Nowości Marki Eveline | Cz.2

środa, 29 marca 2017
Witajcie!
W poprzednim poście pokazałam Wam część nowości wypuszczonych na wiosnę przez markę Eveline. Największe smaczki, zostawiłam sobie jednak na koniec. Dzisiaj pokażę Wam, co z otrzymanej przesyłki urzekło mnie najbardziej.





Pierwszą z tych rzeczy jest tusz Big Volume Femme. Zamknięty w dużym, fioletowym opakowaniu z metalicznie błyszczącą nakrętką. Ma dość specyficzną szczoteczkę w kształcie maczugi, która na początku trochę mnie przeraziła. Obawy okazały się niepotrzebne, szczoteczką zaskakująco wygodnie dociera się nawet do najkrótszych rzęsek. Początkowo tusz był dość rzadki i efekt nie powalał na kolana, ale po kilku użyciach lekko zgęstniał i wtedy produkt pokazał swoją moc. Rzęsy po jego użyciu są mocno pogrubione, dokładnie pokryte tuszem. Rzęsy dość łatwo wyczesać z nadmiaru tuszu. Efekt utrzymuje się cały dzień, nie zauważyłam by tusz się kruszył czy opadał na policzki. Dostrzegam w nim jedną wadę - na szczoteczkę nabiera się trochę za dużo tuszu.




Eyelinery z Eveline mają grono swoich wiernych fanek. Nic dziwnego, bo mimo niskiej ceny mają naprawdę fajną jakość. Liquid Precision eyeliner 2000 procent nie odbiega niczym od innych oferowanych przez markę. W małym, wygodnym kałamarzu znajduje się czarny płynny eyeliner. Jest naprawdę czarny, mocno napigmentowany i szybko zastyga dając ładny, matowy efekt. Aplikator nie każdemu przypadnie do gustu, gdyż jest w formie stożkowatej gąbeczki. Osobiście wolę pędzelki, ale zdaję sobie sprawę, że tego typu aplikatory mają zwolenników i przeciwników, więc ocenę tego elementu pozostawiam każdemu do indywidualnego rozważenia. Warto jednak zaznaczyć, że mimo iż wolę aplikatory w formie pędzelka, to tym malowało mi się wygodnie i łatwo. Kreski za każdym razem wychodziły ostre i precyzyjne. Trwałość eyelinera oceniam jako zachwycającą, przez cały dzień pozostaje w nienagannym stanie. Nie kruszy się, nie rozmazuje i nie odbija. 

Przejdźmy jednak do największych smaczków z tej przesyłki, które przepięknie pachną owocami!


Wiecie, że uwielbiam matowe pomadki! Na widok tych oczy mi się zaświeciły! W mojej paczce znalazły się naprawdę ładne, modne w tym sezonie kolory. Pomadki zamknięte są w niedużych opakowaniach z czarnego plastiku ozdobionego złotymi napisami. Połączenie dość bezpieczne i klasyczne, nie razi w oczy, niestety napisy się nieestetycznie wycierają. Mechanizm wykręcania chodzi bez zarzutu. Dodatkowo od góry opakowania mamy okienko, przez które widać kolor znajdujący się w opakowaniu, a od dołu naklejkę z numerem w kolorze przybliżonym do produktu. To duże ułatwienie jeśli ktoś ma większą ilość pomadek, bo pozwala łatwo odszukać wybrany kolor. Opakowania zabezpieczone są też naklejką, dzięki której mamy pewność, że nikt przed nami produktu nie otwierał i nie używał. Oprócz numerków kolory mają też swoje nazwy, niestety umieszczone są one jedynie na naklejce zabezpieczającej i po odklejeniu jej nigdzie nie znajdziemy nazwy koloru.


Wykończenie pomadki bardzo przypadło do gustu moim ustom. Nie jest to suchy, papierowy efekt, ale aksamitny, miękki mat. Na ustach wygląda ładnie, matowo, naturalnie jednocześnie zapewniając wysoki komfort noszenia. Nawet po wielu godzinach nie czułam by usta były przesuszone przez pomadkę. Długie godziny noszenia kilka dni pod rząd nie pogorszyły mojego stanu ust. 


Przez swoje wykończenie pomadka jest dość sucha i nieco toporna w nakładaniu. To typowa konsystencja dla tego typu pomadek, Niewprawiona ręka może mieć problem przy nakładaniu i z pewnością będzie konieczna pomoc konturówki lub pędzelka, jednak osoba, która w malowaniu ust ma już większą wprawę nie będzie miała większego kłopotu z nałożeniem pomadki prosto z opakowania, zwłaszcza, że kształt sztyftu, ścięty na końcu pozwala na dość dużą precyzję. 


Oprócz komfortu noszenia ważna jest też trwałość. Większość osób decydując się na matową pomadkę ma ten aspekt na względzie, często jest on czynnikiem decydującym przy wyborze. Tutaj nie uzyskamy takiej trwałości jak w przypadku pomadek płynnych. Kolor lekko transferuje się na szklanki i zjada się przy posiłku, ale na szczęście robi to w sposób akceptowalny. Wyciera się dość równomiernie i ładnie chociaż nie ulega wątpliwości, że wymaga poprawek w ciągu dnia.

Kolory, które do mnie trafiły to, jak już wspomniałam hity w ostatnim czasie.


Pierwszy i najjaśniejszy z nich to odcień 500 Nude. Ciepły, cielisty beż z nutami brązu. Nie jest to blady odcień, który pozbawi Cię ust! Ładnie się komponuje z ciemnymi makijażami, chociaż jeśli ktoś lubi takie odcienie, jak najbardziej nada się na co dzień. Z pewnością znajdzie wiele fanek, gdyż jest to kolor, który ostatnio cieszył się ogromną popularnością w sieci.


Drugi kolor bardzo mnie zaciekawił. Szalejąca moda na brązy na ustach sprawiła, że miałam ochotę wypróbować taki kolor na sobie, ale miałam pewne obawy. Sama bym siebie nie posądzała, ze istnieje kolor, którego mogłabym się obawiać, a jednak taki brąz przyciągał mnie i odstraszał jednocześnie. Tym bardziej cieszę się, że odcień 506 Coffee trafił w moje ręce. Na własnych ustach przekonałam się, że nie ma się czego bać. Nazwa idealnie opisuje ten kolor. To odcień świeżych ziaren kawy. Ciemny głęboki brąz z delikatnymi nutami czerwieni. Raczej neutralny chociaż jak się dobrze przyjrzeć to można dopatrzeć się cieplejszych podtonów. Jeśli chodzi o zestawianie go z makijażem to z jednej strony taki odcień nie powinien mieć konkurencji, z drugiej jednak mam ochotę połączyć go z brązowym smoky eyes.


Ostatnim kolorem byłam najbardziej zachwycona! To 507 Dark Plum. W opakowaniu bardzo ciemny, na ustach daje piękny, wampirzy ale i elegancki efekt. Ten kolor zdecydowanie nie zniesie konkurencji w postaci mocnych oczu. Odcień jest głęboki i przyciągający uwagę. Trochę czerwieni, trochę fioletu, winny kolor z chłodną bazą, która pięknie wybiela zęby!

Dajcie koniecznie znać w komentarzu jakie produkty marki Eveline polecacie i co jeszcze warto wypróbować!

Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »

Nowości Marki Eveline | CZ.1

piątek, 24 marca 2017
Witajcie!
Czujecie wiosnę? U mnie ona zawitała już kilka dni temu. Bardzo się z tego cieszę, gdyż słoneczko dodaje mi mnóstwa energii i chęci do pracy! Wiosna to świetny czas, żeby zabrać się też za odświeżenie swojej kosmetyczki, więc przedstawię Wam dzisiaj kilka nowości marki Eveline, które trawiły do mnie niedawno. Jeśli chcecie się przekonać, które z nich warto wypróbować to zapraszam do czytania dalej!


Zacznę od dwóch nowości do pielęgnacji ciała. Wydaje mi się, że balsamy z serii Slim Extreme są już chyba kultowym produktem w ofercie marki. Sama używałam pierwszego wypuszczonego z tej serii już dobre kilka lat temu, o ile dobrze pamiętam to było na początku gimnazjum. Niedawno do linii dołączyły dwa kolejne warianty tego kosmetyku. O jednym z nich nie opowiem Wam zbyt wiele, gdyż przyszedł do mnie w uszkodzonym opakowaniu, także od razu po zrobieniu zdjęć poleciał do śmieci. Akurat z tego powodu płakać nie będę, gdyż nie lubię chłodzących formuł, zdecydowanie preferuję te rozgrzewające.


Serum Body Detox z zieloną kawą to zabieg polegający na wykorzystaniu jonizacji di eliminacji toksyn poprzez otwarte pory skóry. Stymuluje mikrokrążenie, pobudza metabolizm komórek, zwalcza cellulit i eliminuje obrzęk spowodowany zaburzoną gospodarką lipidową i retencją płynów.Zastosowane składniki aktywne to między innymi ekstrakt z zielonej kawy, kofeina i algi.


Night Lipo Shock Therapy to zaawansowany preparat do 2-tygodniowej intensywnej terapii wyszczuplająco-ujędrniającej, zalecany w okresie diety, zwiększonej aktywności fizycznej jako uzupełnienie dziennej kuracji antycelulitowej. Składniki aktywne zastosowane w w tym serum to między innymi ekstrakt z kasztanowca, guarana i ekstrakt z mięty.
tego serum akurat dość intensywnie używałam na sobie i mogę powiedzieć, że widzę jego działanie. Umówmy się, cellulitu nie zlikwidują nam żadne serum czy balsamy, do tego potrzebna jest dieta i ćwiczenia. Ale działanie z zewnątrz na  pewno nie zaszkodzi. Zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu skóra stała się bardziej miękka, gładsza i bardziej napięta. Wygląda ładniej i jest miła w dotyku. Ode mnie dodatkowy plus za przyjemny rozgrzewający efekt!


Kolejnym nowym produktem w asortymencie marki Eveline jest płyn micelarny z linii Facemed+. Przeznaczony do suchej i wrażliwej skóry. Nie zawiera alkoholu, ale jest wzbogacony o kwas hialuronowy i d-panthenol. Ma nie tylko nie podrażniać skóry ale także ją nawilżać. Bardzo polubiłam się z tym produktem i myślę, że będę do niego wracać. Bardzo fajnie radzi sobie ze zmywaniem makijażu, nawet tego mocniejszego. Nie pozostawia nieprzyjemnego filmu na skórze i tak jak zapewnia producent bardzo fajnie oczyszcza. Ja po zmyciu makijażu zwykle oczyszczam jeszcze skórę elektryczną szczoteczką i zdarzało mi  się wcześniej, że pozostawały na niej jakieś resztki makijażu. Przy tym płynie nie zauważyłam niczego takiego więc jestem bardzo zadowolona z jego działania. Dodatkowo ma u mnie plusa za opakowanie, które jest nie tylko ładnie  zaprojektowane, ale także wygodne. Duża butla (400 ml) wystarczy na wieki bo produkt jest wydajny i skuteczny. No i ma niewielki dziubek, więc na wacik można zaaplikować tyle produktu, ile potrzeba. Niestety nie jestem w stanie ocenić czy nawilża skórę, ale na pewno jej nie wysusza i nie podrażnia.




Puder sypki Cashmere Mat jest dla mnie ciężkim produktem. Mam do niego mieszane uczucia, bo zwyczajnie nie przepadam za używaniem pudrów sypkich.  Postanowiłam jednak dać mu szansę i muszę przyznać, że spełnił moje oczekiwania. Dał ładny mat bez płaskiego, papierowego makijażu i przyzwoicie utrzymał makijaż podczas długiego i ciężkiego dnia. Przyjemnie się go aplikuje gąbeczką dołączoną do opakowania, która jest miękka i przyjemna. Nie zauważyłam wysuszania skóry nawet gdy nałożyłam większą ilość, nie zmienia też koloru podkładu. Opakowaie jest solidne i nic się z niego nie wysypuje, dodatkowo ma sporą pojemność (20g) i jest wydajny. Jeśli ktoś lubi takie pudry to myślę, że warto się nim zainteresować. Ja nie pokochałam go tylko dlatego, że nie umiem używać sypkich produktów i robię nimi wokół siebie straszny bałagan.



Poczwórna paletka cieni trafiła do mnie w odcieniu 11. Z tego co widzę na stronie dostępnych jest 13 wariantów kolorystycznych naprawdę ładnie i spójnie skomponowanych. Paletka jest mała i poręczna. Wykonana z dość grubego plastiku, więc spokojnie powinna znieść podróże. Zawiera cztery dopasowane do siebie odcienie, w moim przypadku są to chłodne achromatyczne odcienie. Do paletki dołączony jest podwójny, gąbeczkowy aplikator. Większość palet go ma, a większość użytkowniczek zwyczajnie je wyrzuca. Zanim jednak pozbędziecie się tego aplikatorka zwróćcie uwagę na jego ściętą końcówkę. Osobiście lubię tego typu aplikatory do robienia rozdymionej kreski na powiece!


Odcień numer 1 jest połyskującym cieniem na białej bazie. Daje mocny, zmrożony efekt i efektowny blask.
nr 2 to zdecydowanie największy atut tej paletki. Ma odcień srebra z delikatną stalową nutką i jest niesamowity! Nałożony na bazę daje mocny, metaliczny efekt. Myślę, że na mokro będzie prawdziwą petardą!
Trójka to ciemniejsza szarość. Błyszczczący, ale nie metaliczny jak jego poprzednik. Ma srebrny połysk i dość ciemną, stalową bazę.
Nr 4 trochę mnie zawiódł bo w opakowaniu wygląda jak rozgwieżdżona noc - matowa czarna baza wypełniona lśniącymi drobinkami. Po nałożeniu na powiekę efekt trochę ginie, co nie zmienia faktu, że nadal jest piękny!


Ostatni produkt, który Wam dzisiaj pokażę, to baza pod cienie. Zamknięta w opakowaniu przypominającym błyszczyk, ma w środku mały, gąbeczkowy aplikator. Według producenta ma przedłużać makijaż do 24 godzin. Oprócz zwykłych zadań, jakie wykonuje baza pod cienie czyli przedłużenia trwałości i podbicia intensywności cieni, ma ona także odżywiać i nawilżać dzięki zastosowaniu składników aktywnych, takich jak kwas hialuronowy, wyciągi ze świetlika i jedwabiu oraz witaminy.


Baza ma beżowy kolor przez co już na jej etapie ukrywany ewentualne zaczerwienienia i żyłki na powiekach. Nie wiem czy przedłuża makijaż do 24 godzin, gdyż nigdy nie zdarzyło mi się nosić cieni tyle czasu, ale nie da się ukryć, że wyraźnie podbija kolor cieni, co widać na zdjęciu wyżej! Wygodnie się ją aplikuje na powiekę i wystarczy niewielka ilość by spełniła swoją rolę! Pamiętajcie by nie nakładać bazy za dużo, bo może obciążyć delikatne powieki i dać efekt odwrotny od oczekiwanego!

To jeszcze nie wszystkie nowości! Największe smaczki zostawiłam na kolejny wpis, także czekajcie na niego cierpliwie i nie zapomnijcie o zostawieniu komentarza!

Dzięki i do następnego! :*
Czytaj dalej »

Lovely Nobody's Perfect but Me | Recenzja

piątek, 17 marca 2017
Trend na rozświetloną, promienną skórę trzyma się całkiem nieźle i podejrzewam, że jak co roku przybierze na sile w okresie letnim. Za pasem mamy już wiosnę i co raz bliżej do lata, a ponad to zbliżają się coroczne promocje na kosmetyki do makijażu w drogerii Rossmann. Jakby ktoś nie wiedział kiedy się one odbywają to zapraszam TUTAJ. Czas więc najwyższy, żeby pokazać Wam jeden z kosmetyków, który skradł moje serducho pod koniec roku i rozgościł się w mojej kosmetyczce na tyle, że został uwzględniony w ulubieńcach roku, czyli paletce rozświetlaczy z Lovely!


Paletka składa się z trzech okrągłych wkładów zamkniętych w niedużej kartonowej paletce. Moim zdaniem rozwiązanie bardzo dobre, bo paletka jest nieduża, płaska i lekka. Zajmuje niewiele miejsca w kosmetyczce i praktycznie nic nie waży także spokojnie można ją nosić w torebce, wpakować do bagażu czy nawet do kieszeni. W paletce znajdziemy też nieduże lusterko. Moim zdaniem to zawsze dodatkowy plus. Kolejnym plusem jest zamknięcie na magnes, który trzyma dość mocno więc nie ma obaw, że paletka otworzy się w kosmetyczce. Średnio zapatruję się graficzne rozwiązania zastosowane na tej paletce. Niby nie rażą w oczy, ale można to było zrobić o wiele lepiej. Z tyłu opakowania znajdziemy trzy rysunki, na których zaznaczono do jakich partii twarzy producent poleca używać poszczególnych produktów z paletki. Z jednej strony takie wskazówki mogą być przydatne dla początkujących, z drugiej od razu mówię, że niekoniecznie należy się tymi wskazówkami kierować.


Przejdźmy jednak do zawartości. W środku znajdują się trzy okrągłe wkłady o łącznej masie 10g. To całkiem sporo. Rozświetlacze mają pudrową konsystencję. Nie jakąś bardzo pylącą, ale też nie tak aksamitnie kremową jak niektóre produkty tego typu. Na pędzel nabierają się w dość słusznej ilości i ładnie chwytają skóry. Dobrze się też rozcierają nie tworząc plam.


Pierwszy wkład nazwany przez producenta Gold Highlighter jest najbardziej uniwersalny i myślę, że spodoba się większości użytkowników. To ładny, jasny odcień szampana. Nie jest typowym żółtym złotem. Po nałożeniu na skórę daje ładny neutralny odcień. Jest na tyle jasny, że nawet na bladych karnacjach nie będzie go widać,pozostawi jedynie delikatny szampański blask. Rozświetlacz daje ładną taflę, Nie ma w nim absolutnie brokatu, dopiero po bardzo dokładnym przyjrzeniu się w mocnym świetle widzę w nim niedużą ilość mikroskopijnych drobinek. Świetnie sprawdzi się nie tylko jako rozświetlacz na policzki, ale także jako cień do powiek.


Kolejny to Rose Highlighter. Ten wkład jest powodem, dla którego paletka ta znalazła się wśród moich ulubieńców roku. Nie zgodzę się, że jest to rozświetlacz. Daje zbyt widoczny kolor, a za mało blasku by sprawdził się w tej roli. Polubiłam go jako róż do policzków. Jego matowa baza o neutralnym, przygaszonym odcieniu sprawdzi się w tym celu rewelacyjnie i będzie pasowała do większości makijaży oraz pięknie podkreśli policzki nawet na co dzień. Co do rozświetlania to ma w sobie minimalną ilość lekkiego rozświetlającego pyłku w chłodnym, srebrzystym odcieniu, ale nie daje on blasku. Raczej sprawia, że produkt na skórze nie wygląda płasko i zbyt matowo, ale ma naturalnie wyglądające satynowe wykończenie. Właśnie z tego powodu nie polecam kierować się ściągawką z tyłu opakowania, bo nakładając go jak zaleca producent można sobie zrobić niemałą krzywdę. Jest trochę bardziej pudrowy od pozostałych dwóch wkładów przez co najbardziej się pyli podczas nabierania na pędzel.



Chocolate Highlighter to odcień głębokiego, brązowego złota. Naprawdę piękny, ale w roli rozświetlacza się raczej nie sprawdzi, chyba, że dla naprawdę ciemnych karnacji. Daje naprawdę mocny kolor i piękny złoty blask. Z tego powodu polecałabym go raczej jako cień do powiek lub do delikatnego muśnięcia skóry latem by podkreślić opaleniznę. Należy mieć jednak naprawdę lekką rękę, żeby nie zrobić sobie nim krzywdy. Jest równie, a może nawet bardziej kremowy w konsystencji niż pierwszy odcień. Ładnie się rozciera, ale pamiętajmy, że jego ciemna baza zawsze będzie trochę widoczna, gdyż jest niesamowicie napigmentowany.


Jak już wspomniałam wszystkie trzy produkty są dobrej jakości, łatwo się aplikują i nie robią plam. Dobrze się z nimi pracuje o ile robimy to z głową. Bezmyślne podążanie za wskazówkami producenta może się źle skończyć. Uważam, że nie jest to może kosmetyk niezbędny w kazdej kosmetyczce, bo w tej cenie dostaniemy naprawdę niezłe rozświetlacze w drogerii. Dla osób poszukujących różnorodnych rozświetlaczy raczej nie, ale jeśli komuś spodoba się środkowy wkład jako róż, a do ostatniego ma wystarczająco opaloną cerę lub zamierza go zużyć jako cień do powiek to zdecydowanie warto bo cena jest niewielka.


Dajcie znać, czy macie tą paletkę i jak sprawdzają wam się poszczególne wkłady, a jeśli jeszcze nie próbowałyście to chętnie się dowiem, czy moja recenzja zachęciła, czy też zniechęciła do zakupu!
Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »

NEW IN: Zakupy ubraniowe | zima 2016/17

sobota, 11 marca 2017
Witajcie! Przychodzę dzisiaj z postem dość nietypowym jak na mnie. Chyba po raz pierwszy pojawi się wpis na temat ubrań! Pewnie zauważyłyście, że ostatnio nie pojawiały się wpisy z kosmetycznymi zakupami, a to dlatego, że większość pieniędzy w ostatnim czasie przeznaczyłam na odświeżenie swojej garderoby. Kosmetyki zakupowałam pojedynczo, a trochę głupio robić wpis z zakupami i pokazać w nim dwie szminki i szampon do włosów. Postanowiłam Wam jednak pokazać zakupy, które zrobiłam w okresie jesienno-zimowym, bo wydaje mi się, że w mojej szafie znalazło się kilka fajnych ciuszków, z których większość możecie dostać teraz na wyprzedaży!


Zacznę od drobnego dodatku, który znacznie ułatwił mi życie! Rękawiczki, które widzicie na zdjęciach pochodzą z Sinsay i chyba nie są już dostępne w sklepach, a szkoda, bo żałuję, że wzięłam tylko jeden z dostępnych kolorów. Są dokładnie takie jak chciałam. Wykonane z ciepłego, miękkiego materiału. Ładnie uszyte, dłonie dobrze w nich wyglądają. Proste, ale trochę charakteru dodaje im ten element z eko skóry. No i mają to COŚ! Można w nich obsługiwać telefon z ekranem dotykowym, ale element, który na to pozwala jest sprytnie ukryty, nie widać go od razu jak w niektórych dostępnych na rynku rękawiczkach! Absolutnie się w nich zakochałam, są to chyba pierwsze rękawiczki, które zakładam z przyjemnością.


Kolejny zakup to już u mnie w szafie odgrzewane kotlety bo spodnie z H&M. Nigdy nie lubiłam kupować spodni. Od zawsze mam problem ze znalezieniem takich, które będą pasowały na moją figurę. Zwykle do wyboru mam opcje: 1. Dopasowane w biodrach ale za krótkie, 2. Dobre na długość ale za luźne. Teraz problem jest jeszcze większy bo odkąd pojawiła się moda na spodnie z wysokim stanem nic innego w sklepach nie ma - naprawdę nie rozumiem spodni zapinanych prawie pod pachą, tylko mi jest w takich niewygodnie? 
Teoretycznie wymagania mam proste - dopasowane w biodrach, dopasowane na długość (czyli zakrywające kostkę, mody na spodnie "po młodszej siostrze" też nie rozumiem) i z niskim stanem. Cóż, każde zakupy kończą się zwykle tak, że po kilkugodzinnych poszukiwaniach i tak kupuję sprawdzony model. Ostatnio podczas porządków w szafie odkryłam, że mam tylko jedną parę spodni, która nie pochodzi z tej serii. Jeśli więc macie podobne preferencje w kwestii spodni co ja to polecam serię Super Skinny Low Waist z HM. Te ze zdjęcia też z niej pochodzą. Jest to ten sam model, który nabyłam w dwóch wersjach kolorystycznych.


Kolejne dwie podstawowe rzeczy w garderobie to gładkie T-shirty z niezbyt głębokim dekoltem w serek. Tu jest o wiele łatwiej bo jedyne co mam na względzie to stosunek jakości do ceny. I moim zdaniem najlepiej wypadają tutaj t-shirty ze sklepu New Yorker z serii Amisu - cena za sztukę to nieco ponad 12 zł, a materiał jest gruby, miękki i dobrze się pierze. 


Na takie buty typu workery ze sweterkiem miałam ochotę już od jakiegoś czasu, ale trochę się wstrzymywałam z zakupem bo wszystkie modele, które mi się podobały były drogie, a ja jednak butów mam całkiem sporo. Los jednak miał na uwadze moje małe obuwnicze marzenie bo udało mi się upolować buciki widoczne na zdjęciu za całe ... 29 zł! Zaleta posiadania małych stóp jest taka, że na większości wyprzedaży ostatnie sztuki są w maleńkich rozmiarach! Na zdjęciu może nie wyglądają zabójczo, ale na stopie prezentują się całkiem zgrabnie, są wygodne i co najważniejsze bardzo ciepłe! 


Kolejne buty z wyprzedaży. A miałam już nie kupować kolejnych... Tym razem z Cropp. Ciężkie i masywne trapery ze skóry, solidne i idealne do chodzenia po śniegu. Coś takiego było moim kolejnym obuwniczym chciejstwem, aczkolwiek początkowo nosiłam się z zamiarem nabycia szarych. No ale jak tylko zobaczyłam te to przepadałam, ten wzór jest tak unikatowy i niezwykły w swej prostocie, że nie mogłam się oprzeć. Nie tylko dodaje on butom fajnego charakteru, ale ma też tę dodatkową zaletę, że nie widać na nim zacieków z soli!

źródło

Jestem beznadziejną blogerką bo niektórych ubrań kompletnie nie umiałam sfotografować. Jednym z takich ciuszków jest koszulka, którą dostałam na urodziny od siostry. Jako osoba zajarana na punkcie kosmosu i wszelkich astronomicznych tematów marzyłam o koszulce z logiem NASA bardzo długo i nawet nosiłam się z zamiarem samodzielnego wykonania takowej. No ale z nieba dosłownie spadł mi sklep Sinsay, moje urodziny oraz siostra, która zaopatrzyła moją garderobę w taki oto element. Lidia, jeśli to czytasz, DZIĘKUJĘ!

źródło: sin-say.com

Sinsay jest chyba ostatnio moim ulubionym sklepem, to już trzecia rzecz, którą tam kupiłam! Bluza to może nie jest najbardziej elegancki element garderoby, ale umówmy się - jest potrzebna każdej kobiecie. Kobiety, które nawet po domu chodzą w szpilkach i białej koszuli też na pewno mają w szafie wygodną dresową bluzę i nie uwierzę, że nie. Ciepła, miękka, wygodna i prosta, z fajnym asymetrycznym zapięciem przy szyi. No i była niedroga.

żródło

Najdroższa z rzeczy, które kupiłam to płaszcz. Miałam ochotę wymienić swój ze względu na upierdliwe zapięcie na guziki. Szukałam czegoś w prostym kroju, zapinanego na suwak, najlepiej ze stójką. Bardzo spodobał mi się ten płaszcz z Mohito. Nosiłam go przez całą zimę i jestem zadowolona więc jakby się komuś podobał to w źródle jest link do niego. Można go obecnie kupić za naprawdę niewielką cenę, a jest to fason, który raczej nigdy nie wyjdzie z mody więc przyda się nawet na przyszły rok! 

Źródło

Ostatni zakup z tego sezonu to torebka. Nie jestem kobietą, która ma milion torebek. Zwykle jedną codzienną noszę tak długo, aż nie będzie się nadawała do niczego. Swoją poprzednią doprowadziłam już do takiego stanu, że wstyd się było z nią pokazać publicznie więc przyszedł czas na poszukiwania kolejnej. Miała być klasyczna, prosta, czarna i niedroga - z racji obranej drogi edukacyjnej nie chcę kupować drogich torebek bo zwyczajnie byłoby mi szkoda nosić w niej pędzle, farby, przybory i tusze kreślarskie oraz całe mnóstwo innych dziwnych rzeczy, które stanowią potencjalne zagrożenie dla wnętrze torebki, a niestety są mi na co dzień potrzebne. No więc upatrzyłam sobie tę torebkę na allegro w kolorze czarnym i już miałam kupić ale... moje oczy i serce zaatakowała ta widoczna na zdjęciu. Granatowa. Chwyciła mnie za serce, ale troche biłam się z myślami, bo jednak potrzebuję czegoś co pasuje do wszystkiego, a tu taki granat... Oszczędzę sobie i Wam opisu moich rozterek, kupiłam i nie żałuję, jak na razie pasowała mi do wszystkiego z wyjątkiem dresu. W Źródle link do sprzedawcy.

To już wszystkie moje zakupy z mijającego sezonu. Dajcie mi znać, czy podobają Wam się takie wpisy i czy chcecie częściej widzieć tego typu posty na moim blogu. 

Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »

Pastelowe śnieżynki | BPS

środa, 8 marca 2017
Po ostatnim zdobieniu, które prezentowało niezbyt udane ozdóbki do paznokci przyszedł czas na pokazanie Wam gadżetu, który dla odmiany jest świetny! Zdobienie jak widać nie jest idealne, gdyż to chyba pierwsze zdobienie, które robiłam przy użyciu tego stylografu, a jednak potrzebowałam kilku prób by nauczyć się z nim współpracować w 100%





Stylograf czyli stalówka do malowania precyzyjnych wzorków na paznokciach to doskonała opcja dla osób, które lubią drobiazgowe zdobienia a nie do końca radzą sobie przy użyciu pędzelków. Ten tutaj pochodzi z Born Pretty Store i jest całkiem niezły jakościowo, chociaż mógłby być jeszcze bardziej precyzyjny. Dobrze się nim maluje przy użyciu lakierów, ale po wielu próbach z rożnymi produktami stwierdzam, że najlepiej maluje mi się przy użyciu tuszu kreślarskiego! Taki tusz dostaniecie w każdym sklepie plastycznym w wielu kolorach do wyboru, koniecznie spróbujcie! Oprócz końcówki do precyzyjnego rysowania w zestawie są jeszcze nakładki z kuleczkami jak przy sondach.


Stylograf dostaniecie TUTAJ i chociaż cena jest dość wysoka to myślę, że warto. Tym bardziej zachęcam do uzywania mojego kodu zniżkowego, by otrzymać 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione akcesoria nie tylko do paznokci!

Dajcie znać, czy podoba Wam się zdobienie i czy używałyście kiedyś tego typu akcesoriów!

Dzięki i do następonego :*
Czytaj dalej »

Śnieżynki z BPS

poniedziałek, 6 marca 2017
Wiosna już za pasem a ja zorientowałam się, że zalegają mi na dysku zdjęcia jeszcze zimowych zdobień! Dzisiaj pokażę Wam jedno niezbyt udane, żeby przestrzec Was przed zakupem takich rzeczy do paznokci!





Śnieżynki, które widzicie na zdjęciach pochodzą z Born Pretty Store i są małym koszmarkiem. Zamówiłam je z myślą, że będą to małe metalowe płatki śniegu, coś jak jednorożce, które pokazywałam Wam TUTAJ. Niestety okazało się, że to gruby plastik, w dodatku w takim rozmiarze, że nie wiem dla jakich paznokci miałyby pasować. Jako ozdoba do paznokci są bezużyteczne i tyle. Z resztą zdjęcia mówią same za siebie. Mogą się przydać do ozdabiania kartek świątecznych, bo do paznokci na pewno nie. Jakby Was jednak zainteresowały to są do kupienia TUTAJ


Używając kodu JJG10 otrzymacie 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty!


Jeśli macie pomysł jak można wykorzystać te plastikowe koszmarki to koniecznie piszcie w komentarzach!
Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »

Eveline Velvet Matt Lip Cream | Recenzja i Swatche wszystkich kolorów

sobota, 4 marca 2017
W ubiegłym roku matowe pomadki podbiły serca wszystkich fanek makijażu. Firmy prześcigały się w tworzeniu nowych formuł i kolorów co i rusz wypuszczając na rynek kolejne produkty. Nic w tym dziwnego, gdyż matowe pomadki w płynie mają szereg zalet, dzięki którym biją klasyczne pomadki i błyszczyki na głowę. Jedną z ubiegłorocznych nowości na rynku były pomadki Eveline Velvet Matt. Wypuszczone na rynek w sześciu ciekawych odcieniach znikały w półek dość szybko, ale jakoś nie zrobiło się o nich wybitnie głośno. Moim zdaniem niesłusznie, bo jeśli czytałyście wpis o ulubieńcach roku 2016 to wiecie, że bardzo przypadły mi do gustu.


Lubię zaczynać recenzję od opakowania bo chociaż nie jest to najważniejsza rzecz w kosmetyku, to jednak jest pierwszą rzeczą jaką zauważamy podczas zakupów i często decyduje o tym, czy po dany produkt sięgniemy czy nie. Moim zdaniem opakowania pomadek Eveline Velvet Matt zachęcają do kupna. Są smukłe i podłużne jak opakowania błyszczyków. Opakowanie ze złotą nakrętką oklejone jest etykietą w kolorze zbliżonym do ocienia pomadki. Na naklejce oprócz niezbędnych rzeczy takich jak nazwa produktu czy skład nie znajdziemy dodatkowych udziwnień i ode mnie za to ogromny plus. Opakowanie jest ładne i wygodne, ale moje zastrzeżenia budzi fakt, że złote elementy wycierają się dość szybko, a etykieta, którą pokryte jest opakowanie odkleja się na rogach jeśli nosimy pomadkę w torebce.


Aplikacja pomadki przebiega dość szybko i sprawnie. Podoba mi się aplikator, ścięty z obu stron, lekko puchaty ale płaski. Nabiera dość dużą ilość pomadki, ale dzięki temu nie ma potrzeby dobierania kolejnej porcji produktu z opakowania. Formuła pomadki jest dość rzadka i nieco różni się w zależności od koloru. Jaśniejsze odcienie mają formułę nieco bardziej musową dzięki czemu nakładają się na usta cienką, równą warstwą. Ciemniejsze odcienie są rzadsze i podczas aplikacji mogą zdarzyć się lekkie prześwity. 


Mimo, że niektóre kolory tworzą lekkie prześwity przy pierwszej warstwie to aplikacja jest moim zdaniem przyjemna. Nie ma problemu by dołożyć kolejną warstwę dla wyrównania krycia. Produkt w takiej sytuacji nie kawali się, kolejne warstwy wyglądają jakby połączyły się ze sobą. Dodatkowo aplikację ułatwia wspomniany wyżej aplikator na długim patyczku. Jest raczej nieduży i ładnie ścięty co pozwala mi wyrysować kształt ust bez konturówki.


Wykończenie na początku nie do końca do mnie przemówiło. Pomadki nie zastygają na idealnie suchy mat, który uwielbiam, ale pozostają leciutko satynowe i odrobinę się transferują. Przez to też ich trwałość nie jest taka, jak w moich ulubionych matowych pomadkach. Mimo to wytrzymują dość długo w dobrym stanie. Gdy już się zaczną zjadać nie tworzą wyraźnej krawędzi od wewnętrznej strony ust. Wycierają się dość ładnie i równomiernie. Jeśli kolor zetrze się od środka na przykład od gadania lub jedzenia, można dołożyć produktu tylko w tym miejscu i tym samym poprawić makijaż. Nie ma potrzeby zmywania całej pomadki.


Teraz coś o kolorach! Jak już wspomniałam Eveline Velvet Matt występuje w sześciu kolorach, wśród których znajdziemy aż trzy odcienie idealne do codziennego makijażu, piękną czerwień i dwa intensywne kolory dla fanek rzucających się w oczy ust!


411 Hawaiian Flower to neonowa petarda! Taki fuksjowy zakreślacz. Chłodne tony ładnie wybielają uśmiech. Takie usta nie przejdą niezauważone. Nieco różni się od pozostałych wykończeniem, gdyż jest najmniej matowy i ma najrzadszą konsystencję.


412 Mystic Rose. Nazwa fajnie go opisuje. To jeden z codziennych odcieni, o których wspomniałam. Różany nude. Zdecydowanie w ciepłej tonacji. Ma w sobie nuty różu i beżu. Ładny i dziewczęcy, pasuje do większości makijaży. Najprościej określić go można jako odcień Herbacianej Róży.


413 Cashmere Pink. Razem z 412 są dwoma najbardziej gęstymi i matowymi w kolekcji. Jak można zauważyć po zniszczonym opakowaniu jest to mój ulubiony kolor, ciągle noszę go ze sobą w torebce. To bardzo modny obecnie odcień przybrudzonego różu w chłodnej tonacji. Idealny zarówno na co dzień jak i do mocnego makijażu oka.


414 Shocking Rubin. Po prostu czerwony. Ładny, klasyczny odcień, który będzie pasował każdemu. Nie ma w sobie wyraźnych ciepłych ani zimnych tonów. Wygląda bardzo elegancko i szykownie. Mam jednak wrażenie, że jest mniej napigmentowany od pozostałych i pozostawia wyraźniejsze smugi na ustach przez co konieczne jest nałożenie dwóch warstw.


415 Nude Pink. Zdecydowanie nude, ale czy taki różowy? Raczej nie widzę w nim zbyt wiele różowych tonów. To raczej beżowy nude w ciepłej tonacji, może z minimalną domieszką ciepłego różu. Bardzo modny obecnie więc z pewnością znajdzie swoje fanki.


416 Wild Fuchsia. To kolor, który zwrócił moją uwagę jako pierwszy i wiedziałam, że musi być mój. Chłodny róż z wyraźną domieszką fioletu. Intensywny i odważny, nie da się przejść obojętnie obok takiego koloru! Z całej gamy jest najtrwalszy gdyż dość wyraźnie barwi usta.


Na koniec dodam jeszcze, że pomadki przepięknie pachną malinami. Dostępne są w Rossmannie w szafach Eveline i kosztują niewiele bo około 13 zł za sztukę. Myślę, że to rewelacyjna cena za dobrą jakość pomadki i wysoki komfort noszenia - tego odmówić im nie można! Pomadki przez cały czas noszenia nie czuć na ustach, nie jest sucha, ale też nie klei się. Dodatkowo nie wysusza ust tak bardzo jak niektóre matowe produkty do ust. Dla mnie jest to jakość przewyższająca sławne Bourjois REV w dodatku za ułamek ceny!

Jeśli znacie te pomadki koniecznie podzielcie się w komentarzu swoją opinią? Który kolor zauroczył Was najbardziej?
Ps. Przepraszam za moje suche usta :(

Dzięki i do następnego :*
Czytaj dalej »



SZABLON BY: PANNA VEJJS.