GlamGlove | Recenzja
Hej! Chciałabym dzisiaj napisać poruszający do głębi, z zawiłą fabułą i zaskakującym zwrotem akcji wstęp. Niestety nie mam pomysłu, a u mnie nic kompletnie się nie dzieje, poza tym, że Matura za pasem, czas goni! Jak zwykle przypomniało mi się w ostatniej chwili, że jeszcze nie zaczęłam sie uczyć, a do tego życie ostatnio obfituje w różnorodne przyjemności natury prywatnej, pogoda jest co raz piękniejsza i jakoś tak nie chce mi sie uczyć. Ale nie o tym dzisiaj! Dzisiaj bedzie o myciu pędzli. W wersji dla niemających czasu.
Każda szanująca się makijażomaniaczka ma w swoim zbiorze co najmniej
kilka pędzli. I każda na pewno wie, że należy je regularnie czyścić. Nie
oszukujmy się- większość z nas nie robi tego "na sztuki". Ja również
jak już zasiadam do "prania" to piorę na raz większą ilość. Jeśli ta
większa ilość składa się z kilku sztuk to wszystko w porządku. A co gdy
mamy w swojej kolekcji kilkadziesiąt... albo kilkaset? Trwa to wtedy
strasznie długo, przez dłuższy czas trzymamy dłonie pod bieżącą wodą,
skóra robi się po jakimś czasie zmeczona i rozmoknięta, osłabiają się
paznokcie, a detergent używany do czyszczenia - zwłaszcza, jeśli ma
właściwości dezynfekujące, wysusza dłonie.
I tu z pomocą, przychodzi nam GlamGlove - czyli rękawiczka przeznaczona do mycia pędzli. Rękawiczka wykonana jest z solidnej, grubej gumy. Nie boję się, że nakładając ją na dłoń uszkodzę ją długimi paznokciami. Jest wystarczająco duża, żeby każda dłoń się w niej czuła swobodnie, ale nie na tyle duża żeby sprawiać problemy podczas użytkowania. Ma specjalne miejsce na kciuk, co bardzo ułatwia sprawę, jest po prostu wygodnie ją trzymać. Guma jest matowa - co mnie bardzo cieszy bo jakoś nie czuję sympatii do połyskującej gumy w typie taniego lateksu. Do tego ma bardzo fajny kolor, dziewczęcy i energetyczny.
Jako paznokciomaniaczka doceniam w tej rękawicy fakt, że nawet trochę nie przemaka, co chroni paznokcie i delikatną skórę dłoni przed kontaktem z wodą i środkami czyszczącymi. Dodatkowo rękawiczka sama w sobie bardzo szybko wysycha. Ja przypinam ją na kilka minut klamerką i to w zupełności wystarczy, po chwili mogę ją już spokojnie schować.
Rękawica z obu stron zawiera wypustki w różnych, ale przemyślanych kształtach. Z łatwością wyczyścimy na nich zarówno większe, jak i mniejsze pędzle, a także odciśniemy z nadmiaru wody opłukany już pędzel. Dzięki temu, że wypustki są sztywne, docierają do wnętrza pędzla i doczyszczają go nawet w głębszych zakamarkach.
Z jednej strony rękawiczki, na środku. mamy duże, okrągłe wypustki przeplatane z maleńkimi kuleczkami- moim zdaniem jest to najlepszy fragment do czyszczenia dużych pędzli do twarzy. Wypustki są na tyle duże, że dotrą w głębsze zakamarki pędzla, a przez swój obły kształt nie uszkodzą struktury włosia.
Na górze znajdują się podłużne, poziome "pasy". To mój ulubiony "wzór" jeśli chodzi o odciskanie mokrych pędzli, zwłaszcza tych dużych. Pod wpływem nacisku woda wydostaje się z pędzla i spływa rowkami zamiast wsiąknąć spowrotem we włosie.
Moim faworytem jeśli chodzi o wypustki na tej rękawicy, są te najmniejsze, które zajmują zdecydowanie największą powierzchnie, gdyż znajdują się zarówno z jednej jak i drugiej strony rękawicy. Są idealne do czyszczenia mniejszych pędzli. Są dosyć miękkie w porównaniu z resztą wypustek, a do tego zakończone na okrągło więc nie boję się nawet o najmniejsze i najdelikatniejsze pędzelki. Nawet jeśli mocniej je doscisnę, nic im sie nie stanie.
Druga strona rękawicy zawiera ten sam wzorek co poprzednia- maleńkie kuleczkowe wypustki więc ich już nie fotografowałam i nie będę się rozpisywać. Wypowiem się za to na temat pozaostałych dwóch wzorów.
Środkowy na początku zupełnie do mnie nie przemawiał. To małe, ułożone na skos względem siebie nawzajem paseczki. O dziwo stały się jednym z moich ulubionych, ponieważ świetnie wyciągają wszelkie zanieczyszczenia z włosia większych i mniejszych pędzli.
Ostatnim wzorem są fale, które dla odmiany niezbyt przypadły mi do gustu. Moim zdaniem są zbyt mało pofalowane żeby dobrze czyścić zanieszyczenia, chociaż sprawdzają się do odciskania wody z mniejszych pędzelków.
Jak możecie zauważyć, rękawica zwiera także wzory na bokach, co już w ogóle jest dla mnie szokiem! Jeszcze nie spotkałam się, żeby producent tak bardzo dopracowywał szczegóły, żeby zagospodarować także powierzchnię na bokach produktu. Nie używam tych wzorów zbyt często, ponieważ jest to powtórzony wzór małych kuleczek i dość rzadki, łagodny wzorek poziomych pasów, które nie do końca wiem do czego wykorzystać.
Podsumowując- bardzo się cieszę, że mogłam zostać posiadaczką tej rękawicy. Jest naprawdę świetna, dużo łatwiej doczyszcza się z jej pomocą każdego rodzaju zanieczyszczenia z każdego rodzaju pędzli. Jest bardzo przemyślana, świetnie zaprojektowana i wygodna. Nie tylko ułatwia doczyszczenie pędzelków, nawet tych zafarbowanych, ale znacznie przyspiesza mycie. Czas wystawania przy zlewie z mokrymi pędzlami skraca się z pół godziny do kilkunastu minut! To idealny gadżet dla tak zabieganych osób jak ja teraz, dla osób, dla których każda minuta jest cenna i nie mają zbyt wiele czasu na dbanie o swoje akcesoria. Hania odwaliła naprawdę dobrą robotę! Naprawdę mało firm pomyślało o wprowadzeniu do asortymentu tego typu gadżetów, a jeśli już są dostępne, to ceny zwalają z nóg!
Nie wiem jak wy, ale ja cieszę się, że osoba którą podziwiam i uwielbiam oglądać stworzyła coś, co mogę teraz posiadać u siebie i z przyjemnością używać. Dajcie znać, co wy sądzicie o produktach tego typu, czy posiadacie tę rękawicę i co o niej sądzicie.
Dziękuję i do następnego! :*
Missha M Perfect Cover | Hit 2014
Pokazując Wam na początku roku Hity 2014 roku, założyłam sobie, że następne posty będą obszerniejszymi recenzjami pokazanych produktów. Jakoś tak wyszło, że przerwałam ten cykl już pod koniec, dlatego dzisiaj zamierzam go kontynuować. Pokażę Wam ostatni produkt z moich zeszłorocznych hitów. Co prawda, został jeszcze rozświetlacz, ale jest on już niedostępny, a nie chcę pisać o produktach, których nie można już dostać.
Missha M, to moje pierwsze zetknięcie z produktami tego typu. Kremy BB były mi wcześniej obce, ale już ta pierwsza próba przekonała mnie, że warto zainwestować w taki kosmetyk, zwłaszcza latem.
Zacznijmy, tradycyjnie już, od opakowania. Zwyczajna tubka z grubego, elastycznego materiału zakończona "dziubkiem" o pojemności 20 ml z której bardzo łatwo zaaplikować dowolną ilośc produktu. W przypadku kosmetyku o pojemności 50 ml tubka zaopatrzona jest też w praktyczną i wygodną pompkę. Całośc wygląda estetycznie, ciemna, chłodna metaliczna czerwień opakowania pięknie wygląda w połączeniu ze srebrnymi detalami i sprawia wrażenie produktu raczek ekskluzywnego. Niestety, napisy się ścierają.
Produkt ma konsystencję gestego, treściwego kremu. Lekko się rozprowadza, miękko sunie po skórze. Jest bardzo przyjemny, jego noszenie jest w pełni komfortowe dla skóry. Nałożony na twarz wygląda ładnie, naturalnie, nie robi efektu maski. Mimo, że jego kolor jest dosyć różowy i obawaiałam się go, produkt w jakiś magiczny sposób stapia się i dostosowuje do cery. Po kilku minutach od nałożenia zupełnie nie widać, że mamy na twarzy jakiś produkt! Do tego jest niesamowicie trwały, po produkcie tego typu spodziewałam się niewielkiej trwałości i minimalnego krycia, a tu takie zaskoczenie! Krem ma całkiem dobre krycie- powiedziałabym, że średnie i utrzymuje się naprawdę przez kilka długich godzin. Nie spływa w upale ani podczas kontaktu z wodą. Niestety odbija się na ekranie telefonu lub aparatu.
Mój kolor to najjaśniejszy - 13. Odcień mlecznego, różowawego beżu. W porównaniu z nim podkład z L'Oreal wypada bardzo żółto. Będzie to idealny kolor dla naprawdę bladych dziewczyn. Posiadaczki mlecznej cery będą z nim zachwycone! Ja też jestem bo dla mnie to ideał! Latem, gdy używałam go najczęściej dodawałam do niego odrobinkę ciemniejszego podkładu, co jednocześnie ocieplało kolor i zapewniało mi nieco lepsze krycie. Jeśli ten krem samodzielnie okaże się dla was za jasny lub za lekki, to gwarantuję, że sprawdzi się idealnie w roli "rozjaśniacza" ciemniejszych produktów. Nie sprawdzi się tylko dla osób, z bardzo wrażliwymi nosami- słodki, mdły, pudrowy zapach kremu wyczuwalny jest bardzo mocno i dosyć długo po nałożeniu. Chociaż można się przyzwyczaić - ja strasznie nie lubię zapachowych kosmetyków, ale po jakimś czasie przestałam zwracać uwagę.
Na koniec pozostawiłam jego magiczne wręcz właściwości. Producent obiecuje nam, że krem ten ma łagodzić i nawilżać skórę, do tego powinien mieć działanie rozjaśniające przebarwienia, przeciwzmarszczkowe oraz chronić skórę przed słońcem. Poprzeczka postawiona wysoko, prawda?
Nie wypowiem się jedynie na temat jego działania przeciwzmarszczkowego, bo jak wiemy nie jest to rzecz, którą da się zaobserwować. Za to zdecydowanie zgadzam się z właściwościami łagodzącymi i rozjaśniającymi przebarwienia. Zmagałam się przez jakiś czas z podrażnieniem skóry w kilku miejscach, a oprócz tego notorycznie pojawiały mi się w jednym miejscu kilka czerwonych "cętek". Do tej pory nie doszłam do tego, co było przyczyną takiego stanu rzeczy, ale odkąd zaczęłam używać tego podkładu zaczerwienienia znacznie się przejaśniły (a zniknęły dzięki kolejnemu koreańskiemu cudeńku, o którym kiedyś jeszcze napiszę), a podrażnienia całkowicie zniknęły. Wyczuwalne też jest nawilżenie cery, czuję, że w ciągu dnia nie traci ona wody nawet jeśli nie nałożę pod spód kremu. Co do ochrony przeciwsłonecznej - SPF 42+++ mówi chyba samo za siebie?
Podsumowując: jestem bardzo zadowolona ze swojej pierwszej przygody z kremami BB i jednocześnie pierwszej przygody z kosmetykami azjatyckimi. Zdecydowanie ten krem będzie czymś, do czego będę wracać regularnie, mimo, że cena nie jest niska.
Ciekawa jestem waszej opinii na temat kosmetyków azjatyckich. Chętnie się dowiem, co możecie polecić :)
NEW IN: Styczeń/luty 2015
Mało mnie tu ostatnio, ale nie krzyczcie! Wiecie, matura, dyplomy, obrona... wszystko na raz a czas goni! Dlatego niezbyt często sie tu pojawiam, ale staram się jak mogę, żeby chociaż czasami znaleźć wolną chwilę na napisanie czegoś.
Dzisiaj tradycyjnie, początek miesiąca więc trzeba pokazać co zakupiłam w ciągu ostatnim czasie. Tym razem będą to zakupy z aż dwóch miesięcy, gdyż w styczniu zakupy były tak skromne, że nie warto było ich wam pokazywać. Za to w lutym zaszalałam nieco bardziej, więc zapraszam do oglądania :)
1. Essence Hello Autumn. Brakowało mi fajnego nudowego matu do ust. Ten kolor wpadł mi w oko i również zachęcił niską ceną. Calkowicie matowy nie jest, a szkoda bo takie lubię, ale ma fajny kolor i wygląda bardzo naturalnie.
2. Classic lip pencil 325. Trwają poszukiwania idealnej matowej pomarańczki do ust! Niestety ta jest wciąż zbyt czerwona jak na moje potrzeby.
3. Makeup Revolution Scandalous Vice. Kolejny etap poszukiwania pomarańczki na wiosnę. Ta jest świetna pod względem koloru - neonowa, pomarańczowa, soczysta. Niestety bardzo kremowa przez co nie utrzymuje się wybitnie długo i jest półtransparentna.
Real Technics Miracle Complecsion Sponge. Poprzednia sztuka służyła mi ponad pół roku i chciałam nawet pokazać wam jak po tym czasie wygląda przy codziennym używaniu, ale niestety... kot zrobił sobie z niej zabawkę. Nie umiem malować się pędzlem, więc zakupiłam nową sztukę.
Makeup Revolution Ultra Contour Kit Fair. Zestawik do konturowania jakoś tak sam mi się kliknął. Jego mały rozmiar będzie zaletą na wyjazdach, tak samo jak to, że mamy tutaj wszystko w jednym. Róż to niezła podróbka orgasmu, a bronzer ma fajny matowy, dość chłodny kolor, dobry nawet dla mojej bladej twarzy.
Czytaj dalej »
Dzisiaj tradycyjnie, początek miesiąca więc trzeba pokazać co zakupiłam w ciągu ostatnim czasie. Tym razem będą to zakupy z aż dwóch miesięcy, gdyż w styczniu zakupy były tak skromne, że nie warto było ich wam pokazywać. Za to w lutym zaszalałam nieco bardziej, więc zapraszam do oglądania :)
1. Wibo Blush Creme. Róż z limitowanej kolekcji Paryskiej Wibo. Skusiłam się i żaluję, bo chodziaż kolor ma przepiękny, to co z tego, skoro okazal się zupełnie innym produktem niż miał być? Co o nim myślę napisalam już tutaj.
2. Lovely Curling pump up mascara. Jak już byłam w Rossmannie to skusiłam się na osławiony i wychwalany przez wszystkich tusz. Fakt, że mój się już skończył i niska cena podczas gdy akurat miałam chwilowy kryzys gotówkowy przemówiły na jego korzyść. Powiem szczerze, że jest ok, ale szału na mnie nie zrobił, zwłaszcza że bardzo szybko wysechł.
1. Essence Hello Autumn. Brakowało mi fajnego nudowego matu do ust. Ten kolor wpadł mi w oko i również zachęcił niską ceną. Calkowicie matowy nie jest, a szkoda bo takie lubię, ale ma fajny kolor i wygląda bardzo naturalnie.
2. Classic lip pencil 325. Trwają poszukiwania idealnej matowej pomarańczki do ust! Niestety ta jest wciąż zbyt czerwona jak na moje potrzeby.
3. Makeup Revolution Scandalous Vice. Kolejny etap poszukiwania pomarańczki na wiosnę. Ta jest świetna pod względem koloru - neonowa, pomarańczowa, soczysta. Niestety bardzo kremowa przez co nie utrzymuje się wybitnie długo i jest półtransparentna.
Real Technics Miracle Complecsion Sponge. Poprzednia sztuka służyła mi ponad pół roku i chciałam nawet pokazać wam jak po tym czasie wygląda przy codziennym używaniu, ale niestety... kot zrobił sobie z niej zabawkę. Nie umiem malować się pędzlem, więc zakupiłam nową sztukę.
Lakiery trafiły do mnie od Orientalmeat, u której to wygrałam rozdanie. To moje pierwsze lakiery Orly i pierwsza modeleczka. Z niej jestem najbardziej zadowolona. Ten kolor marzył mi się odkąd pojawiły się pierwsze zapowiedzi neonowej kolekcji.
Makeup Revolution Ultra Contour Kit Fair. Zestawik do konturowania jakoś tak sam mi się kliknął. Jego mały rozmiar będzie zaletą na wyjazdach, tak samo jak to, że mamy tutaj wszystko w jednym. Róż to niezła podróbka orgasmu, a bronzer ma fajny matowy, dość chłodny kolor, dobry nawet dla mojej bladej twarzy.
Makeup Revolution Naked Chocolate. Nowa gwiazda mojej toaletki. Piękna biała słodkość zdetronizowała na razie Death by Chocolate, co jest sporym wyczynem! Paletka jest cudowna, świetna jakościowo, świetnie wykonana no i te kolory! Mniam! Niedługo napiszę o niej więcej!
Napiszcie mi co wy kupiłyście ostatnio wartego uwagi? A może przed czymś chcecie mnie ostrzec? Jesli miałyście lub macie któryś z tych produktów zapraszam do wyrażenia swojej opinii :)
Dziękuję za uwagę i do następnego :*
Etykiety:
Blush,
Bronzer,
chocolate,
Makeup Revolution,
Models Own,
naked chocolate,
New In,
Orgasm,
Orly,
podsumowanie lutego,
podsumowanie miesiąca,
podsumowanie stycznia
Pędzle Sunshade Minerals | Prezentacja
Witajcie dziewczyny! Dzisiaj przychodzę do Was z przezentacją i ogólnym opisem zestawu pędzli, który trafił w moje ręce w grudniu. Pędzle to przecież niezbędne akcesorium w kolekcji każdej makijażowej maniaczki! Chyba każdej dziewczynie chociaż raz zamarzyła się wielka kolekcja pędzli, więc na pewno każda chociaż raz pomyślała o zakupie wielkiego zestawu. Jednak większość blogerek odradza kupowanie zestawów, wiele dziewczyn uwaza, że są one niepraktyczne lub kiepskiej jakości, mimo, że wychodzą korzystnie cenowo. Ja na przykładzie tego zestawu przekonałam się, ze niekoniecznie jest się czego bać!
Zestaw przychodzi do nas w skóropodobnym, czarnym etui zamykanym na zamek. Jest ono wykonane dośc solidnie, nie mogę narzekać na jego jakość chociaż przez pewien czas śmierdziało jakimś tanim klejem. Zapach nie przeniósł się na pędzle i w sumie to całkiem szybko zwietrzał więc nie będę się czepiać. Etui wykonane jest z grubego, skóropodobnego materiału, który zarówno z wyglądu jak i w dotyku przypomina prawdziwą naturalną skórę. Jest ono dosyć twarde i sztywne więc doskonale ochroni nasze pędzle przed uszkodzeniami nawet w trudnych warunkach (np. podróż w damskiej torebce).
Na pochwałę zasługuje też jego design - proste, czarne, bez zbędnych ozdób i udziwnień. Znajduje się na nim tylko metalowa blaszka z wytłoczoną nazwą firmy. Moim zdaniem wygląda to bardzo profesjonalnie i mi osobiście kojarzy się designem np. Zoevy. Nie jest to co prawda wykonanie z mistrzowską dbałością o szczegóły, i widać to na zdjęciach, ale nie wali tandetą z czego jestem bardzo zadowolona. Jedyne do czego bym się przyczepiła w związku z wyglądem tego etui to fakt, że suwak mógłby być sztywniejszy, albo po prostu inaczej wszyty, bo nieatrakcyjnie się "wybrzusza"
Etui zawiera w sobie 18 przegródek na pędzle wykonanych ze sztucznego materiału, który w tym zastosowaniu ma swoje uzasadnienie - jest dosyć sztywny i łatwo się czyści, co będzie ważne jeśli np. malujemy kogoś lub siebie poza domem i brudne pędzle czyścimy dopiero po powrocie. Naturalny materiał na pewno nie czyściłby się tak łatwo.
Przegródki są na tyle luźne, że spokojnie możemy w jednej umieścić dwa pędzelki. Ale oczywiście przy zakupie każdy pędzel umieszczony jest w osobnej przegródce, każdy ma swoje miejsce, jest ładnie wyeksponowany i nienarażony na stykanie się włosiem z innym pędzlem. Niby dobrze, ale jednak część w której znajdują się mniejsze pędzelki wygląda na pustawą.
Zanim jeszcze przejdę do pędzli, warto zaznaczyć, że większe pędzle przychodzą do nas w plastikowych osłonkach, które pomagają zachować kształt włosia i zapobiegną rozcapierzaniu się pędzla podczas przechowywania w etui. Tak samo zabezpieczony jest cieniuteńki pędzelek do eyelinera. Każdemu chyba zależy, żeby taki konkretnie pędzel był jak najbardziej precyzyjny więc zabezpieczenie go osłonką jest dobrym pomysłem.
Przejdźmy teraz do sedna sprawy, czyli samych pędzli. Jak już wspomniałam zestaw zawiera 18 sztuk pędzli, a dokładniej pięć dużych pędzli do twarzy, 11 mniejszych pędzelków o różnym zastosowaniu - do cieni, eyelinera, lub okolic wokół oczu np. korektora, oraz dwie szczoteczki do rzęs lub brwi, które moim zdaniem są tutaj niezbyt potrzebne i stanowią bardziej "zapchajdziurę" niż faktycznie potrzebną rzecz, ale jeśli nie posiadamy jeszcze takiego akcesorium to mogą się przydać.
Wszystkie pędzle wykonane są z włosia syntetycznego. Jest ono całkiem dobrej jakości, włoski są cienkie, ale jest ich dużo. Nie możemy narzekać, że pędzle są zbyt rzadkie. Włosia jest odpowiednio dużo, w zależności od rodzaju i kształtu pędzla. Pędzelki są odpowiednio zbite. Włosie jest miękkie i elastyczne. Nie drapią powiek, ładnie chwytają produkty sypkie i prasowane, a kremowych czy płynnych nie pochłaniają w nadmiarze.
Dodatkowo włosie bardzo ładnie się układa. Samo z siebie nie traci kształtu, utrzymuje się tak, jak zostało ułożone w skuwce. Pędzle w okrągłych skuwkach troszeczkę się rozcapierzają, ale nie tak, zeby tracić kształt, po prostu w naturalny sposób włosie się rozluźnia, a przy takim kształcie pędzli to zaleta. Dodatkowo muszę przyznać, że włosie jest bardzo ładnie ścięte. Włoski są równe, kształt zachowany, nie ma tutaj żadnych niekontrolowanych "wyrw" czy dziur.
Przyjrzyjmy się teraz designowi samych pędzli. Rączki wykonano z twardego drewna, które pomalowane zostało perłową farbą w szarobrązowym odcieniu. Maja one nietypowy kształt, wybrzuszają się w jednym miejscu, a następnie zwężają ku końcowi. Powiem szczerze, że nie mam wyrobionego zdania na temat takiego kształtu trzonka, ani mi to w niczym nie przeszkadza ani nie pomaga. Może tylko względy estetyczne trochę tu do mnie trafiają, bo wydaje mi się, że pędzel wydaje się smuklejszy i delikatniejszy dzięki takiemu "rzeźbieniu".
Trzonki w zależności od pędzla i długości jego włosia, mierzą ok. 12-18 cm. Cały pędzel ma więc około 20 cm, chociaż muszę zauważyć, że pędzelki nie są jednakowej długości - różnią się pomiędzy sobą długością, między co niektórymi modelami różnica ta jest znaczna i wyraźnie widoczna.
Na trzonku nadrukowana jest nazwa firmy, prostą czcionką, bez dodatkowych ozdób. Szkoda, ze nie jest wytłoczona bo pewnie będzie się ścierać, ale z drugiej strony nie ma tutaj numerków więc to, czy napis się zetrze nie ma większego znaczenia. Nie mniej, używam tych pędzli codziennie i jak na razie nie zauważyłam, żeby na którymś napis zaczął się ścierać.
Włosie osadzone jest w skuwce wykonanej z grubego metalu o ciemnostalowej barwie. Skuwka jest twarda, zwężająca się ku końcowi, porządnie osadzona na trzonku. Żaden z pędzelków "nie lata" w miejscu łączenia i jak na razie żaden się nie rozkleił. Tak samo z włosiem - z niektórych pędzelków wyszły pojedyncze włoski, ale ogólnie włosie trzyma się na swoim miejscu.
Podoba mi się to, że wszystkie pędzelki są tak samo farbowane. Jasne, ciemniejące na końcach by na sanych koniuszkach stać się białe. Zwłaszcza w pędzlach do cieni się to sprawdza bo zawsze widzimy czy pędzelek jest brudny i do jakiego koloru był ostatnio używany. Nie dość, ze praktyczne to jeszcze ładnie wygląda. Ładnie wyglądają już tylko czyste, białe pędzle, ale jak wszyscy wiemy- ciężko takie doprać.
Jak już przy praniu jesteśmy to wspomnę o tym, że pędzelki prałam już kilkanaście razy. W ciepłej wodzie z mydłem. Przyznam, że miałam pewne obawy przy pierwszym praniu jednak zupełnie niepotrzebnie. Pędzelki ładnie się dopierają, pod wpływem wody i mydła wypłukują się z nich wszystkie pozostałości kosmetyków a także nie ma problemu z wypłukaniem z nich mydlanej piany.
W trakcie suszenia pędzle nie tracą kształtu, nie odkształcają się, nie tracą włosia. Zupełnie nic się z nimi nie stało, włoski pozostały nadal miękkie i przyjemne w dotyku, nie rozmoczyły się w miejscu klejenia włosia, nie poodpadały im skuwki. Nawet duże pędzle nie wymagały suszenia w osłonkach ani jakiegokolwiek specjalnego traktowania. Przyczepiłabym się jedynie, że w porównaniu z pędzlami innych firm, to długo schną. Dłużej niż inne pozostają wilgotne po praniu, zdarza się, ze duże pędzle nie zdążą wyschnąć nawet przez noc.
W takim ogólnym podsumowaniu muszę przyznać, że mamy tutaj porządny zestaw w atrakcyjnej cenie. Za niespełna 140 zł dostajemy 18 dobrej jakości pędzli w solidnym etui. Przyznam, że spodziewałam się, że będą one gorszej jakości, a jak na razie to nie ustępują dużo pędzlom np. Hakuro.
W najbliższym czasie planuję dla was jeszcze jeden post o tych pędzlach, w którym pokażę wam z bliska poszczególne modele, opisze je ze strony technicznej i opowiem jak się sprawdzają w swoich rolach.
Jeśli miałyście jakieś pędzle tej marki napiszcie jak wam się sprawdzały, dajcie też znać, jakie jeszcze dobre pędzle w rozsądnej cenie polecacie, jakie firmy lubicie najbardziej.
Wibo Boutique de Beaute | Blush Creme
Witajcie Dziewczyny! Mam nadzieję, że ucieszy was fakt, że na stałe wracam już do blogowania. Zmiany zmianami, ale potwornie brakuje mi pisania, komentarzy, kontaktu z czytelnikami. Zwłaszcza, że mam całkiem sporo gotowych zdjęć, całkiem sporą liczbę rzeczy obiecałam wam pokazać, trzeba zacząć wywiązywać się z terminów! A ten róż mam już całkiem długo i całkiem dobrze zdążyłam go przetestować.
Jak pewnie wiecie na paryską kolekcję wibo i na te cudowne róże polowałam odkąd pojawiły się w internecie pierwsze zapowiedzi. Zwłaszcza, ze to kolekcja limitowana. Podczas gdy wszyscy zachwycali się rozświetlaczem w szykownym flakoniku ja chorowałam na róż kuszący pięknym pikowanym tłoczeniem i obietnicą kremowej konsystencji.
Zacznijmy od koloru, który jest naprawdę bardzo przyjemny. Ja wybralam kolor numer 02, który jest połączeniem matowego chłodnego różu z nieco cieplejszym brzoskwiniowym odcieniem, który zawiera delikatne srebrne drobinki rozświetlajace. Moim zdaniem to bardzo udana, naturalnie wyglądająca kompozycja, chociaż te srebrne drobinki mogłoby być nieco drobniejsze. Nie wyglądają tragicznie, ale wielu osobom mogą się nie spodobać.
Opakowanie produktu nie jest może moim ulubionym typem opakowań, ale w sumie to wygląda bardzo ładnie. Jest to prosta, kwadratowa kasetka wykonana z matowego, średniej jakości plastiku. W wieczku umieszczona jest plastikowa "szybka" przez którą zobaczyć możemy zawartość opakowania no i oczywiście to przepiękne tłoczenie. Na "szybce" nadrukowane jest logo Wibo, nazwa kosmetyku i całkiem fajny, graficzny rysunek zgrabnej Francuskiej panienki. Całość wygląda moim zdaniem bardzo stylowo i nawet moje wrażliwe poczucie estetyki nie czuje się urażone. Całość jest gustownie wyważona i oryginalna.
Z tyłu umieszczono sporych rozmiarów naklejkę zawierającą wszelkie podstawowe informacje na temat produktu, opis od producenta, a nawet rysunek przedstawiający gdzie należy produkt nakładać.
Przejdźmy teraz do totalnego zaskoczenia tym kosmetykiem, a mianowicie jego konsystencji. Produkt został opisany i otrąbiony wszędzie jako kremowy róż do policzków Blush Creme. Czego więc się po nim spodziewałam? No dokładnie tego co zostało o nim napisane czyli kremowej konsystencji. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy po pierwszym dotknięciu okazało się, że produkt jest najzwyklejszym w świecie różem pudrowym! W dodatku bardzo mocno sprasowanym i naprawdę suchym.
W sumie to powiedzenie, że produkt jest suchy to małe niedomówienie. ciemniejsze "kafelki" różu są twarde jak kamień i zupełnie nie nabierają się na pędzel. By zrobić dla was Swatch musiałam zdrapać odrobinę paznokciem żeby wgl było coś widać. Na pędzel ciemniejszy odcień nie nabiera się zupełnie. Po miesiącu testowania i użyciu conajmniej kilkanaście razy ciemniejsze fragmenty nadal zachowały idealną, nowiutką fakturkę, podczas gdy jaśniejsze kawałki sa już nieźle wygłaskane. Jak zapewne się domyślacie, pigmentacja nie jest powalająca. Na policzek nakłada się tylko jaśniejszy odcień, przy którym i tak trzeba namachać się pędzlem żeby cokolwiek było widać. Efekt jest subtelny i delikatny, zupełnie nie trzeba martwić się o blendowanie dlatego zużywam go do szkoły gdy chcę tylko minimalnie zaznaczyć policzki.
Zastanawiałam się długo jak podsumować ten produkt, bo to naprawdę niezłe zaskoczenie. I to raczej nie jest miła niespodzianka. Nada się dla niewprawionych dziewczyn, które boją się zrobić sobie różową plamę lub dla osób ceniących sobie mega naturalny efekt. Tak poza tym to dla mnie jest to produkt rozczarowujący. Płacimy za 9g produktu z czego połowa nie nabiera się na pędzel (chyba że byłby druciany)
i nigdy jej nie użyjemy. Druga połowa produktu jest w miarę ok, ale i tak nie robi szału. Opakowanie jest ładne, ale co z tego, gdy kosmetyk nie nadaje się raczej do niczego. Tak ponad to, to może przymknęłabym oko i po porostu nie napisała o tym produkcie (bo zdecydowanie przyjemniej pisze się pozytywne rzeczy) gdyby nie fakt, że klient jest jawnie wprowadzany w błąd. Produkt wszędzie opisywany jako kremowy okazuje się zwyczajnym prasowańcem i to w dodatku tak suchym, że nie da się nim pracować. Szczerze mówiąc nie wiem co mam myśleć o takim postępowaniu firmy.
Dajcie znać co wy myślicie o tym produkcie jak i o dziwnym "chwycie marketingowym". Ja czuję się nieco zniesmaczona czymś takim i cieszę się, że chwyciłam tylko za jeden róż, a nie ta jak miałam ochotę- za wszystkie.
Czerń, złoto, ćwieki | Wspomnienia z koncertu
Kto mnie śledzi na Instagramie, [klik] na pewno już widział fotki z koncertu z Bydgoszczy. Chłopaki ze Sleep Since The April zagrali naprawdę rewelacyjnie! Nie miałam jeszcze okazji podzielić się z Wami moim koncertowym manicure, no a chyba wszyscy wiedzą, że każde wyjście na taką imprezę wymaga specjalnych przygotowań? Ja postawiłam na czerń i złote stożkowe ćwieki, a żeby jednak nie było zbyt agresywnie dodałam do tego złoty piasek. Wyszło dosyć elegancko ale z pazurem godnym fanki ciężkiej muzyki.
Użyłam:
-Colour Alike Black Saint
-ćwieki Allepaznokcie
-Lovely Snow Dust 01
Jeśli ktoś z was też lubi taką muzykę, serdecznie zachęcam do posłuchania SSTA na YouToube [klik]. Wartosię nimi zainteresować, bo chłopaki są w trakcie nagrywania nowego materiału, a to prawdziwe talenty i ja wróżę im wielką karierę! Wokal jest naprawdę nieziemski, ale mnie szczególnie ujął główny gitarzysta, chłopak naprawdę gra z pasją! Polecam posłuchać, może przepadniecie tak samo jak ja xD
Walentynkowy gradient
Dłuuugo mnie tu nie było. Ale mam nadzieję, że wybaczycie mi tę długą nieobecność. Jak pisałam wam już kiedyś- ten rok jest dla mnie czasem bardzo wielu zmian, które zaczęły się już teraz. Zmieniają się sytuacje, miejsca, ludzie, wiąż potrzebuję czasu by przyzwyczaić się do nowych okoliczności. Wiele się u mnie działo, ale zatęskniłam już za pisaniem. Nie mam ostatnio czasu malować paznokci, ale coś szybkiego, prostego na walentynki postanowiłam stworzyć. Może nie jest to mani idealne, ale pamiętajcie, że teraz czuję się tak, jakbym uczyła się malować paznokcie od nowa :P
Czytaj dalej »
No wiem, wiem, mam strasznie suche skórki :P
Napiszcie mi co tam u was! Jak minęły wam walentynki? :D