Pastel mint studs | BPS

piątek, 24 lipca 2015
Nie będę się dzisiaj rozpisywac o tym co u mnie, bo u mnie nic ciekawego. Przygotowania do wyprowadzki idą pełną parą i przysłaniają cały świat. Nie robię nic, poza pakowaniem się. 
Dlatego manicure, który wam dzisiaj pokażę jest jednym z tych prostszych, które nie wymagają długich godzin spędzonych nad paznokciami. W chwili obecnej decyduję się zwykle na manicure jednokolorowy, ewentualnie coś, co szybko się maluje, potem szybko schnie i możemy wracać do swoich obowiązków. Ten taki jest, a do tego wygląda bardzo wiosennie przez połączenie pastelowej mięty i bieli.






Te ćwieki to stosunkowa nowość w ofercie Born Pretty Store. I w mojej ocenie jest tańszą opcją dla osób, które marzą zarówno o pastelowych jak i neonowych ćwiekach. W niedużym plastikiowym pojemnijczku znajdują się ćwieki w trzech kształtach - podłużnym, okrągłym i kwadratowym. Każdy z tych kształtów występuje w czterech kolorach, dwóch pastelowych i dwóch neonowych. Ćwieki są niewielkie, mają 2-3 mm średnicy więc są małe i dopasują się nawet to bardzo wypukłych paznokci. Naniosłam je delikatnie na warstwę mokrego lakieru i delikatnie docisnęłam. Utrwalone następnie bezbarwnym lakierem trzymały się aż do zmycia. Po tym czasie delikatnie usunęłam je pęsetą, a następnie oczyściłam brzegi i spód z resztek lakieru przy pomocy patyczka kosmetycznego zamoczonego w zmywaczu. Są oczywiście wielorazowego użytku, więc jeśli ich nie zniszczymy będą nam służyć bardzo długo.




Ćwieki możecie dostać tutaj w atrakcyjnej cenie - $2.86. Pamiętajcie, że używając kodu zniżkowego JJG10 otrzymacie 10% zniżki na całe zakupy. Dodatkowo, wysyłka zawsze jest darmowa, niezależnie od tego, z jakiego kraju zamawiacie!

Co o tym sądzicie? Jak wam się podoba ten manicure i same ćwieki?
Czytaj dalej »

Kolorowe eyelinery na lato!

poniedziałek, 20 lipca 2015
Sporo już lata zleciało ale przecież jeszcze ponad miesiąc przed nami! A przede mną i nawet dwa miesiące! Aczkolwiek będą to pracowite miesiące, za tydzień jadę na wesele, za dwa tygodnie wyprowadzam się do nowego mieszkania i na pewno będzie z tym sporo zamieszania. Ale już od sierpnia będzie można wpaść na mnie w Gdańsku. Są tu jakieś blogerki z Trójmiasta? 
Dzisiaj temat makijażowy, a mianowicie kolorowe eyelinery. Idealny akcent na wiosnę i lato gdy chcemy ożywić swój makijaż, dodać mu wyjątkowości i koloru a jednak obawiamy się kolorowych cieni. Powiedzmy sobie szczerze... kolorowa kreska jest łatwiejsza w opanowaniu niż cienie, których nierozważne użycie może skończyć się totalną klapą i kiczowatym wyglądem. 

Sama długo nie mogłam się przekonać do kolorowych kresek, ale któregoś dnia wpadł w moje ręce fioletowy eyeliner marki Sephora i przepadłam. Od niego zaczęło sie wszystko. 
Jest to najdroższa propozycja ze wszystkich przeze mnie posiadanych, ponieważ za malutki kałamarzyk płacimy około 50 zł. No cóż... w przypadku takiej jakości można sobie pozwolić. Eyeliner ma kolor fioletowy i wypełniony jest migoczącymi błękitnymi drobinkami. Fajnie wygląda w makijażu wieczorowym, rozświetla makijaż i podkreśla wiele kolorów tęczówek. Jako jedyny ze wszystkich posiadanych przeze mnie linerów ten zamiast pędzelka ma ściętą w szpic miękką gąbeczkę. Nie lubię tego rodzaju rozwiązań, niestety kolorowe linery Sephora występują tylko z gąbeczką. Co do jakości to trzyma się świetnie, nie spływa, nie rozmazuje się, nie blaknie. Zaszkodzić mu może tylko gdy np. potrzemy załzawione oko, kilka razy w ten sposób rozmazałam sobie jaskółkę.


Kolejne dwa linery które wpadły w moje łapy gdy pochłonęła mnie miłośc do kolorowych kresek są linery z limitowanej edycji Lovely Butterfly. Cudowna pistacja obłędnie wygląda w połączeniu z brązem, za to niebieski wygląda dobrze zawsze. W cieniowanej kresce z kobaltem, z czernią a także jako akcent np. tylko w wewnętrznym kąciku. Linery mają cudowną konsystencję i są świetnej jakości. Aż dziwne, bo za tą cenę (około 8 zł) spodziewałam się czegoś gorszego. Mają fajny precyzyjny pędzelek i są niemal calkowicie odporne na ścieranie. Wadą jest to, że trochę (bardzo!) barwią skórę na powiekach :P

Na koniec zostawiam sobie liner z którego nie jestem zadowolona. Jest to kobaltowy liner z Wibo. koszztował niewiele, więc nie jestem wściekła, ale nie polecam i nie kupię ponownie. Ma piękny kolor. Taki jak zawsze szukałam, matowy intensywny kobalt, wręcz elektryzujący zwłaszcza przy moim kolorze oczu. Niestety, jest bardzo rzadki i długo zasycha przez co odbija się na powiekach. Ciężko się nim maluje bo robi smugi a prawdziwy ładny intensywny odcień (jak na swatchu niżej) uzyskamy nakładając dwie lub trzy warstwy. W ciągu dnia kruszy się i osypuje pod oko, do tego latwo go rozmazać. Szkoda, bo przepięknie wygląda w połączeniu z błękitem. Jak ktoś zna liner podobny do tego ale lepszej jakości to dajcie znać!

Ostatecznie mało mam tych linerów, ale czaję się na więcej. Pokochałam kolory na oczach i teraz poluję na żółty matowy liner i jakieś intensywne złoto. I może jakąś neonową zieleń? No i biel, która wygląda w makijażu niezwykle futurystycznie.
Co do linerów które posiadam nie polecam tylko tego z Wibo ponieważ sprawia ogromne kłopoty. Linery z Lovely i z Sephory mogę polecić z czystym sumieniem gdyż są świetnej jakości i dobrze mi się sprawdzają. Dla osób, które lubią metaliczne linery mogą sprawdzić się te z Golden Rose, miałam od nich zlocisty metaliczny brąz i byłam oczarowana jakością!


Powiedzcie mi co sądzicie o kolorowych linerach w makijażu. Używacie czy tylko podziwiacie u innych? Polećcie mi swoich kolorowych ulubieńców i koniecznie dajcie mi znać, kto jest z Trójmiasta :D
Czytaj dalej »

Wibo Deluxe Brighter | Recenzja

piątek, 17 lipca 2015
Wiem, wiem! Znów mnie nie było i należą mi się za to srogie baty bo już od nie pamiętam kiedy obiecuję się ogarnąć i nic z tego nie wychodzi. Niestety, najpierw obrona dyplomu, matury, egzaminy na studia, teraz poszukiwania mieszkania... a za chwilę przeprowadzka, nie dawały i chyba w najbliższym czasie nie dadzą mi w spokoju zaopiekować się blogiem. Staram się jak mogę poświęcać mu jak najwięcej czasu, słowo!
Po tych wszystkich ciężkich dniach biorę sobie na tapetę produkt, na ktory - od razu zdradzę- trochę ponarzekam. 


Standardowo zacznę od opakowania, bo zazwyczaj od tego zaczynam. Powiem szczerze, że mi się podoba. Jest minimalistyczne, srebrne, połyskujące (matowe byłoby ładniejsze) z logiem firmy i nazwą produktu. Zero udziwnień. Proste, eleganckie, profesjonalne. Naprawdę można by pomyśleć, że to produkt z dużo wyższej półki. Napisy się nie ścierają, niestety całośc się bardzo mocno rysuje.

 
Produkt występuje w tylko jednym kolorze, na szczęście jest on dość jasny. Nie zachwyca swoją jasnością, ale nadaje się do użytku nawet dla mnie. Niestety jest różowy. I gdybym wiedziała o tym już w sklepie to nie sięgnęłabym po niego, niestety testerów nie było i mogłam jedynie sugerować sie tym, co widzę w opakowaniu.


Aplikuje się go raczej standardowo - jak to korektor pod oczy. Otwieramy opakowanie i naszym oczom ukazuje się pisak zakończony pędzelkiem. Wystarczy przekręcić na spodzie opakowania i na pędzelku pojawi się spora kropla produktu. Co do tego kręcenia mam trochę zastrzeżeń, bo trzeba przekręcić kilka razy, żeby cokolwiek wydostało się na pędzelek, a gdy już uda nam się coś wykręcić, jest to zazwyczaj kropla monstrualnych rozmiarów.
Za to pędzelek do aplikacji jest fajny, nie za sztywny, wystarczająco elastyczny, na tyle miękki, że nie drażni delikatnej skóry pod oczami.


Korektor ma przyjemną kremowa konsystencję i łatwo się rozprowadza. Nieprzypudrowany daje bardzo świetliste wykończenie. Dobrze stapia się ze skórą i pozostaje niemal niewidoczny. Efekt który zapewnia naprawdę dobrze wygląda, zarówno w świetle dziennym jak i sztucznym. Lekko zastyga, co sprawia, że jest dosyć trwały, chociaż nie zdecydowałabym się go zostawić nieprzypudrowanego. Aż tak trwały nie jest.


No i teraz zacznie się narzekanie. Produkt kosztuje ok 14 zł. Nie jest to dużo, ale jego wydajność oceniam jako tragiczną. Wystarczył mi na około dwa tygodnie stosowania, co przy moim raczej niewielkim zużyciu na jeden raz, jest wręcz niedopuszczalne. Dodatkowo ten korektor kompletnie nie kryje zasinień. Może sprawdzi się, gdy ktoś nie ma z tym problemu. Ja nie mam dużych zasinień, a używałam go tylko w dni, gdy byłam wypoczęta i zrelaksowana, bo w gorszy dzień kompletnie sie nie sprawdzał. Krycie jest tragiczne i mogłabym śmialo powiedzieć, że prawie żadne. 



Zdecydowanie nie jest to produkt, który polecam i na pewno nie kupię go ponownie. Zaczytałam się pozytywnych recenzji, ale już wiem, że jeśli chodzi o korektory muszę sama na własnej skórze sprawdzać co mi odpowiada a co nie. Poszukiwania korektora idealnego nadal trwają!

Gdyby ktoś chciał polecić mi jakiś fajny produkt pod oczy, to czekam na komentarze!
Dajcie znać co myślicie o tym korektorze i jak wam się sprawdzał :)



Czytaj dalej »

NEW IN: Maj/Czerwiec 2015

wtorek, 7 lipca 2015
Lato w pełni, wakacje... zrobiłam się leniwa nawet w kwestii zakupów. No bo jak inaczej nazwać to, że taki zakupoholik jak ja, przez dwa miesiące kupił zaledwie kilka rzeczy? I gdyby nie współpraca z Born Pretty Store i wygrana w rozdaniu, swoje zakupy zmieściłabym na trzech zdjęciach i po napisaniu o nich dwóch zdań post byłby skończony. Na szczęście trochę więcej mam wam do napisania :)

Granitowe piaski z Wibo w wiosennych jasnych kolorach- białym i oczywiście niebieskim. Już używane kilkukrotnie, zwlaszcza biały, który bardzo przypadł mi do gustu. Dają fajny efekt, ale ciężko się fotografują. Żałuję teraz, że nie sięgnęłam po więcej kolorów, ale jak będę miała trochę gotówki na zbyciu to dokupię resztę kolorów :)

Jak już byłam przy szafie wibo to sięgnęłam po kobaltowy eyeliner. Marzył mi się taki kolor od dawna ale nie jest on najlatwiejszy w upolowaniu. Sięgnęłam po ten bo był tani, ale nie jestem jakoś wybitnie zadowolona. Dziad strasznie się kruszy, długo zasycha i jest słabo napigmentowany. Ale jak już zachce mi się z nim pomęczyć to wygląda rewelacyjnie przy moim kolorze oczu, zwłaszcza w cieniowanej kresce łączącej kobalt i błękit.

Jak zobaczyłam na insta biedronkowe balsamy do ust w kształcie sówki dosłownie oszalałam. Niebieska musiała być moja! Jakość balsamu w środku pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale opakowanie jest slodziutkie! Zastanawiam się, czy nie wyrzucić zawartości i nie napełnić sówki balsamem z nivea.

Współpraca z BPS zaowocowała sporą przesyłką. Tym razem w paczce znalazły się same fajne przedmioty. Neonowe serduszka możecie już zobaczyć na moim blogu w poprzednim poście. Słoiczek z neonowymi i pastelowymi ćwiekami już niedługo pojawi się w postaci manicure w bieli i mięcie. Karuzela złoych i srebrnych kuleczek daje duże pole do popisu, a srebrne muszelki przydadzą się do letnich plażowych paznokci. No i pędzelki. Każda dziewczyna powinna takie mieć, aż wstyd, że to moje pierwsze.

Ten fluid to jakaś masakra. Nadal poszukuję idealnego podkładu w fajnym jasnym kolorze. O tym słyszałam sporo dobrego, nie był drogi więc skusiłam się i... żałuję bo dziad strasznie ciemnieje :( Zaletą jest to, że jest bardzo trwały więc pomieszany z jaśniutkim kremem BB z Missha jest świetnej jakości.

Poszukuję też zamiennika dla mojego idealnego korektora pod oczy, który został wycofany. Tester wydawał się fajny więc sięgnęłam po pełną wersję i coż... ten też ciemnieje. Na szczęście nie aż tak bardzo i na lato się nada.

W małej drogeryjce w moim mieście jest 50% zniżki na wszystkie produkty Pierre Rene i MIYO. Zachęcona niskimi cenami sięgnęłam po odżywkę do rzęs, którą mam już chyba trzeci raz. Nie jest to odżywka z kategorii tych drogich po których ma się rzęsy do nieba, ale ja tez takiej nie potrzebuję. Chcę czegoś co uchroni moje rzęsy przed wypadamiem w trakcie demakijażu i ta odżywka mi do zapewnia. Do tego szalony żółty cień. A co! Jest lato.


Ostatnią przyjemnością w miesiącu czerwcu jest czekoladowa paletka! Tylko jej brakowało mi do pełni szczęścia. W mojej toaletce znajdują się właśnie trzy czekoladki, a tę ostatnią zawdzięczam rozdaniu u My little pleasure. Wydawała mi się, że będzie tą, która spodoba mi się najmniej, a wygląda na to, że przebiła swoim urokiem i kolorami cieni nawet tę, którą kupiłam jako pierwszą.

Dajcie znać, czy coś wam się spodobało, czy czegoś warto napisać recenzję i oczywiscie co wy kupiłyście w tym miesiącu!

Całuski i do następnego :*




Czytaj dalej »

Neon Hearts | BPS

wtorek, 30 czerwca 2015
Witajcie! Ostatnio mało mnie tutaj, ale nareszcie wróciłam do domu, jak pewnie niektóre z was doczytały w poprzednim poście, ostatnie dni spędziłam w Gdańsku. Ostatnie dni były bardzo intensywne, i zapowiada się, że kolejne również będą tak samo, a może bardziej pracowite. Postaram się jednak częściej wpadać do was z recenzjami i zdobieniami, bo zaczynam czuć, że zaniedbałam bloga i ogólnie udzielanie się w blogosferze. 
Dzisiaj, zapraszam was na prezentację uroczych neonowych serduszek, które przyleciały do mnie ze sklepu Born Pretty Store.





Warto wspomnieć nieco o samych ćwiekach. W strunowej torebce dostajemy ok 90 szt serduszek Występują w sześciu neonowych kolorach. Ja wybrałam różowe, ale z pewnością przygarnę jeszcze niebieskie. Ćwieki mają 4 mm średnicy więc są dość spore i mogą odstawać jeśli macie bardzo wypukłe paznokcie. Jeśli chodzi o nakładanie, to nie ma żadnego problemu. Pęsetą nakładamy je na warstwę mokrego lakieru i delikatnie dociskamy. Ja dodatkowo pokryłam je bezbarwnym lakierem i w takim stanie trzymały się przez 3 dni. Są oczywiście wielorazowego użytku, więc jeśli ich nie zniszczymy będą nam służyć bardzo długo. Ja swoje usuwałam najpierw pęsetą, a następnie za pomocą pędzelka i zmywacza usunęłam pozostałości lakieru na spodzie i brzegach ćwieka.


Ćwieki możecie kupić na dziale Nail Art a konkretnie tutaj Kosztują $2.63 ale korzystając z kodu rabatowego JJG10 uzyskacie 10% zniżki na zakupy! Pamiętajcie też, że wysyłka jest darmowa na cały świat!




Jak wam się podobają te neonowe cudeńka? Żałuję, że nie ma jeszcze w sprzedaży takich pastelowych serduszek!





Czytaj dalej »

Lovely Butterfly Eyeliner | Recenzja

piątek, 19 czerwca 2015
Witajcie dziewczyny! Znów jest mnie mało na blogu, ale staram się jak najlepiej przygotować do egzaminu wstępnego na uczelnię, z tej przyczyny w przyszłym tygodniu prawdopodobnie nie będzie mnie wcale. Ani tu, ani na Waszych blogach. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym wszystkie egzaminy zdała jak najlepiej :)
Lato w pełni więc dzisiaj pokażę wam moje ostatnie nabytki w kwestii kolorowych linerów - kolorowa kreska to fantastyczny akcent w letnim makijażu. Zwłaszcza, jeśli uda nam się znaleźć eyeliner, który jest ładny, trwały i tani! 

 Eyelinery dostępne są - albo były, bo z tego co wiem jest to edycja limitowana -w Rossmannie w szafach Lovely - naszej polskiej firmy. Cena nie jest wysoka bo za jedną sztukę płacimy niecałe 8 zł. Niestety producent oszczędził nam informacji ile produktu znajduje się w środku. 

 Produkt dostajemy w niedużym, podłużnym opakowaniu charakterystycznym dla eyelinerów tej firmy. Wizualnie jest calkiem ładne, proste, w pastelowym kolorze, oryginalne. Wykonane z solidnego plastiku, ktory się jak na razie nie porysował ani nie zdarły się z niego napisy. Odkręca się bez problemów i dokręca się do końca dzieki czemu produkt w środku nie wysycha. Dla mnie jest jednak niepraktyczne. O ile np. eyeliner z Sephory jest szerszy u dołu i stoi stabilnie, tak ten jest w tej kwestii koszmarkiem. Ciężko jest go postawić, muszę poświęcić temu trochę uwagi żeby udało mi się go postawić i żeby sie nie przewrócił, ale nadal o ponownym nabraniu produktu bez przytrzymywania go drugą ręką nie ma mowy. Przez to rzadziej go używam, gdy się spieszę nie chcę się męczyć z opakowaniem.

 W środku znajduje się cienki, precyzyjny pędzelek wykonany z włosia. Moim zdaniem to dużo lepsza opcja niz gąbeczkowy aplikator. Pędzelek jest dość długi, giętki i elastyczny. Łatwo się nim maluje nawet cieniutkie kreseczki, ale przy grubszej już trzeba się namachać. W żadnym z eyelinerów pędzelek nie był uszkodzony, oba są równiutkie i prose, nie odstają im kłaczki, nie odkształcają się, nabierają odpowiednią ilośc produktu, i ładnie rozprowadzają go na skórze.
 Numer dwa skusił mnie dopiero za którymś razem. Początkowo nie byłam do niego przekonana, ale teraz nie żałuję zakupu. To cudowna, pastelowa ale nie rozbielona mięta, może trochę pistacja... Przepiękny kolor, który idealnie współgra ze wszelkimi odcieniami brązu i fajnie ożywi makijaż w odcieniach nude. Dobrze też łaczy się ze złotem i czernią, a nałożony solo na gołą powiekę nadaje spojrzeniu świeżości. Ideał na wiosnę, ale latem też nie będę od niego stronić!

 Numer 3 to kolor ktorego poszukiwałam od dawna. Idealny pastelowy błękit. Wyraźny, nie trupioblady, nie fioletowawy, nie zbyt rozwodniony. Po prostu ładny intensywny pastel w kolorze letniego nieba w południe, tafli czystej wody w słoneczny dzień... Fantastyczny na lato, pięknie wygląda w połączeniu z kobaltem, ale też złotem i klasyczną czernią. Gdy chcemy lekkiego, świeżego makijażu ten cudaczek wystarczy! Nie musimy nakładać nic więcej a i tak zbierzemy mnóstwo komplementów!

 Jeśli chodzi o krycie to nie skłamię mowiąc, że jedna warstwa linera wystarczy, ale ja zazwyczaj nakładam dwie. Umiejętnie posługując się pędzelkiem nie otrzymamy żadnych smug i prześwitów, ale kolor będzie przygaszoną pastelą. Ładną, nadal przyciągającą uwagę, ale bez fajerwerków. Dopiero druga warstwa sprawia, że pastel staje się wręcz neonowy, skupia na sobie wzrok i nie da się przejść obok niego obojętnie. Jest to jednak opcja dla odważnych, naprawdę spektakulatnie wtedy wygląda!

 Największym plusem tego linera jest trwalość.  Naprawdę życzylabym sobie, żeby wszystkie linery miały taką trwałość. Liner naprawdę utrzymuje się cały dzień. Jest oporny na ścieranie, potarcie oka nie kończy się zieloną/niebieską pandą, jedynie lekkim wyblaknięciem koloru. Za to odpowiada też fakt, że liner po prostu wżera się w skórę. Powieka lub dłoń po zeswatchowaniu produktu dosłownie zabarwia się na dany kolor i nawet zmywanie mocnym płynem nie poradzi sobie z tym do końca. Obawiałam się trochę, że może się kruszyć i pękać, ale nic takiego nie ma miejsca w tym przypadku. Nie odbija sie, co będzie dobrą wiadomością dla dziewczyn o tłustych powiekach. Gdyby Lovely wypuściło czerń o takiej samej jakości to eyeliner z Sephory stałby się kosztowną zachcianką!
Podsumowywać chyba nie muszę. To produkt, który każda fanka kolorów w makijażu powinna mieć! Za taką cenę aż żal się nie skusić!

Dajcie znać co sądzicie i tych linerach i czy lubicie kolorowe kreski!

Dzięki i do następnego :*



Czytaj dalej »

Kamuflaż Rimmel Lasting Finish | Dlaczego nie warto sluchać vlogerek?

piątek, 12 czerwca 2015
Na wstępie zaznaczę, że mój post nie ma na celu obrażenia kogokolwiek. Chciałabym jednak podzielić się swoimi spostrzeżeniami i zrecenzować produkt, który recenzowany był już mnóstwo razy... tylko czy szczerze?
Większość blogerek i vlogerek zapewnia o swojej rzetelności i szczerości wyrażanych opinii. To dobrze, tak powinno właśnie być, bo nie po to czytelnicy zapoznają się z recenzjami, żeby wytworzyć sobie fałszywy obraz jakości jakiegokolwiek produktu. Czytając i oglądając recenzje chcemy prawdziwych informacji dzięki którym łatwiej będzie nam zdecydować czy na dany produkt chcemy przeznaczyć pieniądze. W większości przypadków tak właśnie jest, ale co z recenzjami sponsorowanymi? Czy im też można tak w 100% wierzyć, czy jednak powinniśmy mieć na uwadze, że recenzja może być nie do końca szczera lub zwyczajnie omijać kłopotliwe kwestie?
Jakiś czas temu przez Youtube przetoczyła się fala recenzji nowej serii Rimmel Lasting Finish. W tym kamuflażu, który dziewczyny chwaliły za ładny kolor, konsystencję, lekką formułę i dobre krycie. Fakt, nie zaprzeczę temu wszystkiemu. Czemu tylko większość z nich zapomniała wspomnieć o jednej, ale bardzo dużej wadzie tego kamuflażu?

 To czego nie można zarzucić temu korektorowi to fakt, że posiada fajne praktyczne opakowanie. Prosty design w wyjątkowym kolorze, czerwień dość rzadko spotykana jest w opakowaniach produktów do twarzy. Nie otwiera się w kosmetyczce, ale odkręca się na tyle łatwo, że nie połamiemy sobie na nim paznokci. Jest małe, poręczne i wygodne.
 Nie moge się też przyczepić do koloru, bo powiem szczerze, że moim zdaniem jest idealny! Bardzo jasny, lekko żólty, bez paskudnych różowych tonów. Sprawdzi się nawet dla bardzo jasnych cer a jego delikatnie żółte tony pozwolą ukryć zasinienia pod oczami i zaczerwienione zmiany jeśli takie posiadamy.
Niezaprzeczalnym faktem jest też to, że bardzo mocno kryje. Zdołamy nim  ukryć wszystko, myślę, że nawet tatuaż nie stanowiłby tu dużego problemu. To jego duża zaleta, gdy potrzebujemy idealnej cery bez nawet minimalnej skazy. Można go też pomieszać z czymś lżejszym i mieć korektor do zakrywania drobnych zmian.
 Konsystencja jest bardzo na plus, jest przyjemny, bardzo kremowy, nie jest jakoś bardzo suchy i nie wydaje się ciężki. Przynajmniej ja nie czuję żeby taki był. Nie wysuszył mi skóry pod oczami i ładnie stopił się z cerą. Pachnie tak jak większośc kosmetyków tego typu... woskiem.
 Przejdźmy teraz do tego, o czym vlegerki nie pamiętały w swoich recenzjach... trwałość. Producent twierdzi, że utrzyma się cały dzień. Większość recenzji zupełnie pomija tę kwestię a ja... a ja czuję się oszukana, bo wydałam pieniądze na coś, co się kompletnie twarzy nie trzyma. Nałożony cieniuteńką warstwą pod oczy zważył się po kilku godzinach. Wina kremu? Nie sądzę, bo nakładałam go już na różne kremy a nawet bez kremu. Korektor nie zastyga! Niezależnie ile bym go nie pudrowała i czym... bo stosowałam już różne pudry i zawsze to samo... wystarczy, że się uśmiechnę i korektor przesuwa się w załamania skóry przez co wyglądam jakbym miała conajmniej 50 lat... dodatkowo na wszystkim się odbija. Trzyma się wszystkiego tylko nie twarzy. Nie ma mowy o tym, żeby się podrapać nawet czubkiem paznokcia, dotknąć albo co gorsza... przytulić do kogoś. Gdy mam ten korektor na sobie nie przytulę się do swojego chłopaka by zwyczajnie szkoda mi jego ubrań. Żadna z nas nie chce, by jej mężczyzna chodził z plamami po korektorze na ubraniach, prawda?
Skuszona recenzjami kupiłam go licząc na dobry produkt. Stwierdziłam, że będzie o wiele bardziej wydajny niż zwykle są korektory pod oczy. I całe szczęście, że zapłaciłam za niego tylko połowę ceny, bo gdybym wydała prawie 30 zł na taki bubel to wkurzyłabym się strasznie. Jedyne do czego ten korektor się nadaje to nakładanie pędzelkiem na linię wodną, jest tłusty więc nawet nieźle się tam utrzyma, ale też nie oczekujmy fajerwerków. Moim zdaniem to bardzo słaby produkt, bo jak na obietnicę utrzymywania cały dzień to coś tu jest nie tak. Może i utrzymuje się cały dzień ale chyba na porcelanowej lalce, która nie uśmiecha się, nie mówi i nie rusza.



Jeśli ktoś ma ten korektor i chce mi powiedzieć, jak dziada okiełznać to będę bardzo wdzięczna za każdy sposób bo trochę szkoda mi go wyrzucić.
I napiszcie mi koniecznie co sądzicie o sponsorowanych recenzjach? można im ufać, czy lepiej brać na nie poprawkę?
Czytaj dalej »



SZABLON BY: PANNA VEJJS.