Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tanie kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tanie kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
MUR Cotton Candy Chocolate Palette
Witajcie! Przychodzę dzisiaj do Was z kolejną recenzją pastelowych czekoladek od Makeup Revolution. To już ostatnia z tej trójki, wielu osobom podoba się najbardziej, a ja zostawiłam ją sobie na koniec. Dlaczego? Zapewne sporo z Was już się domyśla, ale jeśli jesteście ciekawi co o niej myślę i dlaczego jest tą ostatnią to zapraszam do lektury!
Cotton Candy to pastelowa, różowa czekoladka. Opakowanie jak w jej pastelowych siostrach jest beżowe, tym razem jednak rozpływające się kostki czekolady mają pastelowy, różowy kolor. Nie da się nie przyznać, że wygląda słodko! Chyba najsłodziej z całej trójki.
Wnętrze zdecydowanie utwierdza nas w pierwszym, słodkim odczuciu. Wnętrze paletki jest równie urocze i słodkie jak jej opakowanie. Według producenta w palecie znajdziemy 3 cienie matowe i aż 15 określonych jako shimmer, ale jak zapewne wiecie z poprzednich recenzji - cienie błyszczące znacznie różnią się między sobą wykończeniem. Paleta zwiera głównie jasne i średnie kolory idealne do stworzenia delikatnego makijażu dziennego. Głównie jasne brązy, błyszczące beże oraz sporo róży i fioletów, ale nie takich rzucających się w oczy, są to raczej odcienie delikatniejsze i bardziej codzienne.
Jeśli chodzi o jakość to paletka nie odbiega od swoich sióstr. Niektóre cienie są przeciętnej jakości, sporo jest po prostu dobrych, a kilka dosłownie zachwycających. Czy ta różnica świadczy źle o palecie? Osobiście uważam, że nie. W codziennym makijażu, do którego dedykowana jest ta paleta, zdecydowanie lepiej sprawdzą się cienie o dobrej, ale nie powalającej pigmentacji. Takie, które można dołożyć i zbudować bez obaw, że nakładając w pośpiechu makijaż zrobimy sobie plamę, albo przesadzimy z intensywnością makijażu. W pracy na suchej powiece cienie niemal same się blendują, nieźle przyczepiają do skóry i raczej nie znikają w ciągu dnia. Nakładane tak jak lubię - na mokrą, lepką bazę - dają się naprawdę ładnie zbudować!
Warto zaznaczyć, że w palecie nazwy cieni nadrukowane są bezpośrednio na palecie co zdecydowanie ułatwia życie. Przejdźmy zatem do poszczególnych cieni, żebym mogła opowiedzieć Wam o nich więcej!
Topped - Mogłabym mieć taki cień w każdej palecie! Jasne, mocno żółte złotko o błyszczącym wykończeniu. Roztarty daje efekt lśniącej na złoto tafli bez widocznego koloru, dlatego uwielbiam go nakładać na kości policzkowe jako rozświetlacz.
Carnival - Mam problem z kolorem tego cienia. W paletce wygląda na ciepły brąz, na skórze na miedziany, a jak złapie więcej światła jest wręcz pomarańczowy. Ładny, błyszczący i dość nietypowy w odcieniu.
Enjoy - Pierwszy mat w palecie. Jasny, chłodny, taki pastelowy. Jak kawa z dużą ilością mleka. Jest dość suchy i trochę się pyli. Świetny w załamanie powieki bo dosłownie sam się blenduje.
Fancy - Naprawdę nie lubię takich cieni w paletach bo nigdy nie wiem jak okreslić ten kolor. To taki beżo- brąz z dodatkiem różu. Dość ciemny ale niesamowicie sie błyszczy na ciepły srebrzysty kolor więc wypada na skórze jaśniej niż w opakowaniu.
Fairground - Nie jest to typowy cień błyszczący. Jest to raczej jasny, ciepły brąz z mnóstwem złotych drobinek, które o dziwo bardzo dobrze łapią się skóry. Jest trochę suchszy niż bym chciała, żeby był i niestety trochę drobinek osypuje się w trakcie aplikacji, ale jeśli ktoś lubi taki iskrzący efekt to ten cień robi fajne wrażenie.
Sweetheart - Winno-wiśniowy błyszczący cień. Bardzo mi się podoba ten odcień nieco przygaszonego winnego borda. Na zdjęciu niestety nie wyszedł tak ładnie.
Made to Share - Drugi mat w palecie. Ciepły, ceglany średni brąz. Chyba najciemniejszy z matów w tym zestawieniu. Ma najlepszą pigmentację ze wszystkich matów w paletce.
Fairy Floss - To się tak błyszczy, że nie mogę oderwać oczu! Żadno zdjęcie nie oddaje tego, jaki jest cudowny. To kolor przygaszonego, chłodnego różu, które lśni wręcz oślepiająco. Jest trochę trudny w pracy bo jest dość suchy i sypiący ale dla tego efektu zdecydowanie warto się z nim chwilę pomęczyć! Jeden z najbardziej błyszczących cieni w palecie!
Strawberry - No jak sama nazwa mówi - słodki różowy odcień. Dość intensywny, ale nie neonowy. Połyskuje na złoto przez co bardzo przypomina mi kultowy róż z Nars - Orgasm.
Clouds - Szczerze mówiąc nie lubię tego cienia. Ładnie błyszczy, ma fajną, łatwą w pracy konsystencję ale kolor... kojarzycie na pewno jaki kolor ma niebo w pochmurny, mokry listopadowy dzień? No to jest dokładnie ten kolor. Chłodny, szary, jakiś taki brudno-błękitny.
Spun Sugar - Zgaszony, lekko fioletowy. Określiłabym go jako kolor marsala. I to bardzo błyszcząca marsala. Wygląda pięknie na powiece.
Sweet Tooth - Beżowy blask bez wyraźnego koloru. Trochę chłodniejszy od większości rozświetlaczy dostępnych na rynku ale daje dokładnie taki efekt. Nadaje się zarówno na powieki jak i na policzki.
Pretty in Pastel - Następny wręcz metaliczny cień. Tym razem pastelowy fiolet w odcieniu lawendy lub kwiatów bzu. Ten też jest lekko suchy i trochę może się sypać, ale nakładany zbitym pędzlem lub palcem na lepką bazę daje oszałamiającą taflę.
Convection - Oficjalnie najbardziej błyszczący cień jaki ostatnio miałam w rękach! Jaką cudnie metaliczną taflę daje to nie da się ani opisać ani sfotografować żeby nikogo nie oślepić. Miękki i kremowy ładnie się nakłada na powiekę i daje się wypracować z niego metaliczną taflę. Do tego ma bardzo uniwersalny kolor- neutrany beż - będzie na pewno pasował każdemu.
So Sweet - Nie wiem czemu został zakwalifikowany jako shimmer, skoro o ile na palcu jeszcze coś tam połyskuje to na powiece już ledwo ledwo. To raczej bardzo delikatna satyna w odcieniu tak rozbielonego różu, że może wręcz momentami wydawać się zaróżowioną bielą.
Treat for You - Ostatni z matów. Podobny do poprzedniego - średni ciepły brąz - ale w tym przypadku więcej w nim tonów żółtawo -musztardowych niż ceglanych. Sam się blenduje, ale żeby uzyskać taką intensywność koloru jak na zdjęciu trzeba go nabudować nakładając kilka warstw.
Puff - Ciemny śliwkowy fiolet o błyszczącym wykończeniu. Połyskuje lekko na cieplejszy bardziej rożowy odcień. Jak wiadomo fiolety zawsze są trudne, ten jest ładny, w konsystencji i pracy poprawny, da się z niego sporo wykrzesać, ale trzeba uważać żeby nie zrobić sobie dziur i efektu podbitego oka.
Dreams - Ciepły miedziany kolor o mocno błyszczącym wykończeniu. W zależności od światła wydaje się być miedzią bardziej pomarańczową, innym razem ma lekkie nuty różowe.
Moim zdaniem jest to najbardziej uniwersalna i dzienna z pastelowych czekoladek. Wszystkie kolory do siebie pasują, w zasadzie nie ma tu koloru, który by się nie nadawał do użycia na co dzień, albo bardzo odstawał kolorystycznie od reszty. Brakuje mi tu jednak matów. Przydałoby się palecie coś ciemniejszego i może jakiś beż. Poza tym nie mam jej nic do zarzucenia. Dlaczego więc zostawiłam ją na sam koniec? No cóż, nie przepadam za różem w makijażu. Strasznie podobają mi się różowe makijaże i na pewno kilka takich słodkich makijaży stworzę tą paletą, ale raczej poza zdjęciami w takim makijażu mnie nie zobaczycie bo nie pasuje do mnie. Jeśli jednak czujecie się dobrze w różowych makijażach, pasują do Was i Wasze urody to ta paletka będzie świetnym wyborem do dziennych makijaży!
Jeśli macie tą paletkę to koniecznie dajcie znać, jak Wam się sprawdza. Która z pastelowych czekoladek najbardziej Wam się spodobała? Lubicie róż w makijażu?
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
MUR Macaroons Chocolate Palette
Witajcie!
Powoli dochodzę do siebie po długiej i nieprzyjemnej chorobie, ale czuję się już na tyle dobrze by przyjść do Was z kolejnym wpisem! W planach był post z makijażami przy użyciu paletki, o której mogliście poczytać w ostatnim poście KLIK, jednak po zastanowieniu stwierdziłam, że ciekawiej będzie pokazać Wam najpierw wszystkie trzy pastelowe czekoladki, a dopiero później zaprezentować makijaże nimi wykonane. Wszystkie trzy paletki wydają mi się być ciekawe zarówno pojedynczo, ale osobiście traktuję je bardziej jak zestaw niż jako pojedyncze palety.
Dlatego dzisiaj będziecie mogli poczytać o kolejnej paletce Makeup Revolution czyli błękitnej Macaroons.
Dlatego dzisiaj będziecie mogli poczytać o kolejnej paletce Makeup Revolution czyli błękitnej Macaroons.
Opakowanie jak zawsze słodkie. Tym razem beżowe opakowanie ozdobiono błękitną roztapiającą się czekoladką. Moim zdaniem wyszło naprawdę uroczo, wygląd paletki przywodzi na myśl coś jednocześnie słodkiego, ale i orzeźwiającego. I moim zdaniem takie właśnie jest też wnętrze paletki. Zwykle czekoladki tej marki bazują na zwykłych, codziennych kolorach, tu jednak znajdziemy powiew świeżości w postaci intensywnych turkusów i lśniących niczym lukier cieni rozświetlających.
Tak jak w poprzedniej palecie mamy tu osiemnaście cieni, wszystkie równej wielkości. Wypowiadałam się już jakie jest moje zdanie na temat tej zmiany więc chyba nie ma sensu się powtarzać. Jednak zmiana, dzięki której zamiast kolejnej bezużytecznej pacynki mamy w palecie nadrukowane nazwy bezpośrednio pod cieniami jest bezsprzecznie zmianą bardzo pozytywną.
Tym razem w paletce znajdziemy cztery cienie matowe i czternaście nazwanych przez producenta shimmer. Gdy się im bliżej przyjrzymy widać, że nie są jednak dokładnie takie same w wykończeniu. Niektóre z błyszczących cieni mają wyraźne drobinki, inne dają efekt folii, a jeden jest niemal całkowicie matowy z ledwie widocznym satynowym połyskiem.
Jeśli chodzi o jakość to z pewnością większość z Was wie, czego spodziewać się po tej palecie. Cienie różnią się między sobą jakością. Niektóre wypadają tak dobrze, że mogłyby konkurować z cieniami z wysokich półek, inne są trochę rozczarowujące. W ogólnym podsumowaniu paleta wypada dobrze, a momentami bardzo dobrze. Przy odrobinie cierpliwości i odpowiedniej technice da się z niej sporo wyciągnąć. Wiele razy o tym wspominałam, ale chyba muszę o tym mówić przy każdym wpisie - jakość cieni oceniam wyłącznie na podstawie moich własnych doświadczeń z paletą. Zwykle pracuję na mokrej, lepkiej bazie, używam zbitych pędzli i mam zwyczajnie "ciężką rękę" do cieni. Tak używane cienie sprawdzają mi się dobrze, mają pigmentację pozwalającą zbudować dość intensywny makijaż, nie sypią się przesadnie i blendują bez utraty pigmentu.
Przejdźmy jednak do zawartości paletki!
Przejdźmy jednak do zawartości paletki!
Coconut - we wstępie wspominałam o błyszczących cieniach przypominających mi lukier i to przede wszystkim o ten cień mi chodziło. W palecie wygląda na niepozorny, blady odcień, na skórze kiedy jest mało światła wydaje się niemal przezroczysty, ale gdy złapie światło... dzieją się cuda. To jeden z moich ulubionych cieni w tej palecie. Przepiękna, zielonkawo-złocisto-błękitna tafla blasku. Cudnie rozświetla makijaż, nadaje mu lekki kolorystyczny akcent jednocześnie nie będąc nachalnym.
Almonds - trochę skuchy i mało napigmentowany odcień beżu. W dodatku dość ciemny więc nie każdemu się sprawdzi. Szkoda, bo przez to, że jest idealnie wyważonym, neutralnym odcieniem bez wyraźnych żółtych czy różowych tonów, zapowiadał się naprawdę obiecująco.
Craze - perłowy średni brąz w ciepłym odcieniu z lekką nutą miedzi. Miękki i ładnie napigmentowany.
Divine - to ten cień o wykończeniu shimmer, który jest jak dla mnie niemal całkowicie matowy. Ciemny, brudny odcień zieleni przywodzi mi na myśl jakiś pojazd wojskowy. Ponieważ w palecie brakuje ciemnego matu ten cień w wielu przypadkach przydaje się do nadania głębi. Niestety trochę traci przy rozcieraniu ale nie na tyle by nie dało się tego uratować po prostu dokładając cień tam, gdzie tego potrzebuję.
Nom Nom - Prawdziwa gwiazda tej palety. Mocny, żywy turkus o niemal foliowym wykończeniu. Zaskakująco dobrze się rozciera nie tracąc przy tym intensywnego odcienia.
Baked with love - Jeden z czterech cieni matowych w tej palecie. Niestety bardzo podobny do dwóch innych i akurat moim zdaniem ten najmniej pasuje do palety. Jest nieźle napigmentowany. Średni brąz o tak ciepłych tonach, że pokusiłabym się o nazwanie go ciemnym ceglastym.
Dessert - Kolejny, który absolutnie kocham w tej palecie. W opakowaniu wygląda niepozornie, ot taki brzydki, brudny złoty, ale na skórze pokazuje swoje prawdziwe oblicze. W zależności od światła połyskuje na złoto lub nieco bardziej na zielono, w efekcie daje na powiece cudowny limonkowy blask. Jeszcze w żadnej palecie nie widziałam tak nietypowego cienia!
Petite - Kolejny cień błyszczący w odcieniu miedzianego brązu. Tym razem jaśniejszy i nieco bardziej miedziany niż brązowy. Ma też mocniejszy blask niż cień Craze dzięki czemu daje na skórze bardziej foliowy niż perłowy blask.
Sweet Treat - Jeśli komuś mało koloru w palecie to właśnie dotarliśmy do drugiego prawdziwie przyciągającego uwagę cienia. W palecie różni się minimalnie, jednak na skórze różnica jest mocno widoczna. Jest on nieco suchszy od Nom Nom przez co na skórze daje mniej foliowy, a bardziej lśniący drobinkami efekt. Różni się też kolorem, Sweet Treat jest bardziej morski, ma więcej zielonkawych tonów i jest mniej intensywny; kolor stanowi tu bazę dla mnóstwa srebrnego pyłku dającego efekt migotania na skórze.
Sugarcoated - po raz kolejny wspomnę o lurze, bo ten cień zdecydowanie najbardziej go przypomina. Na skórze bez światła wydaje się niemal niewidoczną srebrzysto-białą poświatą. Gdy złapie trochę światła widać, że oprócz połyskującej bieli ma w sobie sporo błękitu i odrobinę fioletu przez co daje na oku świeży, zmrożony efekt.
Blueberry - Wspominałam, ze cienie shimmer różnią się między sobą i na tym cieniu bardzo to widać. Baza w kolorze zgaszonego, przydymionego fioletu jest tylko tłem dla mnóstwa srebrnych iskierek. Żałuję, że jest tak suchy i trudny w pracy, bo można nim uzyskać fantastyczny efekt, jednak wiele osób z pewnością go nie polubi właśnie przez trudność w pracy
Whisk - Ten cień kojarzy mi się z whisky i nie wiem, czy to zasługa koloru czy też nazwa podpowiada mi to skojarzenie. To chyba najbardziej miękki i błyszczący cień w tej palecie. Daje oszałamiający foliowy blask. A kolor? Jak wspomniałam mi przypomina whisky - trochę złocisto-bursztynowy, momentami przywodzi na myśl stare złoto.
Icing - Lekko połyskujący w wykończeniu. Dość ciekawy odcień zieleni, jednocześnie żywej i przygaszonej. Na skórze wychodzi nieco cieplejszy i mniej żywy niż w palecie.
Chocolate - Chyba najładniejszy matowy cień w palecie. Idealnie wyważony średni brąz o ciepłych, ale nie ceglanych tonach. Świetnie się rozciera, ale nie da się nim zbudować dużej intensywności.
Heavenly Bite - Bardzo podobny do poprzedniego. Średni matowy brąz tym razem ma w sobie więcej czerwonych tonów. Jest najsuchszy ze wszystkich matów i dość słabo się rozciera.
Finishing Touch - Cudny perłowy granat na ciemnej szarawej bazie. Trzeba się z nim przez to trochę pobawić żeby go ładnie rozetrzeć, ale kolor ma przepiękny i myślę, że byłby cudownym cieniem do urozmaicenia czarnego smoky eye.
Meringue - miedziano -złoty odcień o perłowym wykończeniu. Ładnie połyskuje, jest miękki i pięknie odświeża makijaż przez swoje żywe, pomarańczowawe tony.
Dazzling - Ten cień lubię najmniej. Nie ze względu na pracę, bo zarówno pigmentacja jak i wykończenie z mnóstwem maleńkich iskierek pozwala uzyskać tym cieniem piękne efekty, ja jednak nie polubiłam się z kolorem. Szarawo-grafitowy odcień w połączeniu ze srebrnymi drobinami daje ładny efekt na swatchu, ale na oku mało komu pasuje, zwłaszcza, że rozciera się do szarego, który bardzo źle komponuje się z moim ciepłym typem urody.
W mojej ocenie paletka wypadła dobrze. Tylko niektóre cienie mogą wymagać więcej pracy i są to głownie cienie matowe. Zdecydowana większość wypada dobrze pod względem pigmentacji, sporo cieni błyszczących jest wprost zachwycających. Nie miałam z nią problemów przy pracy, cienie blendują się dobrze, można je budować i nie robią plam. Kompozycja cieni bardzo mi się podoba, nie można jednak powiedzieć, że jest idealna. Mała ilość matowych cieni nie byłaby może dużą wadą, gdyby nie to, że trzy z czterech matów w palecie jest do siebie bardzo podobnych. Wśród błyszczących cieni także znajdziemy kilka bardzo do siebie podobnych. Zdecydowanie na plus wyszłoby palecie gdyby zamiast tak zbliżonych odcieni w palecie znalazła się czerń czy ciemny brąz. Osobiście brakuje mi też matowego turkusu, który świetnie uzupełniłby te piękne błyszczące turkusy i morskości. Mimo to uważam, że paletę warto mieć chociażby ze względu na te cudowne limonkowe cienie, które mogłyby konkurować z dużo droższymi cieniami czy pigmentami.
Koniecznie dajcie znać, czy paletka Wam się podoba, a może macie już ją i chcecie podzielić się swoją opinią?
Dzięki i do następnego :*
Korzystając ze strony akceptujesz Politykę Prywatności
Lovely Peach Desire | Recenzja
Witajcie!
Trend na ciepłe kolory na powiekach staje się co raz mocniejszy, a na rynku mamy co raz więcej marek oferuje nam palety i cienie zawierające ciepłe barwy. Wybór robi się ogromny i nie wiem jak Was, ale mnie cieszy to bardzo, ponieważ jak zapewne wiele razy wspominałam uwielbiam ciepły makijaż oka. Do tej pory co prawda ograniczałam się do ciepłych brązów i złota, ale czerwienie, pomarańcze i borda robią na mnie co raz większe wrażenie i postanowiłam uzupełnić swoją kolekcję cieni o modne odcienie. Nie wiedziałam co prawda czy tego typu kolory się u mnie sprawdzą, bo do tej pory w moich zbiorach gościło kilka ciepłych bordowych cieni, ale żywszych czerwieni i pomarańczu już mi brakowało. Nie chciałam więc inwestować w drogą paletkę i długo odkładałam zakup na później. Na szczęście wpadła mi w oko nowość od Lovely - paletka Peach Desire oferuje nam kilka cieni w modnych barwach za niewielką cenę, a dodatkowo zbierała rewelacyjne opinie w internecie - zobaczenie jej na sklepowej półce okazało się doskonałą okazją do wypróbowania kolorów, które od dawna kusiły mnie z instagrama.
Mała paletka wygląda na półce bardzo niepozornie. Wykonana pomarańczowego i przezroczystego, grubego plastiku zawiera w sobie siedem cieni i gąbeczkowy aplikator. Muszę przyznać, że naprawdę jej wygląd może zmylić. Przez ten kolorowy plastik i malutkie opakowanie wygląda jak zabawka. Ale zdecydowanie zabawką nie jest i od razu zdradzę Wam, że powala jakością.
Jak wspomniałam mamy tu siedem cieni, z czego aż pięć jest matowych. Na pierwszy rzut oka kompozycja kolorystyczna wydaje się bardzo przemyślana i przyjazna użytkownikowi. Mamy tu jasny matowy beż, czyli podstawę każdego makijażu, dwa kolorowe cienie matowe, dwa błyszczące mogące stanowić doskonałe uzupełnienie makijażu o coś ciekawego oraz dwa ciemne matowe kolory. To sprawia, że paletka jest niemal samowystarczalna. Jeśli ktoś lubi tylko ciepłe barwy, to tą paletką będzie w stanie poradzić sobie zarówno z makijażem dziennym jak i mocniejszym wieczorowym.
Największym zaskoczeniem w tej palecie jest jakość cieni. Pod palcem są bardzo miękkie i pudrowe. Na pędzel nabierają się w solidnej ilości i doskonale przyczepiają się do skóry. Spodziewałam się, że będą się pylić i osypywać pod oko w trakcie aplikacji, ale na szczęście nic takiego nie ma miejsca. W każdym razie nie w ilości nie dającej się znieść bo delikatny osyp, jak przy większości mocno napigmentowanych cieni występuje, ale spokojnie można sobie z nim poradzić.
Mimo mocnego chwytania się powieki i bardzo mocnej pigmentacji kolory te nie tworzą plam. Dają się bardzo łatwo rozetrzeć jeśli w jakimś miejscu nałożymy za dużo. Dodatkowo pozwalają się budować i łączyć. Cień nakładany jeden na drugi nadal łapie się powieki i nie tworzy prześwitów czy dziur w makijażu.
Kolory napigmentowane są wprost rewelacyjnie i to naprawdę mnie zaskoczyło, bo jakość jest zdecydowanie z wyższej półki. Życzyłabym sobie, żeby wszystkie moje cienie były tak mocno napigmentowane i tak łatwe w pracy, bo oprócz mocnego pigmentu zaletą tych cieni jest trwałość - wyjątkowo dobra, cienie nie blakną w ciągu dnia i nie znikają z powiek nawet przy wielogodzinnym noszeniu makijażu.
Pierwszy kolor bardzo mi się podoba, chociaż mógłby być jaśniejszy. To ciepły matowy beż o waniliowych tonach. Używam go do zmatowienia łuku brwiowego czy rozblendowania zbyt ostrych granic i do tego sprawdza się świetnie, ale nie rozjaśni nam powieki czy miejsca pod brwią ze względu na swój kolor.
Drugi cień po prostu uwielbiam. To coś pomiędzy żółtym a pomarańczowym, ale w lekko przygaszonym odcieniu. Świetnie się sprawdza do rozblendowywania ciemnych kolorów, cudownie ociepla każdy makijaż. Sprawdza się też na całą powiekę gdy robię bardziej monochromatyczny makijaż w ciepłych brązach. To bardzo nietypowy kolor, nigdy nie spotkałam się z takim odcieniem w żadnej innej palecie.
Kolor numer trzy to prawdziwa gwiazda. Intensywny, niemal neonowy pomarańcz idący bardziej w stronę czerwieni. Bardzo mocno napigmentowany, jest doskonałym akcentem w makijażu. Nałożony na środek powieki bardzo przyciąga wzrok, a rozblendowany z ciemnym brązem daje ciekawy, ognisty efekt.
Kolejny cień jest jednym z perłowych. To takie miedziane złoto. Ślicznie rozświetla powiekę nawet w dość neutralnym makijażu i myślę, że znajdzie wiele zastosowań nawet u osób, które nie lubią pomarańczowych odcieni na powiekach.
Drugi perłowy cień ma kolor pomiędzy czerwienią, a fioletem. To takie bardzo ładne bordo, które dość mocno się mieni. By uzyskać efekt makijażu z instagrama można nałożyć go na środek powieki, najlepiej na ciemny cień, wtedy daje naprawdę ciekawy efekt.
Przedostatni jest ciepły matowy brąz. Taka bardzo ciepła czekolada z ceglanymi tonami. Ładnie prezentuje się w załamaniu w połączeniu z cieniem numer dwa.
Ostatni cień najmniej przypadł mi do gustu bo na oku wychodzi o wiele słabiej niż w palecie.
Wygląda obiecująco, jak taka ciemna, gorzka czekolada z ciepłą nutą, ale w rzeczywitości wychodzi jaśniej i bardziej czerwono. Rozczarował mnie trochę, ale używam go czasami do roztarcia granic, gdy używam dużo czarnego cienia.
Drugi cień po prostu uwielbiam. To coś pomiędzy żółtym a pomarańczowym, ale w lekko przygaszonym odcieniu. Świetnie się sprawdza do rozblendowywania ciemnych kolorów, cudownie ociepla każdy makijaż. Sprawdza się też na całą powiekę gdy robię bardziej monochromatyczny makijaż w ciepłych brązach. To bardzo nietypowy kolor, nigdy nie spotkałam się z takim odcieniem w żadnej innej palecie.
Kolor numer trzy to prawdziwa gwiazda. Intensywny, niemal neonowy pomarańcz idący bardziej w stronę czerwieni. Bardzo mocno napigmentowany, jest doskonałym akcentem w makijażu. Nałożony na środek powieki bardzo przyciąga wzrok, a rozblendowany z ciemnym brązem daje ciekawy, ognisty efekt.
Kolejny cień jest jednym z perłowych. To takie miedziane złoto. Ślicznie rozświetla powiekę nawet w dość neutralnym makijażu i myślę, że znajdzie wiele zastosowań nawet u osób, które nie lubią pomarańczowych odcieni na powiekach.
Drugi perłowy cień ma kolor pomiędzy czerwienią, a fioletem. To takie bardzo ładne bordo, które dość mocno się mieni. By uzyskać efekt makijażu z instagrama można nałożyć go na środek powieki, najlepiej na ciemny cień, wtedy daje naprawdę ciekawy efekt.
Przedostatni jest ciepły matowy brąz. Taka bardzo ciepła czekolada z ceglanymi tonami. Ładnie prezentuje się w załamaniu w połączeniu z cieniem numer dwa.
Ostatni cień najmniej przypadł mi do gustu bo na oku wychodzi o wiele słabiej niż w palecie.
Wygląda obiecująco, jak taka ciemna, gorzka czekolada z ciepłą nutą, ale w rzeczywitości wychodzi jaśniej i bardziej czerwono. Rozczarował mnie trochę, ale używam go czasami do roztarcia granic, gdy używam dużo czarnego cienia.
Podsumowując: paletka jest na piątkę z plusem. Niewielka, kompaktowa, idealna do zabrania w podróż bo nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce, a jednocześnie jej kompozycja czyni ją samowystarczalną. Łatwość pracy, trwałość i pigmentacja po prostu zaskakują i to wszystko za niewielką cenę. Jeśli ktoś tak jak ja miał wątpliwości czy będzie się dobrze czuł w modnych ostatnio ciepłych kolorach i chciałby spróbować nie wydając dużo pieniędzy to jest to paletka idealna, bo kosztuje zaledwie 19 zł. Nie wierzę, że komuś by się miała nie sprawdzić ze względu na jakość, ale kolorystycznie nie jest szalenie uniwersalna więc nawet jakby komuś nie spodobały się jednak kolory to za taką cenę nie powinno być nikomu żal.
Lovely Ombre - kosmetyki do modelowania Twarzy | Recenzja
Witajcie!
Ombre i gradienty do mody weszły tyle lat temu, że aż dziwne, iż nadal się nimi zachwycamy. Chociaż może nie powinno to nikogo zaskakiwać bo gładkie przejścia kolorów wyglądają pięknie nie tylko na ubraniach czy gadżetach ale także na kosmetykach. Prostym przykładem na to są nowości do twarzy marki Lovely; wiedziałam, że muszę je mieć odkąd pojawiły się pierwsze zapowiedzi.
Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o tych trzech uroczych maluszkach nieco więcej .
Wszystkie trzy produkty wyglądają bardzo ładnie i przyciągają oko klienta. Plastikowe opakowanie z przezroczystym wieczkiem pokazuje nam jeszcze przed otwarciem uroczy gradient, a złote napisy nie tylko dodają uroku, ale też się nie ścierają co jest dla mnie dużym plusem.
Zamysł stworzenia gradientowych produktów ma - oprócz wyglądu - tę zaletę, że w jednym opakowaniu mamy trzy rozwiązania. Taki produkt 3w1, ponieważ na twarz możemy nałożyć kolor górny, dolny lub wedle uznania zmieszać je razem i otrzymać trzeci kolor, pośredni. Uważam, że to ogromna zaleta tych produktów.
Wszystkie trzy produkty mają pod palcami przyjemną pudrową konsystencję, która nie jest sucha i nie pyli się pod pędzlem. W dotyku są lekko kremowe, bardzo aksamitne i mięciutkie. Na palcu pigmentacja może nie powalać, ale na pędzel nabiera sporo produktu, który łatwo przenosi się na twarz przez co nakładanie jest szybkie i łatwe. Jeśli nie przesadzimy i nie nabierzemy na pędzel za dużo, na twarzy otrzymamy widoczny efekt bez konieczności dokładania kolejnych warstw.
Róż i bronzer przy dotknięciu palcem mają średnią pigmentację, ale jak już wspomniałam, na pędzel nabiera się sporo produktu, więc jeśli ktoś ma ciężką rękę to radzę uważać bo można przesadzić. Ja przy pierwszym nałożeniu różu zrobiłam sobie tzw "ruską lalę", na szczęście produkty łatwo się rozcierają, więc nawet jeśli nałoży nam się za dużo można to szybko uratować czystym pędzlem lub odrobiną pudru. Najmocniejszą pigmentację ma rozświetlacz i to widać już przy lekkim dotknięciu palcem. Łatwo uzyskać nim spektakularny efekt mokrego policzka, ale on również daje się łatwo rozetrzeć i uzyskać o wiele naturalniejszy i subtelniejszy efekt bez wyraźnych granic. Mimo wszystko polecałabym go jednak osobom, które lubią mocniejsze rozświetlenie. Poszukującym subtelnego rozświetlenia radziłabym rozejrzeć się za innym produktem lub bardzo delikatnym pędzelkiem.
Trwałość ich oceniam jako dobrą, ale pamiętajmy, że tego typu produkty w dużej mierze zależne są od bazowego makijażu twarzy. Na moich ulubionych podkładach trzymają się bez zarzutu przez kilka godzin, a przy noszeniu ich przez długi czas - 10-12 godzin, zauważyłam lekkie zblaknięcie koloru. Na szczęście jeśli już produkt zaczyna znikać z twarzy robi to równomiernie i nie tworzy nieestetycznych plam.
Kolory są moim zdaniem przemyślane i dopasowane do potrzeb klientek. Rozświetlacz ma w sobie barwy od jasnej, srebrzysto-białej tafli po ciemniejszy odcień szampańskiego beżu, jaśniejszego niż wydaje się w opakowaniu. Po zmieszaniu razem dają śliczny, uniwersalny szampański kolor, który pasuje większości osób i wygląda na skórze bardzo naturalnie. Produkt ten nie zawiera w sobie drobinek, daje na skórze mokrą, metaliczną taflę.
Róż oferuje nam kolory od ciemnego, truskawkowego różu z delikatną nutą ciepłych, czerwonych odcieni, po jasny, pastelowy, cukierkowy róż w chłodnej tonacji. Razem dają na skórze efekt zdrowego rumieńca. Po zmieszaniu kolor jest neutralny i bardzo naturalny - coś jak skóra poszczypana mrozem.
Bronzer zachwycił mnie swoim najjaśniejszym odcieniem - chłodny i bardzo jasny, idealny dla bladych osób kolor kawy zbożowej. Po drugiej stronie stoi kolor już o wiele cieplejszy, mający w sobie sporo pomarańczowych tonów. Po zmieszaniu kolor ładnie ociepla boki twarzy, jednak moim zdaniem jest trochę zbyt ciepły dla mojej jasnej cery. Opalonym osobom z pewnością sprawdzi się lepiej niż bladziochom.
Podsumowując - myślę, że warto kupić te kosmetyki. Ich kolory są bardzo przemyślane i uniwersalne, a jakość dobra mimo niskiej ceny. Zdecydowanie najbardziej polecam rozświetlacz, który wręcz zachwycił mnie swoim intensywnym, metalicznym blaskiem. Róż mi się spodobał i od jakiegoś czasu używam go na co dzień, ale trzeba pamiętać by z nim nie przesadzić i nakładać lekką ręką. Najmniej spodobał mi się bronzer. Nie jestem fanką ciepłych odcieni bronzera, ale muszę przyznać, że jego kolor może przypaść do gustu osobom, które lubią ocieplać twarz i boją się trupio-chłodnych odcieni.
Dajcie znać, czy testowałyście te gradientowe maluchy i jak Wam się sprawdziły!
Dzięki i do następnego ;*
Lovely Nobody's Perfect but Me | Recenzja
Trend na rozświetloną, promienną skórę trzyma się całkiem nieźle i podejrzewam, że jak co roku przybierze na sile w okresie letnim. Za pasem mamy już wiosnę i co raz bliżej do lata, a ponad to zbliżają się coroczne promocje na kosmetyki do makijażu w drogerii Rossmann. Jakby ktoś nie wiedział kiedy się one odbywają to zapraszam TUTAJ. Czas więc najwyższy, żeby pokazać Wam jeden z kosmetyków, który skradł moje serducho pod koniec roku i rozgościł się w mojej kosmetyczce na tyle, że został uwzględniony w ulubieńcach roku, czyli paletce rozświetlaczy z Lovely!
Paletka składa się z trzech okrągłych wkładów zamkniętych w niedużej kartonowej paletce. Moim zdaniem rozwiązanie bardzo dobre, bo paletka jest nieduża, płaska i lekka. Zajmuje niewiele miejsca w kosmetyczce i praktycznie nic nie waży także spokojnie można ją nosić w torebce, wpakować do bagażu czy nawet do kieszeni. W paletce znajdziemy też nieduże lusterko. Moim zdaniem to zawsze dodatkowy plus. Kolejnym plusem jest zamknięcie na magnes, który trzyma dość mocno więc nie ma obaw, że paletka otworzy się w kosmetyczce. Średnio zapatruję się graficzne rozwiązania zastosowane na tej paletce. Niby nie rażą w oczy, ale można to było zrobić o wiele lepiej. Z tyłu opakowania znajdziemy trzy rysunki, na których zaznaczono do jakich partii twarzy producent poleca używać poszczególnych produktów z paletki. Z jednej strony takie wskazówki mogą być przydatne dla początkujących, z drugiej od razu mówię, że niekoniecznie należy się tymi wskazówkami kierować.
Przejdźmy jednak do zawartości. W środku znajdują się trzy okrągłe wkłady o łącznej masie 10g. To całkiem sporo. Rozświetlacze mają pudrową konsystencję. Nie jakąś bardzo pylącą, ale też nie tak aksamitnie kremową jak niektóre produkty tego typu. Na pędzel nabierają się w dość słusznej ilości i ładnie chwytają skóry. Dobrze się też rozcierają nie tworząc plam.
Pierwszy wkład nazwany przez producenta Gold Highlighter jest najbardziej uniwersalny i myślę, że spodoba się większości użytkowników. To ładny, jasny odcień szampana. Nie jest typowym żółtym złotem. Po nałożeniu na skórę daje ładny neutralny odcień. Jest na tyle jasny, że nawet na bladych karnacjach nie będzie go widać,pozostawi jedynie delikatny szampański blask. Rozświetlacz daje ładną taflę, Nie ma w nim absolutnie brokatu, dopiero po bardzo dokładnym przyjrzeniu się w mocnym świetle widzę w nim niedużą ilość mikroskopijnych drobinek. Świetnie sprawdzi się nie tylko jako rozświetlacz na policzki, ale także jako cień do powiek.
Kolejny to Rose Highlighter. Ten wkład jest powodem, dla którego paletka ta znalazła się wśród moich ulubieńców roku. Nie zgodzę się, że jest to rozświetlacz. Daje zbyt widoczny kolor, a za mało blasku by sprawdził się w tej roli. Polubiłam go jako róż do policzków. Jego matowa baza o neutralnym, przygaszonym odcieniu sprawdzi się w tym celu rewelacyjnie i będzie pasowała do większości makijaży oraz pięknie podkreśli policzki nawet na co dzień. Co do rozświetlania to ma w sobie minimalną ilość lekkiego rozświetlającego pyłku w chłodnym, srebrzystym odcieniu, ale nie daje on blasku. Raczej sprawia, że produkt na skórze nie wygląda płasko i zbyt matowo, ale ma naturalnie wyglądające satynowe wykończenie. Właśnie z tego powodu nie polecam kierować się ściągawką z tyłu opakowania, bo nakładając go jak zaleca producent można sobie zrobić niemałą krzywdę. Jest trochę bardziej pudrowy od pozostałych dwóch wkładów przez co najbardziej się pyli podczas nabierania na pędzel.
Chocolate Highlighter to odcień głębokiego, brązowego złota. Naprawdę piękny, ale w roli rozświetlacza się raczej nie sprawdzi, chyba, że dla naprawdę ciemnych karnacji. Daje naprawdę mocny kolor i piękny złoty blask. Z tego powodu polecałabym go raczej jako cień do powiek lub do delikatnego muśnięcia skóry latem by podkreślić opaleniznę. Należy mieć jednak naprawdę lekką rękę, żeby nie zrobić sobie nim krzywdy. Jest równie, a może nawet bardziej kremowy w konsystencji niż pierwszy odcień. Ładnie się rozciera, ale pamiętajmy, że jego ciemna baza zawsze będzie trochę widoczna, gdyż jest niesamowicie napigmentowany.
Jak już wspomniałam wszystkie trzy produkty są dobrej jakości, łatwo się aplikują i nie robią plam. Dobrze się z nimi pracuje o ile robimy to z głową. Bezmyślne podążanie za wskazówkami producenta może się źle skończyć. Uważam, że nie jest to może kosmetyk niezbędny w kazdej kosmetyczce, bo w tej cenie dostaniemy naprawdę niezłe rozświetlacze w drogerii. Dla osób poszukujących różnorodnych rozświetlaczy raczej nie, ale jeśli komuś spodoba się środkowy wkład jako róż, a do ostatniego ma wystarczająco opaloną cerę lub zamierza go zużyć jako cień do powiek to zdecydowanie warto bo cena jest niewielka.
Dajcie znać, czy macie tą paletkę i jak sprawdzają wam się poszczególne wkłady, a jeśli jeszcze nie próbowałyście to chętnie się dowiem, czy moja recenzja zachęciła, czy też zniechęciła do zakupu!
Dzięki i do następnego :*
Przejdźmy jednak do zawartości. W środku znajdują się trzy okrągłe wkłady o łącznej masie 10g. To całkiem sporo. Rozświetlacze mają pudrową konsystencję. Nie jakąś bardzo pylącą, ale też nie tak aksamitnie kremową jak niektóre produkty tego typu. Na pędzel nabierają się w dość słusznej ilości i ładnie chwytają skóry. Dobrze się też rozcierają nie tworząc plam.
Pierwszy wkład nazwany przez producenta Gold Highlighter jest najbardziej uniwersalny i myślę, że spodoba się większości użytkowników. To ładny, jasny odcień szampana. Nie jest typowym żółtym złotem. Po nałożeniu na skórę daje ładny neutralny odcień. Jest na tyle jasny, że nawet na bladych karnacjach nie będzie go widać,pozostawi jedynie delikatny szampański blask. Rozświetlacz daje ładną taflę, Nie ma w nim absolutnie brokatu, dopiero po bardzo dokładnym przyjrzeniu się w mocnym świetle widzę w nim niedużą ilość mikroskopijnych drobinek. Świetnie sprawdzi się nie tylko jako rozświetlacz na policzki, ale także jako cień do powiek.
Kolejny to Rose Highlighter. Ten wkład jest powodem, dla którego paletka ta znalazła się wśród moich ulubieńców roku. Nie zgodzę się, że jest to rozświetlacz. Daje zbyt widoczny kolor, a za mało blasku by sprawdził się w tej roli. Polubiłam go jako róż do policzków. Jego matowa baza o neutralnym, przygaszonym odcieniu sprawdzi się w tym celu rewelacyjnie i będzie pasowała do większości makijaży oraz pięknie podkreśli policzki nawet na co dzień. Co do rozświetlania to ma w sobie minimalną ilość lekkiego rozświetlającego pyłku w chłodnym, srebrzystym odcieniu, ale nie daje on blasku. Raczej sprawia, że produkt na skórze nie wygląda płasko i zbyt matowo, ale ma naturalnie wyglądające satynowe wykończenie. Właśnie z tego powodu nie polecam kierować się ściągawką z tyłu opakowania, bo nakładając go jak zaleca producent można sobie zrobić niemałą krzywdę. Jest trochę bardziej pudrowy od pozostałych dwóch wkładów przez co najbardziej się pyli podczas nabierania na pędzel.
Chocolate Highlighter to odcień głębokiego, brązowego złota. Naprawdę piękny, ale w roli rozświetlacza się raczej nie sprawdzi, chyba, że dla naprawdę ciemnych karnacji. Daje naprawdę mocny kolor i piękny złoty blask. Z tego powodu polecałabym go raczej jako cień do powiek lub do delikatnego muśnięcia skóry latem by podkreślić opaleniznę. Należy mieć jednak naprawdę lekką rękę, żeby nie zrobić sobie nim krzywdy. Jest równie, a może nawet bardziej kremowy w konsystencji niż pierwszy odcień. Ładnie się rozciera, ale pamiętajmy, że jego ciemna baza zawsze będzie trochę widoczna, gdyż jest niesamowicie napigmentowany.
Jak już wspomniałam wszystkie trzy produkty są dobrej jakości, łatwo się aplikują i nie robią plam. Dobrze się z nimi pracuje o ile robimy to z głową. Bezmyślne podążanie za wskazówkami producenta może się źle skończyć. Uważam, że nie jest to może kosmetyk niezbędny w kazdej kosmetyczce, bo w tej cenie dostaniemy naprawdę niezłe rozświetlacze w drogerii. Dla osób poszukujących różnorodnych rozświetlaczy raczej nie, ale jeśli komuś spodoba się środkowy wkład jako róż, a do ostatniego ma wystarczająco opaloną cerę lub zamierza go zużyć jako cień do powiek to zdecydowanie warto bo cena jest niewielka.
Dajcie znać, czy macie tą paletkę i jak sprawdzają wam się poszczególne wkłady, a jeśli jeszcze nie próbowałyście to chętnie się dowiem, czy moja recenzja zachęciła, czy też zniechęciła do zakupu!
Dzięki i do następnego :*










