Co planuję kupić w Rossmannie? | Wishlist
Witajcie!
Jak zapewne wiecie zbliża się nasza ulubiona promocja w drogerii Rossmann. Każda z nas będzie mogła upolować swoje ulubione kosmetyki za mniej niż połowę ceny. Łowy zwykle są trudne i czasami przypominają prawdziwą wojnę, ale moim zdaniem na niektóre produkty warto zapolować. Sama planuję małe zakupy na tej promocji i dzisiaj chciałabym pokazać na co konkretnie zamierzam polować.
Pierwszy punkt na liście podejrzewam, że będzie bardzo ciężko dorwać. Paletka Wibo Modern urzekła mnie pięknymi, jesiennymi kolorami i koniecznie chcę ją widzieć w swojej kosmetyczce.
Kolejne na liście są cudownie wyglądające produkty do twarzy marki Lovely. Bronzer, róż i rozświetlacz w takich uroczych opakowaniach musza trafić w moje ręce i mam nadzieję, że tym razem okoliczne sklepy nie postanowią schować nowości na czas trwania promocji.
Numeru trzy nie planowałam kupić dopóki nie zauważyłam go przez przypadek na stronie. Uwielbiam matowe pomadki i cieszę się, że jest ich co raz więcej na rynku. Te z Rimmela mają obłędne kolory i mam nadzieję, że warto będzie się na nie skusić.
Korektor Maybelline o długaśnej nazwie jest tak wychwalany na Youtube, że nie mogę sobie odmówić przetestowania go, zwłaszcza, że mój ulubiony Astor zniknął z drogerii.
Punkty 5 i 6 na swojej liście mogę w sumie policzyć jako jedno bo są to matowe pomadki Bell, na które od dłuższego czasu mam ochotę, ale nigdy nie jest mi z nimi po drodze. Pochodzą z dwóch różnych serii i myślę, że skuszę się z ciekawości.
Lista nie jest bardzo długa i mam nadzieję, że do mojego koszyka nie wpadnie zbyt wiele produktów. Początkowo planowałam jak zawsze zaopatrzyć się w podstawowe produkty takie jak tusze do rzęs czy mój ulubiony puder, ale po przejrzeniu kosmetycznych zapasów okazało się, że nie potrzebuję na razie robić zapasów.
Dajcie znać co Wy planujecie upolować!
Dzięki i do następnego :*
Black and nude | Zdobienie
Witajcie!
Jak tylko na dworze robi się chłodniej zaczynam mieć fazę na ciemne paznokcie. W tym roku pokochałam też odcienie nude, których raczej wcześniej unikałam. Te dwa kolory ładnie współgrają ze sobą, ale wiecie, że jednolity kolor szybko mi się nudzi. Postanowiłam więc trochę pokombinować z lakierami i metodą prób i błędów udało mi się uzyskać taki efekt. Na lakier hybrydowy, który miałam akurat na paznokciach nakładałam tusz kreślarski i rozmywałam go pędzelkiem zmoczonym w alkoholu, efekt moim zdaniem wyszedł ciekawy i mam nadzieję, że uda mi się go powtórzyć z innymi kolorami.
Mi się efekt bardzo podoba, mam nadzieję, że wam też przypadł do gustu. Dajcie znać jak Wam się podoba i czy zainspirowałam kogoś do spróbowania takiej metody.
Dzięki i do następnego :*
Neon tips | Zdobienie
Witajcie!
Dzisiaj chciałam Wam pokazać zdobienie, które mimo, że bardzo proste to bardzo dobrze mi się je nosiło. Jest to zdobienie z tych bardziej aktualnych ale postanowiłam pokazać je najpierw bo idealnie pasuje do panującej obecnie pogody. Dla mnie jesień to czas szarości i ciemnych, stonowanych barw, dlatego chętnie noszę ostatnio ten jasny, szary lakier, który widzicie w zdobieniu. Przełamałam go neonowymi końcówkami w odcieniu soczystej, jaskrawej zieleni.
Mam nadzieję, że takie proste zdobienie przypadło wam do gustu!
Dzięki i do następnego :*
Letnie maczki | Zdobienie
Witajcie!
Mój blog zaliczył dłuższą przerwę w czasie której nie pokazywałam Wam aktualnych zdobień. Dużo się działo więc znacznie rzadziej malowałam paznokcie, ale to nie znaczy, że całkowicie zrezygnowałam z noszenia zdobień! W najbliższym czasie chciałabym Wam pokazać kilka z nich. Będą to jeszcze letnie wzorki, ale na pewno nie zaszkodzi nikomu trochę letnich wspomnień zanim na dobre zanurzymy się w jesienne klimaty.
Jednym z takich letnich zdobień były maki, które dzisiaj chciałabym Wam pokazać z nadzieją, że kogoś zainspirują.
Dzięki i do następnego :*
Pielęgnacja skóry z Novaclear Atopis | Recenzja
Witajcie!
Wiele razy wspominałam, że moja skóra jest wyjątkowo sucha i wymaga silnego nawilżania by pozostać w dobrej kondycji. Z tego powodu często interesują mnie produkty przeznaczone dla skór atopowych i wrażliwych, które nie tylko nie podrażnią delikatnej skóry ale też zapewnią silne nawilżenie i ładny wygląd mojej cerze. Wielokrotnie polecano mi dla mojej skóry kosmetyki z olejem konopnym, ja jednak czułam pewne opory przed wprowadzeniem tego składniku do swojej pielęgnacji. Impulsem by spróbować stała się możliwość przetestowania kosmetyków Novaclear Atopis.
Zacznę może od kosmetyku, który bardziej przypadł mi do gustu; jest to żel do mycia twarzy i ciała.
Delikatnie oczyszcza skórę bez naruszania jej naturalnej bariery. Unikalna formuła preparatu, oparta na innowacyjnym połączeniu organicznego oleju konopnego z ekstraktem z korzenia lukrecji wykazuje wysoką skuteczność w pielęgnacji skóry suchej, wrażliwej i atopowej. Organiczny olej konopny odbodudowuje warstwę hydrolipidową naskórka zapewniając jednocześnie skuteczne i długotrwałe nawilżenie. Ekstrakt z korzenia lukrecji łagodzi podrażnienia i eliminuje swędzenie. Gliceryna działa nawilżająco oraz ułatwia przenikanie składników aktywnych w głąb skóry. Pantenol przyspiesza procesy regeneracji naskórka. Witamina E chroni skórę przed niszczącym działaniem wolnych rodników. Płyn przywraca skórze komfort i ukojenie.
Już przy pierwszym użyciu rzuciła mi się w oczy delikatna konsystencja produktu i brak zapachu. W przypadku kosmetyków do twarzy jest to dla mnie ogromna zaleta. Stosowałam go samodzielnie jak i ze szczoteczką do mycia buzi i w obu przypadkach dał radę. Oczyścił skórę z zanieczyszczeń, nie podrażnił jej i nie wysuszył, ale nie zostawił też nieprzyjemnego filmu na skórze.
Stosowany do mycia ciała także spełnił swoją funkcję delikatnie i skutecznie myjąc skórę, ale tu już brakowało mi jakiegoś fajnego zapachu. Lubię gdy produkty do ciała ładnie pachną więc raczej zużyję go do mycia buzi chociaż biorąc pod uwagę jego ogromną pojemność i naprawdę świetną wydajność może się okazać, że prędzej mi się przeterminuje niż uda mi się go wykończyć stosując tylko na twarz.
O drugim kosmetyku nie bardzo wiem co napisać. Jest to krem natłuszczający do twarzy i ciała i wiązałam z nim ogromne nadzieje.
Polecany do codziennej pielęgnacji i ochrony przed nawracającymi objawami nasilonej suchości i szorstkości skóry. Szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze i ubraniach tłustego filmu. Unikalna formuła kremu, oparta na innowacyjnym połączeniu organicznego oleju konopnego z ekstraktem z korzenia lukrecji wykazuje wysoką skuteczność w pielęgnacji skóry suchej, wrażliwej i atopowej. Krem przywraca skórze naturalną fizjologiczną równowagę oraz optymalne nawilżenie i miękkość. Organiczny olej konopny odbudowuje powłokę hydrolipidową naskórka i uzupełnia uszkodzenia cementu międzykomórkowego zapobiegając transepidermalnej utracie wody. Ekstrakt z korzenia lukrecji silnie wiąże wodę w naskórku, łagodzi podrażnienia i eliminuje swędzenie. Gliceryna nawilża skórę oraz ułatwia przenikanie składników aktywnych w głąb skóry. Alantoina chroni i regeneruje naskórek oraz działa przeciwzapalnie. Krem poprawia natłuszczenie i nawilżenie skóry.
Gęsta, treściwa konsystencja, brak zapachu i to, że jest tłusty, ale w taki przyjemny, kojący sposób kazały mi oczekiwać od niego bardzo wiele. Moje oczekiwania wzrosły po pierwszym użyciu. Oczekiwałam, że silnie natłuści i nawilży skórę twarzy. Przez pierwsze kilka użyć byłam nim zachwycona. Nakładałam krem na noc, a rano moja cera była cudownie miękka, natłuszczona, nawilżona i wyraźnie odżywiona. Niestety... po kilkunastu użyciach dostałam po nim strasznego wysypu na twarzy, który zniknął po odstawieniu kremu i powrócił po ponownym zastosowaniu. Coś w jego składzie nie spodobało się mojej skórze, a szkoda, bo kosmetyk zapowiadał się na ulubieńca. W tej chwili zużywam go do kremowania ciała, co jednak nie do końca mi się sprawdza bo na ciele wolę lżejsze produkty o mniej tłustych konsystencjach.
Podsumowując mam tu jeden bardzo dobry kosmetyk i jeden produkt, który zapowiadał się świetnie ale niestety u mnie się nie sprawdził. Nie znaczy to jednak, że jest to zły kosmetyk, nadal uważam, że zarówno żel jak i krem warto kupić i wypróbować, zwłaszcza jeśli odpowiadają one Waszym preferencjom.
Dajcie znać, co ostatnio testowałyście i co się u Was sprawdziło, zwłaszcza, jeśli tak jak ja macie problem z suchą skórą!
Jak dobrze zacząć dzień? | Lifestyle
Naprawdę zazdroszczę ludziom, którzy od urodzenia posiadają tę fascynującą zdolność wstawania rano w świetnym nastroju. Ja tej umiejętności zdecydowanie nie posiadam, zapewne wiele z Was też nie. Ale czy to znaczy, że genetycznie skazane jesteśmy na przeżywanie okropnych mąk każdego poranka, za każdym rozdzierającym nas na strzępy dźwiękiem budzika?
Czytaj dalej »
Do niedawna wydawało mi się, ze tak musi być. Wszystkie genialne internetowe sposoby na ranne wstawanie zawiodły. Jestem sową, nie umiem wcześnie wstawać. Nie umiem myśleć konstruktywnie rano. Nie umiem kłaść się o 22 gdy mój umysł osiąga szczyty wydajności i kreatywności. Jestem pewna, że w ostatnim kręgu piekła, diabły budzą ludzi o 6 rano! Też tak uważasz? No właśnie.
Tylko, że czasem trzeba. Masz rano wykład, chodzisz do pracy, musisz coś załatwić na mieście z samego rana... Co zrobić, żeby nie wyglądać jak zombie, zacząć dzień chociaż odrobinę lepiej niż zazwyczaj?
W idealnym świecie o poranku wstajesz wypoczęta, zrelaksowana, w sumie to jeszcze przed budzikiem. Zrywasz się pełna energii. Za oknem jest piękna pogoda, słoneczko głaszcze Cię po twarzy. Robiąc pyszne i zdrowe śniadanie zastanawiasz się nad planem dzisiejszego dnia. Kalkulujesz, planujesz, układasz. Zanim jeszcze zagotuje się woda na herbatę ( kawy nie pijesz bo nie musisz, jesteś pełna energii) Twój grafik wygląda idealnie. O niczym nie zapominasz, nigdzie nie musisz się spieszyć. Napełniasz swój umysł pozytywnymi myślami. Dziękujesz losowi za piękny poranek, za dzień, który jest dla Ciebie szansą na lepsze jutro, na rozwój, na szczęście. Postanawiasz założyć fundację dla bezdomnych kotów, zdążysz, w grafiku masz przecież luźną godzinę po lunchu. Oczywiście o czasie wybiegasz z domu pięknie ubrana i umalowana. Twoje włosy nie wiedzą co to bad hair day. Na mieście nie ma korków, świat jest piękny, wszyscy się do Ciebie uśmiechają. Kochasz swoją pracę!
Tak... To jak już sobie pomarzyłyśmy to wróćmy do rzeczywistości. Budzik dzwoni trzy razy żeby Cię obudzić. Czujesz się jak zwłoki i tak też wyglądasz. Za oknem leje, a ty uświadamiasz sobie, ze zaspałaś. W kuchni przysypiasz nad czwartym z rzędu kubkiem kawy, żar z papierosa wypala Ci dziurę w obrusie. Albo w nowej bluzce. Postanawiasz się ogarnąć, ale Twoje włosy zdecydowanie nie chcą współpracować. Wciąż śpiąc jednym okiem robisz sobie krzywo makijaż. Twoje ulubione dżinsy jakoś dziwnie się skurczyły,.. zdajesz sobie sprawę, ze naprawdę przytyłaś. Wyglądając jak wydarta psu z gardła ruszasz biegiem do pracy z niedojedzoną kanapką w ręce. Ucieka Ci tramwaj, przez koszmarny korek w centrum spóźniasz się do pracy. Szef jest wściekły, Ty też.
Może poszalałam z tym opisem, ale zapewne wiele osób znajdzie w tym parszywym poranku chociaż kilka elementów, wyjętych z jego własnych porannych zmagań ze światem. Pamiętajmy jednak, ze zaczynając dzień od "k***a, jak mi się nie chce" świata nie zawojujesz. Jak więc zacząć dzień z odrobiną pozytywnej energii?
Miły dla ucha budzik
Mnie budzi telefon. Ciebie pewnie też. Większość z domyślnych dzwonków budzika jest albo irytujących albo... sennych. Te senne odpadają z oczywistych powodów. Za to te irytujące... na pewno każdy zna sposób na pobudkę- ustawić piosenkę, która Cię tak wkurza, że będziesz chciała jak najszybciej ją wyłączyć. To zły pomysł, obudzisz się, wstaniesz, ale zabraknie pozytywnego akcentu na poczatek. Chcecie wiedzieć, jaki jest mój dzwonek budzika? Hakuna Matata!
Nie leniuchuj
Wciśnięcie drzemki w telefonie bardzo kusi. Wiem. Ale zbyt długie wylegiwanie się w łóżku sprawia, że jeszcze bardziej leniwa czuję się przez cały dzień. Z drugiej jednak strony zrywanie się zaraz na równe nogi nie do końca się sprawdza. Moim sposobem jest nastawić budzik odrobinę wcześniej. Gdy się obudzę mam kilka minut na to by się przeciągnąć i rozbudzić, ale nie stosuję zasady "jeszcze pięć minut"
Nie narzekaj
Może i wstawanie nie jest łatwe ani przyjemne ale nie marudź. Wiem, że na pozytywne myślenie i wdzięczność losowi nie ma co liczyć. Chwilowo nie jesteś w stanie skonstruować zdania składającego się kilku nieskomplikowanych słów. Po prostu nie powtarzaj w kółko, że Ci się nie chce. Od tego Ci się nie "zachce".
Szklanka wody z cytryną
Dla mnie obowiązkowa czynność zaraz po wstaniu z łóżka. Nawadniam swój organizm, dostarczam mu z rana odrobiny witamin, pobudzam ospały metabolizm, pomagam mu się oczyścić z toksyn. Kwaśny smak cytryny i zimna woda sprawiają, że łatwiej mi się obudzić!
Rusz się!
Ja wiem, że nie masz czasu i Ci się nie chce bo jest rano. Mi też się bardzo długo nie chciało. Teraz żałuję, że nie robiłam tego wcześniej. Odkąd dzień zaczynam od kilku prostych asan, powolnego rozciągania zaspanego ciała, koncentracji na nim, czuję, że mam więcej energii, moje ciało lepiej reaguje na ruch w dalszej części dnia, łatwiej się nam współpracuje.
Zjedz jabłko
Zjedzone na czczo z rana pomaga oczyścić organizm z toksyn. Dodatkowo pobudza, także jabłuszko zamiast kawy? Brzmi zdrowo. Oczywiście niekoniecznie jabłko. Ja równie chętnie sięgam po cytrusy. Dla mnie to idealna opcja na wczesne śniadanie, gdy wstaję zbyt wcześnie przez kilka godzin mam kłopot z jedzeniem. Nic mi nie smakuje, mam mdłości, czuję się ciężko. Owoc załatwia sprawę, nie wychodzę z domu głodna, a jest na tyle lekki, że nie wywołuje u mnie mdłości.
Nie wychodź głodna
Jeśli Twój organizm toleruje posiłki o tak wczesnej porze to Twoim obowiązkiem jest zadbać o zdrowe śniadanie. Jeśli wyjdziesz głodna szybko zabraknie Ci energii. Poczujesz się senna i szybciej sięgniesz po niezdrową przekąskę, która zamiast dodać Ci energii sprawi, że poczujesz się ciężko. Kiedy mogę wstać odrobinę później staram się nie pomijać śniadania i zauważyłam, że o wiele lepiej się wtedy czuję niż gdy o śniadaniu zapomnę.
A jakie są Wasze sposoby na dobrze zaczęty dzień? Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzu!
Dzięki i do następnego :*
Dzięki i do następnego :*
Kosmetyki marki Paese
Witajcie!
Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »
Dzisiaj przychodzę do Was prezentacją i recenzją kosmetyków, które trafiły do mnie w uroczym pudełeczku od marki Paese. Zawartość była spora i bardzo ciekawa więc podzieliłam to wszystko na dwie części. Dzisiaj zobaczycie kosmetyki do twarzy i oczu, ale prawdziwe cuda będą działy się dopiero w następnym wpisie bo pokażę Wam pomadki w kilku bardzo ciekawych kolorach!
Zacznę może od rzeczy, która jest dla mnie podstawą makijażu czyli od tuszu do rzęs. Adore 3D lash mascara marki Paese bardzo przypadła mi do gustu. Ma fajną szczoteczkę, która jednak nie każdemu może się spodobać. Jest dość duża i gruba. Ma równej długości sztywne wypustki. Dla mnie to strzał w dziesiątkę, gdyż nie lubię włochatych tradycyjnych szczoteczek. Wypustki nie są zbyt długie więc pozwalają dokładnie pokryć tuszem nawet najmniejsze rzęski, a dzięki swojej sztywności pozwalają nałożyć mascarę i od razu wyczesać i rozdzielić ewentualne posklejane rzęski.
Mascara jest bardzo czarna i od razu po otwarciu dość rzadka, jednak nie wodnista i da się nią malować bez pozostawiania do podeschnięcia. Na moich długich ale rzadkich rzęskach daje fantastyczny efekt delikatnego podkreślenia długości i wyraźnego dodania objętości. Rzęsy są pogrubione ale nie obklejone przesadnie tuszem. Gdy lekko podeschła efekt jest jeszcze lepszy, a wydłużenie wyraźniejsze.
Dodatkowo mascara ma dobrą trwałość. Moje oczy są teraz trochę problematyczne bo mocne słońce powoduje ich łzawienie. Mascara zniosła to dobrze, mała łezka nie rozmazała jej po całym policzku. Nie zauważyłam też by tusz się odbijał, osypywał czy rozmazywał nawet przy wielu godzinach noszenia.
Kolejnym odkryciem z tego pudełka jest puder ryżowy wzbogacony o ekstrakt z mrożonego wina. Wiele dobrego słyszałam o sypkich pudrach tej marki, ale nigdy wcześniej nie miałam okazji ich testować. Bardzo żałuję, bo puder okazał się naprawdę świetnym utrwalaczem makijażu, a do tego dobrze matowi. Jak pewnie większość z Was w gorącym okresie letnim muszę bardziej matowić skórę w strefie T by uniknąć zbędnego świecenia. Mój ulubiony puder nie zawsze dawał radę w takich ekstremalnych temperaturach i często wymagał poprawek w ciągu dnia. Ten daje ładny, trwały mat na wiele godzin. Nie bieli twarzy i nie zauważyłam też by przesuszał moją suchą skórę.
Dodatkowy plus za wygodne opakowanie. Obracany mechanizm pozwala blokować wydostawanie się pudru przez co produkt się nie marnuje i nie rozsypuje nawet gdy noszę go w torebce.
Nieco mniej sprawdziły mi się podkłady. Trafiły do mnie dwa, Double Skin Aqua i Double Skin Matt. Niestety oba są w odcieniu 20 naturalnym więc są dla mnie o wiele za ciemne, zwłaszcza, że ciemnieją po nałożeniu o około jeden ton. Mimo to zdecydowałam się je ponosić w dni, gdy nie wychodziłam z domu i efekt na skórze mi się podobał. Mimo różnych wykończeń oba mogą pochwalić się niezłą trwałością i kryciem średnim w kierunku mocnego. Ładnie pracują ze skórą więc wyglądają naturalnie i nie obciążają cery. Spodobały mi się na tyle, że rozważam poszukanie ich w jaśniejszych odcieniach i przeprowadzenie dłuższych, rzetelniejszych testów.
Wersja Double skin Aqua to lekki nawilżający podkład przeznaczony do cery suchej. Według zapewnień producenta ma tworzyć na twarzy lekki wodoodporny film. Zgadzam się, że jest dość lekki, ale wodoodporności niestety nie sprawdzałam. Zawiera kompleks witamin A, C, E i F oraz aminokwasy jedwabiu, dzięki czemu odżywia i nawilża wrażliwą skórę twarzy. Na skórze daje lekkie, mokre wykończenie. Mam wrażenie, że lekko zastyga, ale nadal pozostaje wizualnie mokry więc dla mnie koniecznie wymaga przypudrowania.
Double Skin Matt jest matującą wersją podkładu do cery mieszanej i tłustej, Absorbuje nadmiar sebum tworząc na twarzy lekki, matowy film. Specjalnie rozdrobnione pigmenty zapewniają jednolity kolor. Optycznie wygładza zmarszczki i także zawiera kompleks witamin. Nie wiem czy osobiście zgodzę się z wygładzaniem zmarszczek bo pod oczy go nie nakładałam, ale wydaje mi się, że raczej ich nie ukryje, ale na pewno nie podkreśli przez to, że zastyga i nie będzie się zbierał w liniach mimicznych. Dla mnie nie wymaga pudrowania ale bardzo tłusta cera na pewno będzie tego wymagała. Ma nieco lepszą trwałość niż wersja Aqua i daje matowe wykończenie ale bez papierowego, płaskiego efektu.
Z całej paczki jedynym dużym rozczarowanie okazały się cienie. Duże opakowania wyglądały bardzo obiecująco, ale spodziewałam się po nich czegoś więcej. Matowy cień Kashmir w opakowaniu wyglądał na jasny waniliowy beż. Niestety okazał się ciemniejszy na skórze niż w opakowaniu i bardziej różowo-beżowy więc nie do końca pasuje mojej urodzie. Cień glam spodobał mi się już bardziej bo okazał się neutralnym jasnym brązem z deliaktnymi różowymi drobinkami. Niestety na powiece jego efekt nie powala intensywnością. Dlatego cienie niekoniecznie sprawdzą się makijażowym freakom oczekującym mocnej pigmentacji i oszałamiających efektów, ale dla osób, które szukają czegoś lekkiego i delikatnego do dziennych makijaży, czym nie zrobią sobie plam i zbyt mocnych krawędzi w makijażu to może okazać się ciekawy wybór.
Gdybym miała jednak wskazać jeden hit tej paczki zdecydowanie wskazałabym na bazę. Paese Hydro Base okazała się produktem działającym cuda! Według producenta ma nie tylko przygotowywać skórę pod makijaż i wydłużać jego trwałość, ale też dzięki zawartości takich składników jak kwas hialuronowy czy Peptydy ma delikatnie pielęgnować skórę w ciągu dnia, koić, łagodzić podrażnienia, walczyć ze starzeniem i utratą nawilżenia. Obietnice duże jak na zwykłą bazę pod makijaż, ale po kilkunastu użyciach muszę przyznać, że to chyba działa. Po nałożeniu tej bazy mam uczucie jakbym nałożyła lekki nawilżający krem. Skóra jest miękka, miła i jakby lekko rozpromieniona. Pozostawia bardzo, bardzo delikatnie lepką powłokę na skórze przez co podkład lepiej się do niej przyczepia, ale jednocześnie jest bardzo komfortowa w noszeniu i nawet jeśli nie nałożę kremu mam wrażenie nawilżonej skóry
Jakbym miała podsumować tę część to zdecydowanie najbardziej polecam Wam spróbować bazy pod makijaż. Moim zdaniem to najlepsza baza dla skóry suchej jaka trafiła kiedykolwiek w moje ręce. Zapraszam Was też na stronę Paese gdzie możecie zobaczyć inne produkty marki. Zachęcam też do wyczekiwania kolejnej części, tam dopiero będzie kolorowo!







