Lovely Butterfly Eyeliner | Recenzja

piątek, 19 czerwca 2015
Witajcie dziewczyny! Znów jest mnie mało na blogu, ale staram się jak najlepiej przygotować do egzaminu wstępnego na uczelnię, z tej przyczyny w przyszłym tygodniu prawdopodobnie nie będzie mnie wcale. Ani tu, ani na Waszych blogach. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym wszystkie egzaminy zdała jak najlepiej :)
Lato w pełni więc dzisiaj pokażę wam moje ostatnie nabytki w kwestii kolorowych linerów - kolorowa kreska to fantastyczny akcent w letnim makijażu. Zwłaszcza, jeśli uda nam się znaleźć eyeliner, który jest ładny, trwały i tani! 

 Eyelinery dostępne są - albo były, bo z tego co wiem jest to edycja limitowana -w Rossmannie w szafach Lovely - naszej polskiej firmy. Cena nie jest wysoka bo za jedną sztukę płacimy niecałe 8 zł. Niestety producent oszczędził nam informacji ile produktu znajduje się w środku. 

 Produkt dostajemy w niedużym, podłużnym opakowaniu charakterystycznym dla eyelinerów tej firmy. Wizualnie jest calkiem ładne, proste, w pastelowym kolorze, oryginalne. Wykonane z solidnego plastiku, ktory się jak na razie nie porysował ani nie zdarły się z niego napisy. Odkręca się bez problemów i dokręca się do końca dzieki czemu produkt w środku nie wysycha. Dla mnie jest jednak niepraktyczne. O ile np. eyeliner z Sephory jest szerszy u dołu i stoi stabilnie, tak ten jest w tej kwestii koszmarkiem. Ciężko jest go postawić, muszę poświęcić temu trochę uwagi żeby udało mi się go postawić i żeby sie nie przewrócił, ale nadal o ponownym nabraniu produktu bez przytrzymywania go drugą ręką nie ma mowy. Przez to rzadziej go używam, gdy się spieszę nie chcę się męczyć z opakowaniem.

 W środku znajduje się cienki, precyzyjny pędzelek wykonany z włosia. Moim zdaniem to dużo lepsza opcja niz gąbeczkowy aplikator. Pędzelek jest dość długi, giętki i elastyczny. Łatwo się nim maluje nawet cieniutkie kreseczki, ale przy grubszej już trzeba się namachać. W żadnym z eyelinerów pędzelek nie był uszkodzony, oba są równiutkie i prose, nie odstają im kłaczki, nie odkształcają się, nabierają odpowiednią ilośc produktu, i ładnie rozprowadzają go na skórze.
 Numer dwa skusił mnie dopiero za którymś razem. Początkowo nie byłam do niego przekonana, ale teraz nie żałuję zakupu. To cudowna, pastelowa ale nie rozbielona mięta, może trochę pistacja... Przepiękny kolor, który idealnie współgra ze wszelkimi odcieniami brązu i fajnie ożywi makijaż w odcieniach nude. Dobrze też łaczy się ze złotem i czernią, a nałożony solo na gołą powiekę nadaje spojrzeniu świeżości. Ideał na wiosnę, ale latem też nie będę od niego stronić!

 Numer 3 to kolor ktorego poszukiwałam od dawna. Idealny pastelowy błękit. Wyraźny, nie trupioblady, nie fioletowawy, nie zbyt rozwodniony. Po prostu ładny intensywny pastel w kolorze letniego nieba w południe, tafli czystej wody w słoneczny dzień... Fantastyczny na lato, pięknie wygląda w połączeniu z kobaltem, ale też złotem i klasyczną czernią. Gdy chcemy lekkiego, świeżego makijażu ten cudaczek wystarczy! Nie musimy nakładać nic więcej a i tak zbierzemy mnóstwo komplementów!

 Jeśli chodzi o krycie to nie skłamię mowiąc, że jedna warstwa linera wystarczy, ale ja zazwyczaj nakładam dwie. Umiejętnie posługując się pędzelkiem nie otrzymamy żadnych smug i prześwitów, ale kolor będzie przygaszoną pastelą. Ładną, nadal przyciągającą uwagę, ale bez fajerwerków. Dopiero druga warstwa sprawia, że pastel staje się wręcz neonowy, skupia na sobie wzrok i nie da się przejść obok niego obojętnie. Jest to jednak opcja dla odważnych, naprawdę spektakulatnie wtedy wygląda!

 Największym plusem tego linera jest trwalość.  Naprawdę życzylabym sobie, żeby wszystkie linery miały taką trwałość. Liner naprawdę utrzymuje się cały dzień. Jest oporny na ścieranie, potarcie oka nie kończy się zieloną/niebieską pandą, jedynie lekkim wyblaknięciem koloru. Za to odpowiada też fakt, że liner po prostu wżera się w skórę. Powieka lub dłoń po zeswatchowaniu produktu dosłownie zabarwia się na dany kolor i nawet zmywanie mocnym płynem nie poradzi sobie z tym do końca. Obawiałam się trochę, że może się kruszyć i pękać, ale nic takiego nie ma miejsca w tym przypadku. Nie odbija sie, co będzie dobrą wiadomością dla dziewczyn o tłustych powiekach. Gdyby Lovely wypuściło czerń o takiej samej jakości to eyeliner z Sephory stałby się kosztowną zachcianką!
Podsumowywać chyba nie muszę. To produkt, który każda fanka kolorów w makijażu powinna mieć! Za taką cenę aż żal się nie skusić!

Dajcie znać co sądzicie i tych linerach i czy lubicie kolorowe kreski!

Dzięki i do następnego :*



Czytaj dalej »

Kamuflaż Rimmel Lasting Finish | Dlaczego nie warto sluchać vlogerek?

piątek, 12 czerwca 2015
Na wstępie zaznaczę, że mój post nie ma na celu obrażenia kogokolwiek. Chciałabym jednak podzielić się swoimi spostrzeżeniami i zrecenzować produkt, który recenzowany był już mnóstwo razy... tylko czy szczerze?
Większość blogerek i vlogerek zapewnia o swojej rzetelności i szczerości wyrażanych opinii. To dobrze, tak powinno właśnie być, bo nie po to czytelnicy zapoznają się z recenzjami, żeby wytworzyć sobie fałszywy obraz jakości jakiegokolwiek produktu. Czytając i oglądając recenzje chcemy prawdziwych informacji dzięki którym łatwiej będzie nam zdecydować czy na dany produkt chcemy przeznaczyć pieniądze. W większości przypadków tak właśnie jest, ale co z recenzjami sponsorowanymi? Czy im też można tak w 100% wierzyć, czy jednak powinniśmy mieć na uwadze, że recenzja może być nie do końca szczera lub zwyczajnie omijać kłopotliwe kwestie?
Jakiś czas temu przez Youtube przetoczyła się fala recenzji nowej serii Rimmel Lasting Finish. W tym kamuflażu, który dziewczyny chwaliły za ładny kolor, konsystencję, lekką formułę i dobre krycie. Fakt, nie zaprzeczę temu wszystkiemu. Czemu tylko większość z nich zapomniała wspomnieć o jednej, ale bardzo dużej wadzie tego kamuflażu?

 To czego nie można zarzucić temu korektorowi to fakt, że posiada fajne praktyczne opakowanie. Prosty design w wyjątkowym kolorze, czerwień dość rzadko spotykana jest w opakowaniach produktów do twarzy. Nie otwiera się w kosmetyczce, ale odkręca się na tyle łatwo, że nie połamiemy sobie na nim paznokci. Jest małe, poręczne i wygodne.
 Nie moge się też przyczepić do koloru, bo powiem szczerze, że moim zdaniem jest idealny! Bardzo jasny, lekko żólty, bez paskudnych różowych tonów. Sprawdzi się nawet dla bardzo jasnych cer a jego delikatnie żółte tony pozwolą ukryć zasinienia pod oczami i zaczerwienione zmiany jeśli takie posiadamy.
Niezaprzeczalnym faktem jest też to, że bardzo mocno kryje. Zdołamy nim  ukryć wszystko, myślę, że nawet tatuaż nie stanowiłby tu dużego problemu. To jego duża zaleta, gdy potrzebujemy idealnej cery bez nawet minimalnej skazy. Można go też pomieszać z czymś lżejszym i mieć korektor do zakrywania drobnych zmian.
 Konsystencja jest bardzo na plus, jest przyjemny, bardzo kremowy, nie jest jakoś bardzo suchy i nie wydaje się ciężki. Przynajmniej ja nie czuję żeby taki był. Nie wysuszył mi skóry pod oczami i ładnie stopił się z cerą. Pachnie tak jak większośc kosmetyków tego typu... woskiem.
 Przejdźmy teraz do tego, o czym vlegerki nie pamiętały w swoich recenzjach... trwałość. Producent twierdzi, że utrzyma się cały dzień. Większość recenzji zupełnie pomija tę kwestię a ja... a ja czuję się oszukana, bo wydałam pieniądze na coś, co się kompletnie twarzy nie trzyma. Nałożony cieniuteńką warstwą pod oczy zważył się po kilku godzinach. Wina kremu? Nie sądzę, bo nakładałam go już na różne kremy a nawet bez kremu. Korektor nie zastyga! Niezależnie ile bym go nie pudrowała i czym... bo stosowałam już różne pudry i zawsze to samo... wystarczy, że się uśmiechnę i korektor przesuwa się w załamania skóry przez co wyglądam jakbym miała conajmniej 50 lat... dodatkowo na wszystkim się odbija. Trzyma się wszystkiego tylko nie twarzy. Nie ma mowy o tym, żeby się podrapać nawet czubkiem paznokcia, dotknąć albo co gorsza... przytulić do kogoś. Gdy mam ten korektor na sobie nie przytulę się do swojego chłopaka by zwyczajnie szkoda mi jego ubrań. Żadna z nas nie chce, by jej mężczyzna chodził z plamami po korektorze na ubraniach, prawda?
Skuszona recenzjami kupiłam go licząc na dobry produkt. Stwierdziłam, że będzie o wiele bardziej wydajny niż zwykle są korektory pod oczy. I całe szczęście, że zapłaciłam za niego tylko połowę ceny, bo gdybym wydała prawie 30 zł na taki bubel to wkurzyłabym się strasznie. Jedyne do czego ten korektor się nadaje to nakładanie pędzelkiem na linię wodną, jest tłusty więc nawet nieźle się tam utrzyma, ale też nie oczekujmy fajerwerków. Moim zdaniem to bardzo słaby produkt, bo jak na obietnicę utrzymywania cały dzień to coś tu jest nie tak. Może i utrzymuje się cały dzień ale chyba na porcelanowej lalce, która nie uśmiecha się, nie mówi i nie rusza.



Jeśli ktoś ma ten korektor i chce mi powiedzieć, jak dziada okiełznać to będę bardzo wdzięczna za każdy sposób bo trochę szkoda mi go wyrzucić.
I napiszcie mi koniecznie co sądzicie o sponsorowanych recenzjach? można im ufać, czy lepiej brać na nie poprawkę?
Czytaj dalej »

Makeup Revolution Scandalous Shade Vice | Recenzja

wtorek, 9 czerwca 2015
Witajcie! Jak wam minął ten cudowny, długi letni weekend? Ja nie mogę narzekać, piękna pogoda, wygrzewanie na kocyku, całonocne ogniska na łonie natury... wszystko to trzymało mnie uparcie z dala od komputera, ale jednak czas wziąć się za siebie, dzisiaj pada, więc jest to doskonały moment na naskrobanie do was chociaż kilku słów!
Dzisiaj o pomadce w bardzo nietypowym kolorze. Pomarańcz! To kolor, który jakiś czas temu opanował nie tylko światowe wybiegi, ale też moje serce! I to nie na jeden sezon, bo moda na pomarańczowe usta minęła, a ja z każdym dniem pragnę bardziej neonowego pomarańczu na swoich ustach? Czy znalazłam odcień idealny?

Pomadka przychodzi do nas w dość tandetnym moim zdaniem opakowaniu. Niezbyt gruby, połyskujący plastik ze złotymi napisami. Na górze mamy kawałek przejrzystego plastiku pomalowanego od środka na kolor odpowiadający kolorowi pomadki. To dobry pomysł, gdyż łatwo dzięki temu odróżnić pomadki jeśli mamy ich więcej niż jedną. Opakowanie nie otwiera się w torebce i kosmetyczce, mechanizm wykręcający pomadkę działa bez zarzutu, jednak mimo tych licznych zalet, estetyka pozostawia wiele do życzenia. Napisy starły się już po kilku dniach, a całe opakowanie okropnie się rysuje.
 Najważniejszą rzeczą, czynnikiem, który zmobilizował mnie do zakupu jest kolor tej pomadki. Nosi on nazwę Vice i jest to jaskrawy, nasycony pomarańcz. Niestety tylko w teorii. Oczywiście usta pociągnięte tą pomadką wyglądają ładnie, soczyście, pomarańczowo, ale nie takiego efektu szukam. Szminka jest bardzo kremowa, przez co lekko transparentna. Nawet spod grubej warstwy widać naturalny kolor ust, co bardzo zmienia kolor pomadki, z neonowego pomarańczu na taki zwyczajny, pomarańczowawy czerwony.
Wykończenie jest mocno kremowe, bardzo błyszczykowe i transparentne. W mocnym świetle widać w niej połyskujące drobinki, których nie zauważyłam w żadnej innej sytuacji, widać je chyba tylko na zdjęciu z bliska z flashem. Przyjemnie się nosi na ustach, bo nie wysusza ani nie podkreśla suchych skórek, jednak co za tym idzie, jest również niezbyt kryjąca i niezbyt trwała. Gdy nie jemy ani nie pijemy utrzyma się kilka godzin, ale gdy tylko zetknie się chociażby ze szklanką od razu się na niej odbija i na ustach niewiele zostaje.
Co sądzę o tej szmince? Cóż, jest fajna, komfortowa w noszeniu i ma rewelacyjny kolor. Do tego jest bardzo tania bo za 3,8g płacimy 5 zł i przepysznie pachnie waniliowym budyniem. Niestety nie jest to produkt, którego poszukiwałam. Niezbyt dobrze kryje, słabo się utrzymuje i ma nieładne opakowanie. Sprawdzi się z pewnością u osób, które wolą blyszczyki od szminek. Ja jednak jestem fanką mocnego, matowego krycia i dlugotrwałego efektu nawet jeśli odbywa się to kosztem wysuszenia ust.


Dajcie mi znać, jeśli znacie jakąś pomarańczową pomadkę najlepiej w matowym wykończeniu. Chętnie przetestuję. Powiedzcie też, co sądzicie o tych pomadkach i takich odważnych kolorach na ustach

Całusy i do następnego :*


Czytaj dalej »

Świecące w ciemności | BPS

wtorek, 2 czerwca 2015
Rozszalałam się. Mając teraz więcej czasu zamiast wyrabiać się z pisaniem postów, ja po prostu nie mam czasu przysiąść do komputera. Z drugiej też strony ostatnia aktywność czytelników na blogu, liczba wyświetleń postów, którą można wręcz porównać do liczby wyświetleń sprzed roku, kiedy mój blog dopiero raczkował... nie jest to zachęcające do dalszego pisania.
Dzisiaj chcę pokazać wam jak neonowe ćwieki z BPS pięknie świecą w świetle UV. Słabo udało mi się to uchwycić na zdjęciach, ale widać, że nie zachowują się tak, jak każde inne.






Teraz trochę o samej karuzeli i ćwiekach. W mojej jest 400 ćwieków okrągłych i kwadratowych w 6 kolorach. Razem 12 przegródek. Ćwieki mają 2 mm średnicy więc są małe i dopasują się nawet to bardzo wypukłych paznokci. Naniosłam je delikatnie na warstwę mokrego lakieru i delikatnie docisnęłam. Utrwalone następnie bezbarwnym lakierem trzymały się aż do zmycia. Po tym czasie delikatnie usunęłam je pęsetą, chociaż wcale nie było to takie niezwykle łatwe bo trzymały się mocno. Są oczywiście wielorazowego użytku, więc jeśli ich nie zniszczymy będą nam służyć bardzo długo :) Ja niestety jeden zniszczyłam gdyż zarysowałam ćwiek pęsetą i zdarłam kolor.






Ćwieki możecie kupić na dziale Nail Art a konkretnie tutaj. Kosztują $7.59. A korzystając z mojego kodu rabatowego JJG10 uzyskacie 10% zniżki na zakupy! Pamiętajcie też, że wysyłka jest darmowa na cały świat!




Czytaj dalej »

Nude Aztec | Manicure

wtorek, 26 maja 2015
W szale świętowania wakacji, wolności, zdanych matur moja pazurki nieco ucierpiały i na następne manicure będziecie musiały niestety trochę poczekać. Na szczęście uchowało mi się na dysku to zdobienie, czekające na swoją kolej chyba od poprzednich wakacji, a może jeszcze dłużej... W końcu się doczekało :)






Użyłam:
-Colour Alike Światło proszę
-Colour Alike Black Saint
-Ćwieki Allepaznokcie


Przez ćwieki zdobienie wydaje mi się nieco jesienne, aczkolwiek motyw aztecki niedługo będzie najpopularniejszym wzorem, jak każdego lata.
Napiszcie mi co sądzicie i nie gniewajcie się, że czasem znikam na tak długo!
Całuski i do następnego :*



Czytaj dalej »

Death by Chocolate VS Naked Chocolate | Porównanie

wtorek, 19 maja 2015
Słodkie pachnące czekoladki, nie tuczą za to pięknie podkreślają urodę. Kto o nich nie marzy? Mi marzy się cała trójeczka i z pewnością niedługo trafi do mnie ostatnia z czekoladowych siostrzyczek. Na razie w moim posiadaniu są dwie - Death by Chocolate i najnowsza, biala Nakded Chocolate. O cudownych właściwościach każdej z osobna rozpisywałam się [tutaj] i [tutaj], a dzisiaj chcialabym zaprezentować wam obie czekoladki w chyba pierwszym moim porównaniu. Może przyda się to osobom, które zastanawiają się nad zakupem którejś z nich.

 Pierwsza różnica której nie da się przeoczyć to wygląd opakowania. Ogólnie czekoladki są identyczne, tak samo dobrej jakości wykonanie, trójwymiarowa faktura, jednak różni je kolor. Death by Chocolate ma barwę gorzkiej czekolady deserowej, jest ciemna i chłodna. Natomiast Naked Chocolate ma fajne żółto-beżowe zabarwienie naprawdę przypominające białą czekoladę.

 Dostrzegam pewną różnicę w zapachu obu palet. Naked Chocolate pachnie dużo mocniej i jakby... waniliowo, trochę mlecznie ale jednak czekoladowo, natomiast Death by Chocolate to typowy zapach kakao, który jest slabiej wyczuwalny przy otwarciu paletki.

 Układ Cieni jest identyczny. 16 cieni zarówno matowych jak i błyszczących w tym dwa o podwojonej gramaturze - jest to zawsze matowy jasny cień przeznaczony do nakładania na całą powiekę oraz cień rozświetlający, który akurat moim zdaniem nie musi być taki duży bo chyba jasnego perłowego cienia nikt jie używa w jakiś nadmiernych ilościach.

 Zdecydowaną różnicą jest temperatura cieni zawartych w paletkach. Zdecydowanie Deatch by Chocolate jest paletką chłodniejszą. Odcienie w niej zawarte mają zwykle chłodną tonację, bardziej szarawą, Naked Chocolate to paletka zdecydowanie ciepła, więcej jest tu czerwonawych, czekoladowych brązów, lekko miedzianych lub złotawych.

Death by Chocolate zawiera więcej cieni matowych, tutaj jest ich aż 7, natomiast w białej czekoladce tylko 5. Naked Chocolate wydaje mi się jednak bardziej naturalna, nie posiada kolorów takich jak czerń (co akurat może być jej wadą) lub fiolet, za to posiada kolory zdecydowanie bardziej naturalne no i dwa szarawe transferowe brązy, za co należy jej się duży plus. 
Obie paletki zawierają sporo kolorów, które są do siebie podobne:

 Cienie o podwojonej gramaturze, jasne maty z obu paletek. Na zdjęciu wyszły bardzo podobnie, jednak White Light jest moim ulubieńcem. To bardzo jasny mat o dobrej pigmentacji o waniliowych ciepłych tonach. Smoothly jest zdecydowanie chłodny i różowy.

 Złoto czyli mój ulubiony kolor cieni. Pojawia się w obu paletkach, jednak nie jest takie samo. Fool's Gold ma fajny odcień prawdziwego złota, w porównaniu z lekko miedzianym Double Dip wypada raczej chłodno.

W obu paletkach znajduje się cień o tej samej nazwie - Dipped. Ten z Deatch by Chocolate to bardzo chłodny szarawy odcień o lustrzanym wręcz blasku. Dipped z Naked Chocolate jest cieplejszy i nieco mniej połyskujący, na powiece wygląda bardzo naturalnie.

 Dwa ciemne satynowe cienie z leciutko widocznymi drobineczkami. Consume Me to odcień chłodniejszy, fioletowawy zawierający w sobie różowe drobinki, Delight jest odcieniem bardzo podobnym, jednak złote drobineczki sprawiają, że jest cieplejszy.

 One More Bar i Sweet Shop są tak podobne, że naprawdę miałabym problem odróżnić który jest który. Oba są fajne, neutralne, czekoladowe... One More Bar jest chyba nieco chłodniejszy, ale przez to wygląda naturalniej i na powiece nie staje się rudy.

 Cienie rozświetlające. Tym razem porównan trzy, bo w paletce Naked Chocolate oprócz dużego rozświetlającego cienia znajduje się jeszcze jeden mały. I nie wiem czemu, mam wrażenie że ten mały niepozorny Adorable to ten sam cień co rozświetlający z ciemnej czekoladki Bring Down Angels. Oba na dloni wyglądają identycznie- delikatna tafla o szampańskim odcieniu. Way jest inny i przez to jest moim ulubionym-  jest typowo złoty i żołty.

Cieni transferowych też mamy w paletkach aż trzy.  Najładniejszy moim zdaniem jest Break me Up przez swoj chłodny brązowy odcień bez fioletowych tonów. Tob-le-rone to również ładny kolor ale zawiera w sobie minimalną nutkę różu. Milky to już brąz na różowym podbiciu



W każdej z paletek są cienie fajniejsze i mniej fajne, w każdej znajdzie sie cień, którego kompletnie nie używam. Mimo to obie paletki uważam za godne zainteresowania. Najfajniej by było, gdyby można było zlożyć jedną, swoją idealną czekoladkę z dostępnych kolorów. 

Dajcie znać co sądzicie o tych paletkach i czy lubicie czekoladki od Makeup Revolution :)

Czytaj dalej »

NEW IN: Marzec/kwiecień 2015

sobota, 16 maja 2015
Witajcie po dłuuugiej przerwie! Wczoraj napisałam ostatnią maturę- historię sztuki-  i oficjalnie od dzisiaj zaczynam wakacje, koniec z nauką, koniec z książkami. Matury ustne też już mam za sobą, pozaliczane na 100%, więc jestem od dzisiaj wolną od szkoły blogerką :P Przynajmniej na razie bo jeszcze czekają mnie egzaminy wstępne na studia, ale do tego jeszcze trochę czasu.
W połowie maja przychodzę z pierwszym postem z tym miesiącu i są to nowości z ostatnich dwóch miesięcy. Ostatnio malo inwestuję w kosmetyki, stąd posty z nowościami pojawiają się co dwa miesiące a nie jak to było wcześniej, co miesiąc.

Pierwszą rzeczą jaka dotarła do mnie w marcu są płytki do stempli, duży stempel i woreczek malutkich czarnych ćwieków. Ogólnie nie jestem zadowolona, stempel jest miękki ale nie zbiera absolutnie wzorów z płytek, trzy z czterech płytek nadają się do czegoś, czwarta to kompletny bubel, nie odbija się zupełnie. Zadowolona jestem tylko tych czarnych kryształków, które świetnie sprawdzają się zarówno na paznokciach jak i w makijażu.

 Pokończyły mi się wszystkie podkłady, a czymś malować się trzeba. Biorąc pod uwagę, że mój poprzedni podkład z L'oreal jest jednak trochę drogi w regularnej cenie szukałam w drogeriach czegoś tańszego. W drogerii Java pani poleciła mi ich nowość - rozświetlający podkład z Ingrid. Nie przepadam za rozświetlającym wykończeniem, ale po przypudrowaniu nie różni się niczym od innych podkładów. Niestety chyba się z nim nie pokocham za bardzo bo jest strasznie gęsty, osiada na ściankach buteleczki zamiast spłynąc na dno i po wykorzystaniu 1/3 zawartości buteleczki wydobycie go graniczy z cudem.

 Ostatnim zakupem z marca był mój ulubiony korektor z Bell. Na promocji z Naturze chciałam dokupić go na zapas jednak... okazało się, że zostaje wycofany ze sprzedaży! Dlaczego? Nie wiem, ale bardzo żałuję, że nie wiedziałam wcześniej bo kupiłabym zapas na najbliższe trzy lata! To korektor idealny, i mam nadzieję, że jeszcze wróci :(
Szukając czegoś  na zastępstwo chwyciłam w Rossmannie za korektor Wibo Deluxe Brighter ale mam co do niego mieszane uczucia. Niby wszystko fajnie, ale jednak Bell był dużo lepszy.

 Kolejne dwa produkty upolowane na promocji w Rossmannie to kultowy już puder Stay Matt z Rimmela, używam od lat i nie szukam niczego innego. Ten jest najlepszy i w promocji kosztowal dosłownie kilkanaście złotych.
Sięgnęłam tez po kremowy korektor, stosunkową nowość w ofercie tej marki zachwalaną obszernie przez blogerki i vlogerki. I jestem bardzo rozczarowana, bo co z tego, ze dobrze kryje, ma miłą konsystencje i na pewno będzie wydajny, skoro jego trwałość woła o pomstę do nieba? W najbliższym czasie planuję posta na jego temat.
 Zdażyło mi się zawitać na chwilę do drogerii wyposażonej w szafy Golden Rose. I tam skusiłam się na dwie rzeczy - malutki nudowy lakier - takiego mi właśnie brakowało w kolekcji. Czegoś, co pasuje zawsze i do wszystkiego, pozwala miec pomalowane paznokcie ale nie przyciąga do nich uwagi i nie rzuca się w oczy, że ostatnio moje pazurki są w opłakanej kondycji- łamią się na potęgę i nie potrafię nic z nimi zrobić :(
Na pocieszenie po rozmyślaniach nad lakierem kupiłam też sobie pierwszą szminkę z Serii Velvet Matte i wygrałam kolor 4. Intensywny, ciepły róż, fantastycznie wygląda na ustach i dobrze się nosi. 

 W tygodniu promocji na produkty do oczu chcialam dokonać zakupy tuszu do rzęs z Lovely gdyż mój definitywnie się już skończył. Niestety nie było ani jednej sztuki, wybrałam więc na wypróbowanie dwa tusze, które wiele osób lubi i poleca. Wibo Boom Boom Mascara jest u mnie obecnie w użyciu i na razie mam do niej mieszane uczucia, podejrzewam, że gdy już podeschnie będzie rewelacyjna! Growing Lashes czeka na swoją kolej.

Chwyciłam też za dwa śliczne pastelowe kolorki linerów. Tzn jeden - ten blękitny dostalam w prezencie od swojego mężczyzny, zieleń kupiłam po pierwszych zachwytach nad pigmentacją i trwałością błekitka. Linery nie są drogie więc jeśli szukacie czegoś kolorowego to śpieszcie się!


Zakupy raczej nie były powalająco wielkie, ale kupiłam trochę fajnych rzeczy
pochwalcie się co wy kupiłyście w ostatnim czasie!
Czytaj dalej »



SZABLON BY: PANNA VEJJS.