecie z poprzednich recenzji - cienie błyszczące znacznie różnią się między sobą wykończeniem. Paleta zwiera głównie jasne i średnie kolory idealne do stworzenia delikatnego makijażu dziennego. Głównie jasne brązy, błyszczące beże oraz sporo róży i fioletów, ale nie takich rzucających się w oczy, są to raczej odcienie delikatniejsze i bardziej codzienne.
Jeśli chodzi o jakość to paletka nie odbiega od swoich sióstr. Niektóre cienie są przeciętnej jakości, sporo jest po prostu dobrych, a kilka dosłownie zachwycających. Czy ta różnica świadczy źle o palecie? Osobiście uważam, że nie. W codziennym makijażu, do którego dedykowana jest ta paleta, zdecydowanie lepiej sprawdzą się cienie o dobrej, ale nie powalającej pigmentacji. Takie, które można dołożyć i zbudować bez obaw, że nakładając w pośpiechu makijaż zrobimy sobie plamę, albo przesadzimy z intensywnością makijażu. W pracy na suchej powiece cienie niemal same się blendują, nieźle przyczepiają do skóry i raczej nie znikają w ciągu dnia. Nakładane tak jak lubię - na mokrą, lepką bazę - dają się naprawdę ładnie zbudować!
Warto zaznaczyć, że w palecie nazwy cieni nadrukowane są bezpośrednio na palecie co zdecydowanie ułatwia życie. Przejdźmy zatem do poszczególnych cieni, żebym mogła opowiedzieć Wam o nich więcej!
Topped - Mogłabym mieć taki cień w każdej palecie! Jasne, mocno żółte złotko o błyszczącym wykończeniu. Roztarty daje efekt lśniącej na złoto tafli bez widocznego koloru, dlatego uwielbiam go nakładać na kości policzkowe jako rozświetlacz.
Carnival - Mam problem z kolorem tego cienia. W paletce wygląda na ciepły brąz, na skórze na miedziany, a jak złapie więcej światła jest wręcz pomarańczowy. Ładny, błyszczący i dość nietypowy w odcieniu.
Enjoy - Pierwszy mat w palecie. Jasny, chłodny, taki pastelowy. Jak kawa z dużą ilością mleka. Jest dość suchy i trochę się pyli. Świetny w załamanie powieki bo dosłownie sam się blenduje.
Fancy - Naprawdę nie lubię takich cieni w paletach bo nigdy nie wiem jak okreslić ten kolor. To taki beżo- brąz z dodatkiem różu. Dość ciemny ale niesamowicie sie błyszczy na ciepły srebrzysty kolor więc wypada na skórze jaśniej niż w opakowaniu.
Fairground - Nie jest to typowy cień błyszczący. Jest to raczej jasny, ciepły brąz z mnóstwem złotych drobinek, które o dziwo bardzo dobrze łapią się skóry. Jest trochę suchszy niż bym chciała, żeby był i niestety trochę drobinek osypuje się w trakcie aplikacji, ale jeśli ktoś lubi taki iskrzący efekt to ten cień robi fajne wrażenie.
Sweetheart - Winno-wiśniowy błyszczący cień. Bardzo mi się podoba ten odcień nieco przygaszonego winnego borda. Na zdjęciu niestety nie wyszedł tak ładnie.
Made to Share - Drugi mat w palecie. Ciepły, ceglany średni brąz. Chyba najciemniejszy z matów w tym zestawieniu. Ma najlepszą pigmentację ze wszystkich matów w paletce.
Fairy Floss - To się tak błyszczy, że nie mogę oderwać oczu! Żadno zdjęcie nie oddaje tego, jaki jest cudowny. To kolor przygaszonego, chłodnego różu, które lśni wręcz oślepiająco. Jest trochę trudny w pracy bo jest dość suchy i sypiący ale dla tego efektu zdecydowanie warto się z nim chwilę pomęczyć! Jeden z najbardziej błyszczących cieni w palecie!
Strawberry - No jak sama nazwa mówi - słodki różowy odcień. Dość intensywny, ale nie neonowy. Połyskuje na złoto przez co bardzo przypomina mi kultowy róż z Nars - Orgasm.
Clouds - Szczerze mówiąc nie lubię tego cienia. Ładnie błyszczy, ma fajną, łatwą w pracy konsystencję ale kolor... kojarzycie na pewno jaki kolor ma niebo w pochmurny, mokry listopadowy dzień? No to jest dokładnie ten kolor. Chłodny, szary, jakiś taki brudno-błękitny.
Spun Sugar - Zgaszony, lekko fioletowy. Określiłabym go jako kolor marsala. I to bardzo błyszcząca marsala. Wygląda pięknie na powiece.
Sweet Tooth - Beżowy blask bez wyraźnego koloru. Trochę chłodniejszy od większości rozświetlaczy dostępnych na rynku ale daje dokładnie taki efekt. Nadaje się zarówno na powieki jak i na policzki.
Pretty in Pastel - Następny wręcz metaliczny cień. Tym razem pastelowy fiolet w odcieniu lawendy lub kwiatów bzu. Ten też jest lekko suchy i trochę może się sypać, ale nakładany zbitym pędzlem lub palcem na lepką bazę daje oszałamiającą taflę.
Convection - Oficjalnie najbardziej błyszczący cień jaki ostatnio miałam w rękach! Jaką cudnie metaliczną taflę daje to nie da się ani opisać ani sfotografować żeby nikogo nie oślepić. Miękki i kremowy ładnie się nakłada na powiekę i daje się wypracować z niego metaliczną taflę. Do tego ma bardzo uniwersalny kolor- neutrany beż - będzie na pewno pasował każdemu.
So Sweet - Nie wiem czemu został zakwalifikowany jako shimmer, skoro o ile na palcu jeszcze coś tam połyskuje to na powiece już ledwo ledwo. To raczej bardzo delikatna satyna w odcieniu tak rozbielonego różu, że może wręcz momentami wydawać się zaróżowioną bielą.
Treat for You - Ostatni z matów. Podobny do poprzedniego - średni ciepły brąz - ale w tym przypadku więcej w nim tonów żółtawo -musztardowych niż ceglanych. Sam się blenduje, ale żeby uzyskać taką intensywność koloru jak na zdjęciu trzeba go nabudować nakładając kilka warstw.
Puff - Ciemny śliwkowy fiolet o błyszczącym wykończeniu. Połyskuje lekko na cieplejszy bardziej rożowy odcień. Jak wiadomo fiolety zawsze są trudne, ten jest ładny, w konsystencji i pracy poprawny, da się z niego sporo wykrzesać, ale trzeba uważać żeby nie zrobić sobie dziur i efektu podbitego oka.
Dreams - Ciepły miedziany kolor o mocno błyszczącym wykończeniu. W zależności od światła wydaje się być miedzią bardziej pomarańczową, innym razem ma lekkie nuty różowe.
Moim zdaniem jest to najbardziej uniwersalna i dzienna z pastelowych czekoladek. Wszystkie kolory do siebie pasują, w zasadzie nie ma tu koloru, który by się nie nadawał do użycia na co dzień, albo bardzo odstawał kolorystycznie od reszty. Brakuje mi tu jednak matów. Przydałoby się palecie coś ciemniejszego i może jakiś beż. Poza tym nie mam jej nic do zarzucenia. Dlaczego więc zostawiłam ją na sam koniec? No cóż, nie przepadam za różem w makijażu. Strasznie podobają mi się różowe makijaże i na pewno kilka takich słodkich makijaży stworzę tą paletą, ale raczej poza zdjęciami w takim makijażu mnie nie zobaczycie bo nie pasuje do mnie. Jeśli jednak czujecie się dobrze w różowych makijażach, pasują do Was i Wasze urody to ta paletka będzie świetnym wyborem do dziennych makijaży!
Jeśli macie tą paletkę to koniecznie dajcie znać, jak Wam się sprawdza. Która z pastelowych czekoladek najbardziej Wam się spodobała? Lubicie róż w makijażu?
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
MUR Macaroons Chocolate Palette
Witajcie!
Powoli dochodzę do siebie po długiej i nieprzyjemnej chorobie, ale czuję się już na tyle dobrze by przyjść do Was z kolejnym wpisem! W planach był post z makijażami przy użyciu paletki, o której mogliście poczytać w ostatnim poście KLIK, jednak po zastanowieniu stwierdziłam, że ciekawiej będzie pokazać Wam najpierw wszystkie trzy pastelowe czekoladki, a dopiero później zaprezentować makijaże nimi wykonane. Wszystkie trzy paletki wydają mi się być ciekawe zarówno pojedynczo, ale osobiście traktuję je bardziej jak zestaw niż jako pojedyncze palety.
Dlatego dzisiaj będziecie mogli poczytać o kolejnej paletce Makeup Revolution czyli błękitnej Macaroons.
Dlatego dzisiaj będziecie mogli poczytać o kolejnej paletce Makeup Revolution czyli błękitnej Macaroons.
Opakowanie jak zawsze słodkie. Tym razem beżowe opakowanie ozdobiono błękitną roztapiającą się czekoladką. Moim zdaniem wyszło naprawdę uroczo, wygląd paletki przywodzi na myśl coś jednocześnie słodkiego, ale i orzeźwiającego. I moim zdaniem takie właśnie jest też wnętrze paletki. Zwykle czekoladki tej marki bazują na zwykłych, codziennych kolorach, tu jednak znajdziemy powiew świeżości w postaci intensywnych turkusów i lśniących niczym lukier cieni rozświetlających.
Tak jak w poprzedniej palecie mamy tu osiemnaście cieni, wszystkie równej wielkości. Wypowiadałam się już jakie jest moje zdanie na temat tej zmiany więc chyba nie ma sensu się powtarzać. Jednak zmiana, dzięki której zamiast kolejnej bezużytecznej pacynki mamy w palecie nadrukowane nazwy bezpośrednio pod cieniami jest bezsprzecznie zmianą bardzo pozytywną.
Tym razem w paletce znajdziemy cztery cienie matowe i czternaście nazwanych przez producenta shimmer. Gdy się im bliżej przyjrzymy widać, że nie są jednak dokładnie takie same w wykończeniu. Niektóre z błyszczących cieni mają wyraźne drobinki, inne dają efekt folii, a jeden jest niemal całkowicie matowy z ledwie widocznym satynowym połyskiem.
Jeśli chodzi o jakość to z pewnością większość z Was wie, czego spodziewać się po tej palecie. Cienie różnią się między sobą jakością. Niektóre wypadają tak dobrze, że mogłyby konkurować z cieniami z wysokich półek, inne są trochę rozczarowujące. W ogólnym podsumowaniu paleta wypada dobrze, a momentami bardzo dobrze. Przy odrobinie cierpliwości i odpowiedniej technice da się z niej sporo wyciągnąć. Wiele razy o tym wspominałam, ale chyba muszę o tym mówić przy każdym wpisie - jakość cieni oceniam wyłącznie na podstawie moich własnych doświadczeń z paletą. Zwykle pracuję na mokrej, lepkiej bazie, używam zbitych pędzli i mam zwyczajnie "ciężką rękę" do cieni. Tak używane cienie sprawdzają mi się dobrze, mają pigmentację pozwalającą zbudować dość intensywny makijaż, nie sypią się przesadnie i blendują bez utraty pigmentu.
Przejdźmy jednak do zawartości paletki!
Przejdźmy jednak do zawartości paletki!
Coconut - we wstępie wspominałam o błyszczących cieniach przypominających mi lukier i to przede wszystkim o ten cień mi chodziło. W palecie wygląda na niepozorny, blady odcień, na skórze kiedy jest mało światła wydaje się niemal przezroczysty, ale gdy złapie światło... dzieją się cuda. To jeden z moich ulubionych cieni w tej palecie. Przepiękna, zielonkawo-złocisto-błękitna tafla blasku. Cudnie rozświetla makijaż, nadaje mu lekki kolorystyczny akcent jednocześnie nie będąc nachalnym.
Almonds - trochę skuchy i mało napigmentowany odcień beżu. W dodatku dość ciemny więc nie każdemu się sprawdzi. Szkoda, bo przez to, że jest idealnie wyważonym, neutralnym odcieniem bez wyraźnych żółtych czy różowych tonów, zapowiadał się naprawdę obiecująco.
Craze - perłowy średni brąz w ciepłym odcieniu z lekką nutą miedzi. Miękki i ładnie napigmentowany.
Divine - to ten cień o wykończeniu shimmer, który jest jak dla mnie niemal całkowicie matowy. Ciemny, brudny odcień zieleni przywodzi mi na myśl jakiś pojazd wojskowy. Ponieważ w palecie brakuje ciemnego matu ten cień w wielu przypadkach przydaje się do nadania głębi. Niestety trochę traci przy rozcieraniu ale nie na tyle by nie dało się tego uratować po prostu dokładając cień tam, gdzie tego potrzebuję.
Nom Nom - Prawdziwa gwiazda tej palety. Mocny, żywy turkus o niemal foliowym wykończeniu. Zaskakująco dobrze się rozciera nie tracąc przy tym intensywnego odcienia.
Baked with love - Jeden z czterech cieni matowych w tej palecie. Niestety bardzo podobny do dwóch innych i akurat moim zdaniem ten najmniej pasuje do palety. Jest nieźle napigmentowany. Średni brąz o tak ciepłych tonach, że pokusiłabym się o nazwanie go ciemnym ceglastym.
Dessert - Kolejny, który absolutnie kocham w tej palecie. W opakowaniu wygląda niepozornie, ot taki brzydki, brudny złoty, ale na skórze pokazuje swoje prawdziwe oblicze. W zależności od światła połyskuje na złoto lub nieco bardziej na zielono, w efekcie daje na powiece cudowny limonkowy blask. Jeszcze w żadnej palecie nie widziałam tak nietypowego cienia!
Petite - Kolejny cień błyszczący w odcieniu miedzianego brązu. Tym razem jaśniejszy i nieco bardziej miedziany niż brązowy. Ma też mocniejszy blask niż cień Craze dzięki czemu daje na skórze bardziej foliowy niż perłowy blask.
Sweet Treat - Jeśli komuś mało koloru w palecie to właśnie dotarliśmy do drugiego prawdziwie przyciągającego uwagę cienia. W palecie różni się minimalnie, jednak na skórze różnica jest mocno widoczna. Jest on nieco suchszy od Nom Nom przez co na skórze daje mniej foliowy, a bardziej lśniący drobinkami efekt. Różni się też kolorem, Sweet Treat jest bardziej morski, ma więcej zielonkawych tonów i jest mniej intensywny; kolor stanowi tu bazę dla mnóstwa srebrnego pyłku dającego efekt migotania na skórze.
Sugarcoated - po raz kolejny wspomnę o lurze, bo ten cień zdecydowanie najbardziej go przypomina. Na skórze bez światła wydaje się niemal niewidoczną srebrzysto-białą poświatą. Gdy złapie trochę światła widać, że oprócz połyskującej bieli ma w sobie sporo błękitu i odrobinę fioletu przez co daje na oku świeży, zmrożony efekt.
Blueberry - Wspominałam, ze cienie shimmer różnią się między sobą i na tym cieniu bardzo to widać. Baza w kolorze zgaszonego, przydymionego fioletu jest tylko tłem dla mnóstwa srebrnych iskierek. Żałuję, że jest tak suchy i trudny w pracy, bo można nim uzyskać fantastyczny efekt, jednak wiele osób z pewnością go nie polubi właśnie przez trudność w pracy
Whisk - Ten cień kojarzy mi się z whisky i nie wiem, czy to zasługa koloru czy też nazwa podpowiada mi to skojarzenie. To chyba najbardziej miękki i błyszczący cień w tej palecie. Daje oszałamiający foliowy blask. A kolor? Jak wspomniałam mi przypomina whisky - trochę złocisto-bursztynowy, momentami przywodzi na myśl stare złoto.
Icing - Lekko połyskujący w wykończeniu. Dość ciekawy odcień zieleni, jednocześnie żywej i przygaszonej. Na skórze wychodzi nieco cieplejszy i mniej żywy niż w palecie.
Chocolate - Chyba najładniejszy matowy cień w palecie. Idealnie wyważony średni brąz o ciepłych, ale nie ceglanych tonach. Świetnie się rozciera, ale nie da się nim zbudować dużej intensywności.
Heavenly Bite - Bardzo podobny do poprzedniego. Średni matowy brąz tym razem ma w sobie więcej czerwonych tonów. Jest najsuchszy ze wszystkich matów i dość słabo się rozciera.
Finishing Touch - Cudny perłowy granat na ciemnej szarawej bazie. Trzeba się z nim przez to trochę pobawić żeby go ładnie rozetrzeć, ale kolor ma przepiękny i myślę, że byłby cudownym cieniem do urozmaicenia czarnego smoky eye.
Meringue - miedziano -złoty odcień o perłowym wykończeniu. Ładnie połyskuje, jest miękki i pięknie odświeża makijaż przez swoje żywe, pomarańczowawe tony.
Dazzling - Ten cień lubię najmniej. Nie ze względu na pracę, bo zarówno pigmentacja jak i wykończenie z mnóstwem maleńkich iskierek pozwala uzyskać tym cieniem piękne efekty, ja jednak nie polubiłam się z kolorem. Szarawo-grafitowy odcień w połączeniu ze srebrnymi drobinami daje ładny efekt na swatchu, ale na oku mało komu pasuje, zwłaszcza, że rozciera się do szarego, który bardzo źle komponuje się z moim ciepłym typem urody.
W mojej ocenie paletka wypadła dobrze. Tylko niektóre cienie mogą wymagać więcej pracy i są to głownie cienie matowe. Zdecydowana większość wypada dobrze pod względem pigmentacji, sporo cieni błyszczących jest wprost zachwycających. Nie miałam z nią problemów przy pracy, cienie blendują się dobrze, można je budować i nie robią plam. Kompozycja cieni bardzo mi się podoba, nie można jednak powiedzieć, że jest idealna. Mała ilość matowych cieni nie byłaby może dużą wadą, gdyby nie to, że trzy z czterech matów w palecie jest do siebie bardzo podobnych. Wśród błyszczących cieni także znajdziemy kilka bardzo do siebie podobnych. Zdecydowanie na plus wyszłoby palecie gdyby zamiast tak zbliżonych odcieni w palecie znalazła się czerń czy ciemny brąz. Osobiście brakuje mi też matowego turkusu, który świetnie uzupełniłby te piękne błyszczące turkusy i morskości. Mimo to uważam, że paletę warto mieć chociażby ze względu na te cudowne limonkowe cienie, które mogłyby konkurować z dużo droższymi cieniami czy pigmentami.
Koniecznie dajcie znać, czy paletka Wam się podoba, a może macie już ją i chcecie podzielić się swoją opinią?
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
MUR Lemon Drizzle Chocolate Palette | Recenzja
Witajcie!
Ponieważ wyzwanie z paletami bardzo podoba się zarówno mnie, jak i Wam to zaczynam właśnie kolejną paletę! Niedawno trafiły do mnie pastelowe czekoladki z Makeup Revolution. Wiecie, że uwielbiam te palety więc i te słodkości musiałam mieć! Dziś na warsztat weźmiemy tę, która najbardziej się Wam spodobała czyli Lemon Drizzle
Opakowanie tych czekoladek w kształcie zupełnie nie różni się od pozostałych. Różni je jednak kolorystyka. Zwykle czekoladki były całe w jednym kolorze lub były kolorowo-ciemne. Tym razem Makeup Revolution postawiło na jasną bazę palety. Jej wnętrze jest w kolorze jasnego beżu, co moim zdaniem bardzo pasuje do kolorowych kompozycji cieni w środku. Między sobą te pastelowe palety różnią się kolorami kostek czekolady na opakowaniu. Lemon Drizzle to ta w odcieniach pastelowej żółci.
Wnętrze paletki jest już zmienione względem wcześniejszych wersji czekoladek. Tu nie mamy powiększonych cieni. Wszystkie są w tym samym rozmiarze, ale jest ich więcej. Czy to dobra zmiana? Zdania są podzielone, ale osobiście bardzo lubiłam poprzedni układ cieni i wolałabym, żeby został niezmieniony. Dobrą zmianą natomiast jest to, że od teraz nazwy cieni mamy nadrukowane na palecie a nie na folijce ochronnej co znacznie ułatwia pracę blogerom i youtuberom.
W palecie mamy 18 cieni z czego aż dziesięć to cienie matowe. Przynajmniej tak twierdzi producent. Osobiście jeden z tych cieni nazwałabym cieniem satynowym, ponieważ wyraźnie widzę w nim połysk, którego na pewno nie nazwałabym matem. Pozostałe osiem cieni mają wykończenie błyszczące - niektóre z nich są tak mocne, że pokusiłabym się o nazwanie ich foliowymi.
O jakości nie będę się szczegółowo rozpisywać ponieważ chyba nie ma osoby, która nie zna tych paletek - jeśli nie osobiście to chociaż z recenzji na blogach i kanałach YT. Jeśli jednak ktoś potrzebuje przypomnienia: cienie błyszczące są rewelacyjne! Niektóre z nich można z powodzeniem nazwać foliowymi, świetnie się z nimi pracuje, dają fajne delikatnie iskrzące wykończenie i raczej się nie sypią. Co do cieni matowych to są o nich różne opinie, ale pamiętajmy, że wiele zależy od preferencji i techniki wykonywania makijażu. Ja makijaże zawsze robię na nieprzypudrowanej, mokrej bazie i mam do cieni "ciężką rękę"(jak grzebnę pędzlem w cieniu to chyba nie ma palety, która nie dałaby mocnej pigmentacji). Dlatego też bardzo lubię matowe cienie z paletek Makeup Revolution i uważam, że mają dobrą pigmentację, sporo da się z nich wycisnąć, nie sypią się bardziej niż cienie z innych palet , w większości dobrze się rozcierają i nie tracą przy tym pigmentu.
No ale przejdźmy do zawartości palety bo chyba wszyscy na to czekają!
Afternoon Tea - nazwa nieźle opisuje ten kolor. To matowy średni brąz w takim właśnie herbacianym odcieniu. Świetny do budowania załamania powieki.
Just a bite - aj, ten to jest prawdziwy kąsek. Miedziany ciepły kolor o wręcz foliowym wykończeniu i fantastycznej pigmentacji.
Sugar - matowy beż tak jasny, że niemal biały, jednak ma w sobie minimalną ilość waniliowych tonów. Jak na tak jasny cień to ma dobrą pigmentację
Scrumptious - Fajny ciemny brąz w którym dostrzegam jakieś nuty zgaszonego fioletu. Kolor bardzo ładny, ale mam wrażenie, że jest trochę bardziej suchy od pozostałych matów tej marki. Zdecydowanie mają w paletach lepsze matowe brązy.
Butter - matowy jasny cień w kolorze... no takim maślanym. Bardzo mocno rozbielony pastelowy żółty. Niestety też jest dość suchy.
Baked - o matko jaki to jest kolor! Ciepły bordowy kolor przywodzący mi na myśl wiśnie w czekoladzie o foliowym wykończeniu. No cudo!
Slice of cake - Matowy ciemny brąz. Na skórze wychodzi jaśniej niż w palecie i wybijają z niego herbaciane chłodne tony. Fajny cień, bo przepięknie się blenduje i cudownie łączy z innymi cieniami, ale osobiście nie pogniewałabym się gdyby był ciemniejszy.
Lemon Slice - matowy żółty, ale nie taki kanarkowy żółty tylko... bogaty odcień żółtego. Oj jak ja sobie ostrzyłam ząbki na ten odcień... Zółty cień jest zwykle dość problematyczny więc nie mogę na niego narzekać. Na bazie da się go zbudować do przyzwoitej pigmentacji, ale wymaga nieco więcej zaangażowania niż inne cienie.
Citrus - Matowa żywa czerwień z lekkim pomarańczowym wybiciem. Zdecydowanie po tej ciepłej stronie czerwieni. Trochę się bałam, że będzie kiepska, ale okazuje się, że ma pigmentację akurat pozwalającą na fajne zbudowanie bez obaw, że jednym dotknięciem zrobimy sobie plamę.
Fluffy - Prawdziwe złoto! Fantastycznie się nakłada i niesamowicie błyszczy. Uwielbiam ten cień!
Tempting - Zgaszony pomarańczowo brązowy cień. Matowe wykończenie i fajna pigmentacja. Fajnie rozciera granice bardzo ciepłych makijaży.
Delicious - To jest ten "matowy" cień, którego ja nie mogę nazwać matem bo definitywnie widzę, że połyskuje na niebiesko. Bardzo nieoczywisty kolor. Coś pomiędzy ciepłym średnim fioletem, a ciemną fuksją. Kolor jest ładny i nieźle się nakłada, ale zdecydowanie najgorzej się blenduje gdyż zmienia kolor podczas rozcierania na ciemny róż.
Sunshine - matowy cień w kolorze bardzo podobny do cienia Tempting, ale gdy nałożę je obok siebie widzę, że Tempting jest nieco bardziej pomarańczowy, a Sunshine jest ciut jaśniejszy i odrobinę bardziej brzoskwiniowy.
Zestful - Ciemny ciepły brąz o błyszczącym wykończeniu. Jest ciepły, ale nie widać w nim złotych tonów, to czysty, czekoladowy brąz.
Tangy - Złoto o błyszczącym wykończeniu. W palecie wygląda niemal identycznie jak Fluffy, ale w porównaniu z nim wypada chłodniej, ma minimalnie zielonkawy odcień i daje gładszą, mniej iskrzącą taflę na skórze.
Zingy - Chłodny ciemny brąz o błyszczącym wykończeniu. Nie daje aż takiej tafli na skórze jak pozostałe, jest faktycznie bardziej shimmer niż foliowy.
Sharp but sweet - Średni matowy beż, o świetnej pigmentacji i ładnym cielistym kolorze, jednak trochę go nie rozumiem. Jest za ciemny żeby większość z nas nazwała go cieniem bazowym, ale za jasny, żeby użyć go do czegokolwiek innego. No ale odcień ma ładny, tak "zdrowy" beżowy, ciemniejszym, opalonym karnacjom może się spodobać
Nothing but crumbs - Kolejne błyszczące złoto w tej palecie. Ten cień jest najbardziej shimmer ze wszystkich złotych odcieni i najciemniejszy. Ma w sobie nieco pomarańczowych podtonów.
Podsumowując - Paletka jest nieźle skomponowana chociaż jest tu kilka cieni, bardzo podobnych do siebie, które z powodzeniem można by zamienić na inne. Nie można jednak powiedzieć, ze czegoś tej palecie brakuje. Jeśli lubicie ciepłe odcienie to znajdziecie tu zarówno cienie bazowe, kilka matów świetnie nadających się jako cień do roztarcia granic ciemnych makijaży ale też do budowania kształtu w makijażu dziennym. Są tu też ciemniejsze maty, troszeczkę bardziej szalonych kolorów i piękne błyski. Jeśli miałabym się na siłę czepiać to powiedziałabym, że brakuje mi tu jasnego błyszczącego cienia, który rozświetliłby kącik w makijażu dziennym oraz czegoś bardzo ciemnego do budowania głębi w mocniejszych makijażach. Nie będę się jednak czepiać bo wydaje mi się, że w zamyśle miała to być paleta uzupełniająca, a nie koniecznie samowystarczalna.
Oczywiście jak możecie się domyślać już za chwilę zacznę Wam pokazywać makijaże do wyzwania stworzone tą paletą. Instagram jak zawsze zobaczy wszystko wcześniej więc polecam mnie tam obserwować KLIK !
Dajcie znać co sądzicie o tej palecie, czy Wam się podoba, a może ją macie i chcecie podzielić się ze mną opinią o niej? Piszcie w komentarzach!
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
MUR 24k Gold | Recenzja
Witajcie!
Poprzedni post z recenzją paletki bardzo się Wam spodobał, dlatego dzisiaj przychodzę pokazać Wam kolejną czekoladową paletkę od Makeup Revolution. Pokażę Wam jedną z nowszych czekoladek, czyli 24k Gold. Trafiła ona do mojej kosmetyczki niedawno, ale sporo już się nią bawiłam, poza tym wybrałam ją jako drugą do wyzwania 7 dni z jedną paletą, więc mogę Wam już sporo o niej opowiedzieć
Opakowanie jak zawsze mnie zachwyca. Niektórzy narzekają na design czekoladek MUR, ja jednak bardzo go lubię. Tym bardziej w tej wersji, bo połączenie ciemnego plastiku z błyszczącym, metalicznym złotem wygląda moim zdaniem bardzo elegancko i wręcz sprawia wrażenie kosmetyku droższego niż jest w rzeczywistości. Może nie jest to najważniejsze przy wyborze kosmetyków, ale ja jednak lubię, gdy produkt wygląda po prostu ładnie.
Ponieważ jest to jedna z nowszych paletek ma ona też nową formułę. Starsze czekoladki były bardzo dobrej jakości, ale te wręcz zachwycają. Cienie są miękkie w dotyku, przyjemne w pracy i ładnie napigmentowane. Nie są zbyt suche przez co fajnie chwytają się powieki i dobrze oddają pigment, ale nie są też przesadnie napigmentowane więc nie tworzą w plam i nie osypują się. Łatwo się z nimi pracuje ponieważ dobrze się łączą, ładnie blendują i można je budować by uzyskać naprawdę mocny efekt.
Jeśli chodzi o kolorystykę paletki to jest jak dla mnie dość nietypowa. Z jednej strony ciepła, z drugiej ma też w sobie sporo chłodniejszych odcieni. Paletka ma w sobie siedem matowych cieni, wśród których - oprócz takiej klasyki jak matowy beż i czerń - znajdziemy trzy chłodniejsze, złamane szarością brązy o różnym stopniu jasności, jeden piękny, ciepły, czekoladowy brąz, oraz śliczny brzoskwiniowy cień, który jednak bardziej wpada w pomarańcz niż róż. Jeśli chodzi o maty to kompozycja jest naprawdę udana i uniwersalna. Sprawdzi się do zbudowania bazy wielu makijaży i nie wymaga wspomagania się cieniami z innych palet, co dla mnie jest dużym plusem. Lubię mieć wszystko w jednej palecie.
W przypadku cieni błyszczących jest dużo większy wybór. Cieni o tym wykończeniu jest tu aż dziewięć, a ich przekrój kolorystyczny jest naprawdę zaskakujący. Oprócz czterech odcieni złota - od jasnego, szampańskiego, przez klasyczne aż po złoto wpadające w odcienie oliwki - znajdziemy tu też fajne, czerwonawe brązy, subtelną morelę oraz chłodne, miętowe złoto i metaliczną czerwień. Ta kompozycja z jednej strony pozwala na stworzenie wielu różnorodnych makijaży, ale też wymaga nieco skupienia w trakcie malowania, bo kolory nie zawsze do siebie pasują.
Pokażę, Wam teraz swatche na ręce, cienie z palety nabierałam od góry, od lewej do prawej. Na ręce jest to od lewej strony w dół, następnie prawa strona w dół. Czyli swatche po lewej stronie do cały pierwszy rządek i trzy pierwsze cienie z drugiego rzędu, a swatche po prawej to trzy ostatnie cienie z drugiego rządka i cały dolny rząd.
Bling - Jeden z dwóch cieni, które mają zwiększoną pojemność. To klasyczny odcień złota, nie przesadnie żółty ale też nie chłodny. Można by powiedzieć, że jest tak klasyczny, że aż nudny, ale myślę, że nie tylko ja lubię takie odcienie.
Lustre - zaskoczeniem w tej palecie jest to, że matowy beż jest w małej pojemności, a nie tak jak we wcześniejszych paletkach w większej. Ma ładny, jasny, neutralny kolor bez wyraźnych żółtych czy różowych tonów. Niestety jako jedyny jest dość suchy i nie powala pigmentacją
Spirit - Przyznam, że nie za bardzo mi się podoba. W palecie jest to jasny, szaro-brązowo-różowy cień, który na skórze wygląda bardziej różowo i pastelowo. Jak na tak jasny kolor ma dobrą pigmentację, ale zdecydowanie nie jest to odcień, po który będę sięgać.
Spice - Kolejny klasyk. Średni brąz o chłodnych tonach. Wyraźnie przełamany szarością i może minimalną ilością fioletu. Mimo chłodnego odcienia uważam, że jest ładny i będzie dobry do konturowania powieki, zwłaszcza, że ma świetną pigmentację.
Glided - Świetny odcień, którego wręcz nadużywam gdy sięgam po tę paletę. Jasny odcień kojarzący mi się z karmelowym cappucino. Trochę przybielony, trochę przyszarzały, a jednak ma w sobie wyraźne, ciepłe tony. Świetny do rozcierania bo nie jest za mocny, świetnie łączy się z innymi kolorami i pozwala uzyskać bardzo naturalnie wyglądające roztarcie granic makijażu.
Flare - Mam kłopot z określeniem tego koloru. W palecie wygląda na dość ciemny ciepły brąz. Na skórze wychodzi jednak jaśniej i bardziej jak ciemna miedź, ale w odpowiednim świetle widać w nim dość mocne czerwone pobłyski.
Stun - kolejny odcień złota, tym razem ciemniejszy i cieplejszy. Jest miękki jak masełko i na powiece wygląda przecudnie.
Real - ostatni w lewym rządku swatchy. Kolejny błyszczący brąz, który na skórze ujawnia sporo czerwonawych tonów. Tym razem jest to jednak chłodniejsza czerwień z jaśniejszym, srebrnawym blaskiem.
Moonlit - pierwszy u góry z prawej strony. Ten odcień ma cieplejszą, brzoskwiniową bazę, ale na skórze wychodzi dość chłodno przez swój srebrzysty blask. Fajny do dziennych, rozświetlonych makijaży.
Glacier - W palecie dość intensywna zieleń, na skórze jednak nieco przygaszona i chłodniejsza. Ciekawy kolor, który sprawdzi się w jesiennych makijażach
Solitaire - Lśniące, oliwkowe złoto. Na skórze wypada cieplej niż w palecie, ale i tak nie da się w nim przeoczyć brązowo-zielonkawych tonów
Rock - To miał być mój hit tej palety. Głęboka, ciemna, winna wręcz czerwień o matalicznym wykończeniu, na skórze nie wypada już aż tak głęboko i więcej w niej pomidorowych, niż winnych tonów.
Stone - Dość jasny, matowy kolor w odcieniach brzoskwini. Mieszanka różu z pomarańczem, jednak więcej w nim ciepłych niż chłodnych tonów.
Satellite - Matowa czerń. Dość dobrej jakości czarny cień, raczej z tych czerni na bazie granatu czy grafitu niż brązu. Wygląda przez to na intensywną, ale niezbyt ładnie się rozciera. Zdecydowanie warto rozcierać ją odrobiną brązu niż po prostu czystym pędzlem bo może wyglądać brudno
Gem - Ostatni cień błyszczący. Ten również ma większą pojemność, więc w palecie mamy aż dwa duże, błyszczące cienie. Myślę, że będzie miał wiele fanek, bo jest to odcień dość jasny, szampański, o neutralnych tonach. Sprawdzi się nie tylko na powiekach, ale też jako rozświetlacz.
Podsumowując - to fajna paletka, która zawiera w sobie uniwersalny, samowystarczalny zestaw matów i sporo błysków pozwalających zaszaleć z makijażem. Moim zdaniem super się sprawdzi do jesiennych makijaży przez swoją nietypową kolorystykę. Trochę mnie zawiodła tym, że wiele cieni wypada na skórze inaczej niż w palecie, ale nie mogę napisać, że jest złą paletką. Dobrze się z nią pracuje i pozwala na sporo szaleństwa, dlatego jeśli lubicie takie jesienne kolory i szukacie palety, która zaoferuje wam nieco różnorodności to warto się nią zainteresować.
Dajcie znać, co sądzicie o tej palecie. Jeśli ją macie to koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią na jej temat!
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Death by Chocolate VS Naked Chocolate | Porównanie
Słodkie pachnące czekoladki, nie tuczą za to pięknie podkreślają urodę. Kto o nich nie marzy? Mi marzy się cała trójeczka i z pewnością niedługo trafi do mnie ostatnia z czekoladowych siostrzyczek. Na razie w moim posiadaniu są dwie - Death by Chocolate i najnowsza, biala Nakded Chocolate. O cudownych właściwościach każdej z osobna rozpisywałam się [tutaj] i [tutaj], a dzisiaj chcialabym zaprezentować wam obie czekoladki w chyba pierwszym moim porównaniu. Może przyda się to osobom, które zastanawiają się nad zakupem którejś z nich.
Pierwsza różnica której nie da się przeoczyć to wygląd opakowania. Ogólnie czekoladki są identyczne, tak samo dobrej jakości wykonanie, trójwymiarowa faktura, jednak różni je kolor. Death by Chocolate ma barwę gorzkiej czekolady deserowej, jest ciemna i chłodna. Natomiast Naked Chocolate ma fajne żółto-beżowe zabarwienie naprawdę przypominające białą czekoladę.
Dostrzegam pewną różnicę w zapachu obu palet. Naked Chocolate pachnie dużo mocniej i jakby... waniliowo, trochę mlecznie ale jednak czekoladowo, natomiast Death by Chocolate to typowy zapach kakao, który jest slabiej wyczuwalny przy otwarciu paletki.
Układ Cieni jest identyczny. 16 cieni zarówno matowych jak i błyszczących w tym dwa o podwojonej gramaturze - jest to zawsze matowy jasny cień przeznaczony do nakładania na całą powiekę oraz cień rozświetlający, który akurat moim zdaniem nie musi być taki duży bo chyba jasnego perłowego cienia nikt jie używa w jakiś nadmiernych ilościach.
Zdecydowaną różnicą jest temperatura cieni zawartych w paletkach. Zdecydowanie Deatch by Chocolate jest paletką chłodniejszą. Odcienie w niej zawarte mają zwykle chłodną tonację, bardziej szarawą, Naked Chocolate to paletka zdecydowanie ciepła, więcej jest tu czerwonawych, czekoladowych brązów, lekko miedzianych lub złotawych.
Death by Chocolate zawiera więcej cieni matowych, tutaj jest ich aż 7, natomiast w białej czekoladce tylko 5. Naked Chocolate wydaje mi się jednak bardziej naturalna, nie posiada kolorów takich jak czerń (co akurat może być jej wadą) lub fiolet, za to posiada kolory zdecydowanie bardziej naturalne no i dwa szarawe transferowe brązy, za co należy jej się duży plus.
Obie paletki zawierają sporo kolorów, które są do siebie podobne:
Cienie o podwojonej gramaturze, jasne maty z obu paletek. Na zdjęciu wyszły bardzo podobnie, jednak White Light jest moim ulubieńcem. To bardzo jasny mat o dobrej pigmentacji o waniliowych ciepłych tonach. Smoothly jest zdecydowanie chłodny i różowy.
Złoto czyli mój ulubiony kolor cieni. Pojawia się w obu paletkach, jednak nie jest takie samo. Fool's Gold ma fajny odcień prawdziwego złota, w porównaniu z lekko miedzianym Double Dip wypada raczej chłodno.
W obu paletkach znajduje się cień o tej samej nazwie - Dipped. Ten z Deatch by Chocolate to bardzo chłodny szarawy odcień o lustrzanym wręcz blasku. Dipped z Naked Chocolate jest cieplejszy i nieco mniej połyskujący, na powiece wygląda bardzo naturalnie.
One More Bar i Sweet Shop są tak podobne, że naprawdę miałabym problem odróżnić który jest który. Oba są fajne, neutralne, czekoladowe... One More Bar jest chyba nieco chłodniejszy, ale przez to wygląda naturalniej i na powiece nie staje się rudy.
Cienie rozświetlające. Tym razem porównan trzy, bo w paletce Naked Chocolate oprócz dużego rozświetlającego cienia znajduje się jeszcze jeden mały. I nie wiem czemu, mam wrażenie że ten mały niepozorny Adorable to ten sam cień co rozświetlający z ciemnej czekoladki Bring Down Angels. Oba na dloni wyglądają identycznie- delikatna tafla o szampańskim odcieniu. Way jest inny i przez to jest moim ulubionym- jest typowo złoty i żołty.
Cieni transferowych też mamy w paletkach aż trzy. Najładniejszy moim zdaniem jest Break me Up przez swoj chłodny brązowy odcień bez fioletowych tonów. Tob-le-rone to również ładny kolor ale zawiera w sobie minimalną nutkę różu. Milky to już brąz na różowym podbiciu
W każdej z paletek są cienie fajniejsze i mniej fajne, w każdej znajdzie sie cień, którego kompletnie nie używam. Mimo to obie paletki uważam za godne zainteresowania. Najfajniej by było, gdyby można było zlożyć jedną, swoją idealną czekoladkę z dostępnych kolorów.
Dajcie znać co sądzicie o tych paletkach i czy lubicie czekoladki od Makeup Revolution :)
NEW IN: Styczeń/luty 2015
Mało mnie tu ostatnio, ale nie krzyczcie! Wiecie, matura, dyplomy, obrona... wszystko na raz a czas goni! Dlatego niezbyt często sie tu pojawiam, ale staram się jak mogę, żeby chociaż czasami znaleźć wolną chwilę na napisanie czegoś.
Dzisiaj tradycyjnie, początek miesiąca więc trzeba pokazać co zakupiłam w ciągu ostatnim czasie. Tym razem będą to zakupy z aż dwóch miesięcy, gdyż w styczniu zakupy były tak skromne, że nie warto było ich wam pokazywać. Za to w lutym zaszalałam nieco bardziej, więc zapraszam do oglądania :)
1. Essence Hello Autumn. Brakowało mi fajnego nudowego matu do ust. Ten kolor wpadł mi w oko i również zachęcił niską ceną. Calkowicie matowy nie jest, a szkoda bo takie lubię, ale ma fajny kolor i wygląda bardzo naturalnie.
2. Classic lip pencil 325. Trwają poszukiwania idealnej matowej pomarańczki do ust! Niestety ta jest wciąż zbyt czerwona jak na moje potrzeby.
3. Makeup Revolution Scandalous Vice. Kolejny etap poszukiwania pomarańczki na wiosnę. Ta jest świetna pod względem koloru - neonowa, pomarańczowa, soczysta. Niestety bardzo kremowa przez co nie utrzymuje się wybitnie długo i jest półtransparentna.
Real Technics Miracle Complecsion Sponge. Poprzednia sztuka służyła mi ponad pół roku i chciałam nawet pokazać wam jak po tym czasie wygląda przy codziennym używaniu, ale niestety... kot zrobił sobie z niej zabawkę. Nie umiem malować się pędzlem, więc zakupiłam nową sztukę.
Makeup Revolution Ultra Contour Kit Fair. Zestawik do konturowania jakoś tak sam mi się kliknął. Jego mały rozmiar będzie zaletą na wyjazdach, tak samo jak to, że mamy tutaj wszystko w jednym. Róż to niezła podróbka orgasmu, a bronzer ma fajny matowy, dość chłodny kolor, dobry nawet dla mojej bladej twarzy.
Czytaj dalej »
Dzisiaj tradycyjnie, początek miesiąca więc trzeba pokazać co zakupiłam w ciągu ostatnim czasie. Tym razem będą to zakupy z aż dwóch miesięcy, gdyż w styczniu zakupy były tak skromne, że nie warto było ich wam pokazywać. Za to w lutym zaszalałam nieco bardziej, więc zapraszam do oglądania :)
1. Wibo Blush Creme. Róż z limitowanej kolekcji Paryskiej Wibo. Skusiłam się i żaluję, bo chodziaż kolor ma przepiękny, to co z tego, skoro okazal się zupełnie innym produktem niż miał być? Co o nim myślę napisalam już tutaj.
2. Lovely Curling pump up mascara. Jak już byłam w Rossmannie to skusiłam się na osławiony i wychwalany przez wszystkich tusz. Fakt, że mój się już skończył i niska cena podczas gdy akurat miałam chwilowy kryzys gotówkowy przemówiły na jego korzyść. Powiem szczerze, że jest ok, ale szału na mnie nie zrobił, zwłaszcza że bardzo szybko wysechł.
1. Essence Hello Autumn. Brakowało mi fajnego nudowego matu do ust. Ten kolor wpadł mi w oko i również zachęcił niską ceną. Calkowicie matowy nie jest, a szkoda bo takie lubię, ale ma fajny kolor i wygląda bardzo naturalnie.
2. Classic lip pencil 325. Trwają poszukiwania idealnej matowej pomarańczki do ust! Niestety ta jest wciąż zbyt czerwona jak na moje potrzeby.
3. Makeup Revolution Scandalous Vice. Kolejny etap poszukiwania pomarańczki na wiosnę. Ta jest świetna pod względem koloru - neonowa, pomarańczowa, soczysta. Niestety bardzo kremowa przez co nie utrzymuje się wybitnie długo i jest półtransparentna.
Real Technics Miracle Complecsion Sponge. Poprzednia sztuka służyła mi ponad pół roku i chciałam nawet pokazać wam jak po tym czasie wygląda przy codziennym używaniu, ale niestety... kot zrobił sobie z niej zabawkę. Nie umiem malować się pędzlem, więc zakupiłam nową sztukę.
Lakiery trafiły do mnie od Orientalmeat, u której to wygrałam rozdanie. To moje pierwsze lakiery Orly i pierwsza modeleczka. Z niej jestem najbardziej zadowolona. Ten kolor marzył mi się odkąd pojawiły się pierwsze zapowiedzi neonowej kolekcji.
Makeup Revolution Ultra Contour Kit Fair. Zestawik do konturowania jakoś tak sam mi się kliknął. Jego mały rozmiar będzie zaletą na wyjazdach, tak samo jak to, że mamy tutaj wszystko w jednym. Róż to niezła podróbka orgasmu, a bronzer ma fajny matowy, dość chłodny kolor, dobry nawet dla mojej bladej twarzy.
Makeup Revolution Naked Chocolate. Nowa gwiazda mojej toaletki. Piękna biała słodkość zdetronizowała na razie Death by Chocolate, co jest sporym wyczynem! Paletka jest cudowna, świetna jakościowo, świetnie wykonana no i te kolory! Mniam! Niedługo napiszę o niej więcej!
Napiszcie mi co wy kupiłyście ostatnio wartego uwagi? A może przed czymś chcecie mnie ostrzec? Jesli miałyście lub macie któryś z tych produktów zapraszam do wyrażenia swojej opinii :)
Dziękuję za uwagę i do następnego :*
Etykiety:
Blush,
Bronzer,
chocolate,
Makeup Revolution,
Models Own,
naked chocolate,
New In,
Orgasm,
Orly,
podsumowanie lutego,
podsumowanie miesiąca,
podsumowanie stycznia








